moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Maj 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
środa, 29 kwietnia 2015

My to tak przenośnie, dosłownie natomiast drzewka, które sadziliśmy w ostatnią niedzielę w ramach corocznego sadzenia Polskiego Lasu, które, z przerwami, od dwunastu lat organizują Stowarzyszenie Polonia Nowa oraz Samorząd Narodowości Polskiej II.dzielnicy.

Informacje w lesie

Sadzonki trafiły do ziemi w lesie w Pilis na obrzeżach Budapesztu. Tym razem były to dęby oraz jawory ale wiem, że przedtem bywały i inne gatunki. Posadziliśmy 1000 drzewek, dotąd w sumie było ich coś z 11 tysięcy więc jak najbardziej można mówić o lesie.

Mapka: gdzie i jak tam dojść

Na sadzenie zebrało się nas około pięćdziesięciu osób. Polaków jak i Węgrów, oba języki równie rozbrzmiewały. Przy tej ilości pracujących całe sadzenie zajęło nam godzinę, ledwo dałem radę zrobić parę zdjęć. Pomogło na pewnie to, że do pracy przygrywała nam grającą muzykę kubańską kapela.

Grupa dochodzi do celu

Sadzonki

praca

Muzyka

Po pracy całe towarzystwo przeniosło się na pobliską łąkę, gdzie były kiełbaski z grila.

Kiełbaski

Cieszę się, że wreszcie udało mi się wziąć udział w sadzeniu. Urzeka mnie poetycka kombinacja dosłowności tego działania z jego znaczeniem przenośnym. Dziękuję Polonii Novej za pomysł i realizację! Mam nadzieję, że w następnych latach znów dam radę się przyłączyć. 

Dąbek polski w lesie polskim

wtorek, 21 kwietnia 2015

Często uważa się, że okresie socjalizmu poza ruchami dysydenckimi nie było społeczeństwa obywatelskiego; istniejących organizacji społecznych nie można określić jako niezależne ponieważ znajdowały się pod kontrolą partii. Choć jest w tym dużo prawdy to istnieją jednak przykłady innych nieformalnych inicjatyw z tego okresu, które, niestety, na ile się orientuję, nie doczekały się opracowania. Podam dwa.

Pierwszy to mój własny ojciec chrzestny, stary harcerz, który dla swoich chrześniaków, a miał ich masę, organizował każdego lata dwutygodniowe obozy wędrowne. Z powodu ilości chrześniaków i zaprzyjaźnionych dzieci z inteligenckich rodzin przywilej był jednorazowy: na takie obozy jeździło się raz, w następnym roku jechali inni. Ojciec chrzestny poświęcał na to swój urlop. Mój obóz miał miejsce w Beskidzie Niskim. Spaliśmy po klasztorach i u chłopów, koszt pokrywali rodzice, jedzenie dostarczali wszyscy: był to okres kiedy było z nim trudno. Rzecz absolutnie nieformalna, oparta na zaufaniu. Mimo, że nie nosiliśmy mundurów charakter obozu był taki jak “w przedwojennym harcerstwie”, które było tu punktem odniesienia.

Drugi przykład łączy się z zapomnianą nieco osobą Clive'a Harrisa. Kto pamięta jeszcze tego bioenergoterapeutę, który gdy przyjeżdzał do Polski (od lat 70-tych) wyczekiwały go tłumy? A tłumy te były zorganizowane. Miałem okazję widzieć z bliska organizację wizyt Harrisa w Poznaniu. Główna organizatorka udostępniała na okres przygotowań swoje mieszkanie. Listy z dokumentacją medyczną zgłaszających się na spotkanie z uzdrowicielem były tam przeglądane przez lekarzy wolontariuszy. Podejmowali oni decyzje, na podstawie których zaakceptowani chorzy dostawali bilety. Inni te bilety szykowali i rozsyłali. W mieszkaniu cały czas tłum się kłębił bo zgłoszeń było mnóstwo.

Potem przez 2 lub trzy dni Harris przyjmował chorych w jakimś kościele. Proszę sobie to wyobrazić: przez 8 lub więcej godzin co parę lub kilkanaście sekund podchodziła do niego chora osoba, na którą wkładał on ręce “przekazując energię”. Koordynacja tego procesu, sprawdzanie biletów, ustawianie kolejki (bilety opiewały na konkretny dzień i godzinę), pomoc chorym niemogącym się poruszać; wszystko to wymagało niebylejakich zdolności logistycznych. Samoorganizacja grupy ludzi z tym związanych była imponująca - zupełnie niezależnie co myślimy o faktycznej umiejętności Harrisa uleczenia kogokolwiek. Nieprzypadkowo zarówno mój ojciec chrzestny jak i sporo ludzi aktywnych wokół wizyt Harrisa zaangażowało się później w Solidarność.

Przy okazji wyguglowałem nazwiska mojego ojca chrzestnego i organizatorski wizyt Harrisa: mimo swojej działalności na ich temat w internecie nie ma śladu.

Na Węgrzech rzecz jasna też miały miejsce takie inicjatywy. Pisałem kiedyś o Indianach, dziś będzie o nieoficjalnych obozach letnich organizowanych przez nowatorską pedagożkę Eszter Leveleki.

Obozy te miały miejsce od 1938 roku. Leveleki w ich ramach realizowała reformatorski program wychowawczy: dzieci traktowano po partnersku, oczekiwano od nich kreatywności, promowano koedukację. Jak na owe czasy były to propozycje rewolucyjne. Ramy nadawała trwająca przez cały obóz gra, w ramach której trzeba było walczyć z wyimaginowanym wrogiem, wymyślać własne podstępy. Na terenie obozu funkcjonowało oddzielne państwo z własną konstytucją, walutą, flagą i hymnem, napisanym przez jednego z małoletnich uczestników. Obozy, które odbywały się nad jeziorem Bánki, organizowano i w czasie wojny z wyjątkiem 1944 roku: w tym okresie Leveleki pracowała razem z Gáborem Sztehlo nad ratowaniem dzieci żydowskich.

zdjęcie z wystawy o obozach nad jeziorem Bánki - zobacz niżej

Przez pierwsze parę lat po wojnie obozy odbywały się jak uprzednio a Leveleki oficjalnie pracowała z dziećmi. Skończyło się to z nastaniem lat 50-tych, kiedy uznano ją za “nienadającą się do pracy wychowawczej”. Do 56 roku Leveleki zajmowała się pracą rzemieślniczą – ale obozy, oficjalnie organizowane przez wspólnotę rodzicielską, odbywały się i tak. Pomogło wstawiennictwo szefa akademii nauk a także fakt, że wielu komunistycznych prominentów chętnie posyłało tam swoje dzieci.

Mimo tego, że po 56 roku wielu dotychczasowych uczestników obozów i ich rodziców emigrowało z Węgier organizacja obozów była kontynuowana aż do 1978 roku. Rosły one w popularności. Stały się miejscem gdzie elita posyłała swoje dzieci, z chętnych tworzono listy czekających na zwolnione miejsce.

Po przejściu Leveleki na emeryturę obozy zaczęli organizować jej następcy. Niektórzy z nich robią to dziś. Pierwotnie bardzo postępowe pomysły Leveleki spowszedniały w nowej rzeczywistości ale utworzone niegdyś tradycje i rytuały są kontynuowane z zaskakującą niekiedy wiernością. Na przykład tak samo jak przed laty nazywa się grupy uczestników – niedźwiadki (bocsok) – mniejsi chłopcy, niedźwiedzie (medvék) – więksi czy też boszik (czarownice) – dziewczyny, od lat prowadzi się listę je-nie-je (eszinemeszi), na której uczestnicy mogą zaznaczyć jedno danie, którego nie lubią i jedno, które lubią: tego pierwszego nie muszą jeść a drugiego dostają dodatkowe porcje, śpiewa się te same piosenki, itd.

jedna z list je-nie-je, również zdjęcie z wytawy

Pomiędzy uczestnikami obozów powstawały - powstają - silne więzi łączące ich daleko poza wakacjami. Niejednokrotnie rodzice, którzy jeździli kiedyś na obozy teraz posyłają tam swoje dzieci.

Niektórzy uważają, że idea się przeżyła a koncepcja skostniała. Że coś co kiedyś było świeże dziś spowszedniało. Że twórczy charakter obozów uległ rytualizacji. Że takie inicjatywy budowane przez i wokół charyzmatycznej jednostki skazane są na uwiąd po jej odejściu.

Coś w tym jest. Ale mimo tego wszystkiego obozy i dziś zachowały swój czar. Miałem okazję widzieć je z okazji, również bardzo tradycyjnego, balu Anny, kiedy rodzice odwiedzają swoje dzieci a te prezentują specjalnie przygotowane przedstawienia. Uderza otwartość uczestników, nawet pewna zawadiackość, to jak bardzo są oni, w najlepszym tego słowa znaczeniu, wyzwoleni - i to wszyscy, nawet ci na codzień najbardziej nieśmiali. W spektaklach królują spontaniczność, kreatywność, humor i ironia.

Co ciekawe, mimo, że socjalizm dawno już się skończył, obozy nadal zachowały nieformalny charakter. Nowych uczestników werbuje się przez znajomych, obozy nie mają strony w internecie czy na facebooku, mało o nich informacji.

Do napisania wpisu zainspirowała mnie wystawa w muzeum etnograficznym pt. Kontrpedagogia na brzegu jeziora (Ellenpedagófia a tóparton). Świetnie, że ktoś się tematem zajął i go opisał. Mam nadzieję, że nastąpi to i w odniesieniu do podobnych inicjatyw, tak na Węgrzech jak i w Polsce.

plakat wystawy

środa, 01 kwietnia 2015

Nie wiem czemu prasa polska, wliczając tradycyjnie przychylną Fideszowi prasę prawicową, całkowicie przemilczała niedawną deklarację Orbána odnośnie “odnowy chadeckiej” (szczegóły tu HU). Wygłosił ją po rekolekcjach, w których wziął udział wraz z całym rządem.

Orbán zapowiedział szereg inicjatyw w ramach tej właśnie “odnowy”. Po pierwsze, radykalnie ma się zmienić polityka rządu w odniesieniu do bezdomnych, których Orbán nazwał “węgierskimi braćmi w Chrystusie”. Symboliczne znaczenie ma natychmiastowe zniesienie dotyczącego ich zakazu w śródmieściu. Rząd ma przygotować projekt ustawy o przyznaniu bezdomnym na własność ziemi, na której postawili swoje budki w podmiejskich laskach (pisałem o tym tu i tu), za ich zatrudnianie mają być przyznawane firmom ulgi podatkowe. Wprowadzona będzie karta bezdomnego ułatwiająca otrzymywanie niepotrzebnego jedzenia w restauracjach i sklepach oraz umożliwiająca bezpłatne korzystanie z komunikacji miejskiej.

Drugą ciekawą inicjatywą ma być pojednanie węgiersko-rumuńskie. “Nie godzi się by dwa chrześcijańskie narody przez niemal już wiek żyły we wrogości. Przebaczamy doznane krzywdy i prosimy o wybaczenie tego czym zgrzeszyli Węgrzy”, powiedział Orbán. W planach są wspólne uroczystości religijne w rocznicę Trianonu, wymiany młodzieży i węgiersko-rumuński, wspólny podręcznik do historii. Następne w kolei ma być pojednanie “z naszymi północnymi braćmi” ze Słowacji.

W kontekście tych zapowiedzi deklaracja zmiany systemu podatkowego tak by był “bliższy ewangelii” to jest by obciążenia mniej zarabiających były mniejsze niż w przypadku bogatszych już nie robi wrażenia choć to radykalne odejście od polityki budowy klasy średniej przy pomocy państwa.

Muszę sprawdzić, kto wygłosił te rekolekcje. Warto może by robił to częściej:) 

niedziela, 22 marca 2015

I to nie tylko wczoraj i nie tylko jeden. Coś się chyba ruszyło z węgierskimi filmami, tak jak przedtem długo nic nie potrafiło zaciekawić - nie mówiąc już o zachwyceniu - tak ostatnio udało mi się zobaczyć szereg filmów, które zrobiły na mnie wrażenie. Ale po kolei.

Liza a rókatündér (Liza, wróżka-lisica)

Liza to kompletnie oderwana od rzeczywistości młoda kobieta, która właśnie kończy swoją młodość. Pracuje jako pielęgniarka wdowy po ambasadorze w Japonii, dzięki temu nauczyła się japońskiego. Niemal nie rusza się z domu, nie ma pojęcia o życiu. Ta czarna komedia zresztą dzieje się w alternatywnej rzeczywistości Budapeszt lat 70-tych wygląda inaczej niż jak wówczas, Lizie zjawia się duch zmarłego młodo japońskiego piosenkarza popowego i dzieje się szereg innych dziwnych rzeczy.

Liza marzy o miłości, którą wyobraża sobie jak jest ona opisana w japońskim brukowcu, którego niemal zna na pamięć. Okazuje się być wróżką-lisicą z japońskiego mitu, która przynosi śmierć mężczyznom ale i tak znajduje miłość po szeregu nierzeczywistych przygód. Film cieszy się rzadką popularnością, do połowy marca obejrzało go 50 tysięcy widzów, co tu jest dobrym wynikiem.

A vizsga (Sprawdzian)

To starszy film ale dopiero niedawno udało mi się go obejrzeć. Trwa normalizacja po 1956 roku i bezpieka postanawia sprawdzić czy niedawne wydarzenia nie osłabiły kręgosłupa ideologicznego jej pracowników. Pułkownik ubecji, stary, przedwojenny jeszcze komunista, którego w swoim czasie po wymianie na francuskiego szpiega na lotnisku w Moskwie witał sam Beria, nadzoruje akcję sprawdzania młodego oficera, swojego podopiecznego, którego traktuje jak syna. Wielopiętrowa intryga kończy się zaskakująco dlatego nie streszczam. To jeden z rzadkich niebanalnych filmów o komuniźmie no i świetna rola Jánosa Kulki.

A berni követ (Berneński ambasador)

Kolejny film z Jánosem Kulką w roli głównej. Znów jesteśmy po 1956 roku. W Bernie dwóch młodych byłych powstańców wdziera się do ambasady węgierskiej, przetrzymuje ambasadora i próbuje zmusić go do wydania szyfrów. Dramat kończy się śmiercią jednego z młodych ludzi, ich akcja kończy się niepowodzeniem. Film ma zresztą podstawę w autentycznych wydarzeniach, tyle, że w rzeczywistości w miejscu wielopłaszczyznowej postaci ambasadora z filmu był twardogłowy komunistyczny dyplomata, który zwieńczył swoją karierę pozycją ambasadora w Moskwie.

Utóélet (Życie pośmiertne)

Młody chłopak opuszcza szpital, dokąd trafił dzięki atakom lęków, z którymi nie dawał sobie rady. Zabiera go do domu ojciec, pastor z prowincji. Rodzina jest nieco dysfunkcjonalna: apodyktyczny choć posiadający dobre intencje ojciec, ciotka chyba, stara panna, flirtująca z protestanckim biskupem, adoptowana dziewczynka cygańska nienawidzona przez otoczenie. Nie są to idealne warunki dla rekonwalescencji byłego pacjenta psychiatryka. Ojciec nagle umiera ale po śmierci pojawia się chłopakowi, który dowiaduje się, że jest tak bo ojciec czegoś nie dał rady zrobić na ziemi. Dużo absurdalnego humoru i groteskowy nieco obrazek współczesnych Węgier.

A nagy füzet (Wielki zeszyt)

Wśród tematów, które filmy węgierskie często omijają wysokie miejsce zajmuje wojna, tym ciekawszy jest więc ten film powstały na podstawie napisanej po francusku powieści emigracyjnej pisarki Agoty Kristof. Trwa druga wojna światowa, ojciec wyjeżdzając na front przykazuje synom-bliźniakom by zapisywali wszystko co się z nimi dzieje w zeszycie, który im w tym celu daje. Jakiś czas później matka decyduje się wywieźć chłopców do swojej matki mieszkającej na wsi, gdzie powinno być bezpieczniej niż w Budapeszcie. Ze swoją matką przez lata nie utrzymywała kontaktów zarzucając jej, że otruła jej ojca (we wsi Nagyrév i okolicy po pierwszej wojnie światowej działała grupa kobiet trująca “niepotrzebnych” członków rodziny, to nawiązanie do tej historii).

Chłopcy zostają ze swoją pozbawioną jakichkolwiek ciepłych uczuć babką. Brutalna jest też rzeczywistość, bliźniaki są świadkami wywózki żydów, przemocy, doświadczają niedostatku i poniżeń. Decydują się, że muszą być twardzi i hartują się w znoszeniu bólu i głodu, przeciwstawiają się babce. Przeżycie staje się najważniejsze, chłopcy budują swoistą moralność odbijającą wojenną rzeczywistość, wymierzają na własną rękę sprawiedliwość.

Ci dwaj aktorzy-bliźniacy na naszych oczach przekształcający się z ułożonych chłopców z klasy średniej w twardych, pozbawionych uczuć, zimno kalkulujących nastolatków są jednym z najsilniejszych elementów filmu.

VAN valami furcsa és megmagyarázhatatlan (Jest coś dziwnego i niedającego się wytłumaczyć)

Ten dziwny tytuł skrywa dziwny film który tu wspominam nie dlatego by mi się spodobał (nie spodobał mi się) ale dlatego, że nabrał on niszowego ale jednak kultowego charakteru.

VAN (tak się o tym filmie tutaj mówi) jest dziełem młodych filmowców i ma pretensje do bycia filmem pokoleniowym. Główny bohater to trzydziestoletni loser na utrzymaniu rodziców. Właśnie opuściła go dziewczyna, rodzice popędzają go by sobie znalazł jakąś pracę, do czego jest on absolutnie niezdolny. Po pijaku (towarzystwo chodzi popularnych budapeszteńskich knajpach, których nazwy są jednym z czynników kultowości filmu) kupuje bilet do Portugalii (TAP jest sponsorem filmu:). Wyjeżdza tam, pracuje na zmywaku, pracuje w recepcji, wraca, spotyka się z byłą dziewczyną, może coś z tego będzie znowu. Tyle.

Pomysł, że losy budapeszteńskiego nieudacznika z klasy średniej włóczącego się po kultowych knajpach mogą reprezentować obecne pokolenie pokazuje stan kina węgierskiego tak często będących w stanie opowiadać jedynie o sobie samym, o środowisku filmowców i ich kolegów – albo kręcić nieśmieszne komedie z ambicjami kasowymi. Powstały w swoim czasie Moszkva tér (Plac Moskwy), którego sequelem chce chyba być VAN, uchwycił pewien moment w historii i coś opowiedział o ówczesnych Węgrzech, ten film tego nie zdołał zrobić. W dodatku szereg młodych aktorów w filmie jest dużo słabszych niż filmowy ojciec bohatera, który należy do starszego pokolenia, co tak sobie świadczy o jakości nowej fali filmowej.

Na szczęście, nie tylko takie filmy powstają tu ostatnio.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Nie, nie, nie chcę teraz pisać po pomniku gazeciarza z reklamą tabloidu Blikk, który wystawiono w piątej dzielnicy przy aktywnym wsparciu Antala Rogána (do obejrzenia tu ). Będzie o niedawno powstałym pomniku-muru na ulicy Dohány.

Trudno jednym słowem określić czego jest to pomnik. Może najlepszym określeniem będzie “pomnik obecności żydowskiej w Erzsébetváros”. 

Jak wspomniałem, pomnik ma formę odchodzącego nieco od ulicy muru odgradzającego parking, żelazna brama jest częścią monumentu (obok pomnika jest żydowska, węgiersko-hebrajska dwujęzyczna szkoła). Na pomniku znajduje się następujący tekst:

Niech ten mur upamiętnia fakt, że od połowy XIX wieku jest centrum życia żydowskiego w Budapeszcie. Szkoły, bożnice, synagogi, miejsca wspólnotowe i sklepy były i są licznie obecne w okolicznych ulicach. Ale niech upamiętnia też fakt, że pomiędzy 2 grudnia 1944 i 18 stycznia 1945 roku siedemdziesiąt tysięcy ludzi pochodzenia żydowskiego trwało w strachu i niedostatku w utworzonym tu budapeszteńskim getcie. Stłoczono ich na wszystkiego 0.3 km kwadratowych w 4513 mieszkaniach, przeciętnie 14 osób w jednej izbie, wydanych na pastwę warunków, okrucieństwo węgierskich strzałokrzyżowców i nazistów. W ciągu tego półtora miesiąca liczna ofiar przekroczyła dziesięć tysięcy.

Ty, których stoisz przed tym murem, zmów modlitwę ku pamięci dziesięciu tysięcy ofiar, które tu straciły życie i za sześćset tysięcy węgieskich ofiar Holocaustu. Według wiary żydowskiej ci, którzy żyją dobrym uczynkiem, chwaleniem imienia Boga upamiętniają zmarłych.

W następny piątek zapal świeczkę dla uczczenia szabasu.

Weź udział we wspólnotowej modlitwie.

Odmów poniższy psalm.

Następuje psalm 23.

Jest tam też mapa naszej dzielnicy z zaznaczonymi miejscami obecności żydowskiej. I tu właśnie pomnik robi się ciekawy. Bo są to nie tylko miejsca historyczne jak synagogi czy były sierociniec ale i działające dziś szkoła, rynek czy restauracja. Wszystko odlane z betonu i mosiądzu sugerującymi pomnikową trwałość.

Mapa z legendą

Zastanawiałem się co się stanie gdy szkoła się przeniesie a restauracja zamknie? Przecież to nie strona internetowa którą się zaktualizuje. Ktoś od nowa odleje ten beton i mosiądz?

Inna ciekawa rzecz to to czego na mapie nie ma. Jest restauracja Carmel a nie ma restauracji Hanna. Są cztery okoliczne synagogi ale nie ma tej na ulicy Vasvári Pál, która należy do wspólnoty Chábád Lubavics. Jest szkoła na ulicy Dohány (tam stoi nasz pomnik) ale nie ma tej na ulicy Wesselényi. Czemu – nie wiem.

Legenda w powiększeniu

Dalej jest kronika śmierci - i kronika życia, której ostatnim wydarzeniem jest otwarcie szkoły obok pomnika. Znów pytanie: mam wielką nadzieję, że kronika śmierci jest zamknięta ale czy kronika życia na pewno nie doczeka się kontynuacji?

Na górze kronika śmierci, na dole życia

Może coś wspólnego z tym wszystkim ma to, kto ufundował pomnik. Zrobiła to Egységes Magyarországi Izraelita Hitközség [HU} (EMIH) czyli Zjednoczona Izraelicka Wspólnota Wyznaniowa, jedna z trzech oficjalnie zarejestrowanych na Węgrzech żydowskich organizacji wyznaniowych reprezentująca nurt staus quo ante (sprzed podziału na neologów i ortodoksów). Jeśli tak to byłby to ciekawy przykład partykularyzacji historii. Jakby ktoś wiedział coś więcej na ten temat niech napisze w komentarzu.

Piękne motywy ozdobne w betonie ...

... i na żelaznej części pomnika.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Węgrzy i wódka dwie osobne i odrębne historie. Ile razy w rozmowie z jakimś Węgrem pojawiłby się temat wódki skrzywi się on i powie, że wódka do palinki się nie umywa. I ma rację! Widać zresztą to i po tym jak się je pije: wódkę szybko, jednym haustem, palinkę drobymi łyczkami, delektując się jej smakiem.

Z niebylejakim więc zdziwieniem dowiedziałem się niedawno o wódczanej innowacji, która jest dziełem Węgrów. Chodzi o syfon Szikra (Iskra) zawierający dwudziestoprocentową gazowaną mieszankę wódki z jakimś sokiem. Całość wykonano w stylu retro, fabrycznie pościerane napisy, na butli odniesienia do Jedlika, któremu ludzkość zawdzięczać ma wynalezek wody gazowanej. Pomysł trochę jak kiedyś drink z rumem Bacardi pakowanym w małe buteleczki.

Smak pigwowy, według strony producenta (Zwack) są też Szikry o smaku kwiatów czarnego bzu, maliny oraz trawki cytrynowej, no i o smaku czystej

Zdecydowanie retro

Jeśli ktoś miał okazję wypróbować Szikrę czy mógłby podzielić się wrażeniami?

niedziela, 15 lutego 2015

Przyjeżdza w poniedziałek. Na razie na trasie przejazdu zaspawywane są włazy do kanałów. Akurat trafiliśmy dziś na taką policyjno-kanałową ekipę pracującą na Andrássy.

Najpierw szła ekipa z radiowozem sprawdzająca wszystkie włazy do kanałów

Za nimi szedł zespół spawalniczy z policjantem

Efekt wygląda tak.

Pierwszy raz słyszę z zaspawywaniu włazów do kanałów, inne wizyty dostojników z zagranicy, jak choćby niedawny przyjazd Merkel, odbywały się bez tego.

Dzięki Chłopakowi za zdjęcia!

PS A demonstracja pod hasłem Putin - nie, Europa - tak! już jutro. Rusza o 18:00 spod dworca Keleti

sobota, 14 lutego 2015

W końcu zeszłego roku popularnością w internecie cieszyły się filmiki 10 Hours of Walking in NYC as a Woman oraz Four Hours of Walking in Cairo as a Woman. Zrobione zostały ukrytą kamerą nagrywającą, przedstawiały zaczepki, których ze strony obcych mężczyzn doświadczał'a chodząca po mieście młoda kobieta.

Nie powstał, o ile wiem, podobny filmik dotyczący Budapesztu ale za to służę zdjęciem o podobnej tematyce.

Przestawia ono rentgena stopy Śliwki po operacji skręcenia śrubami pękniętej kości stopy co było koniecznie po jej spotkaniu z grupą facetów na ulicy. Śliwka przechodziła przejściem pod torami pchając skuter i miała to nieszczęście, że akurat przechodziła tam grupy robotników z pobliskiej budowy. Posypały się uwagi typu “złotko, co to za motor”, zaczęli dotykać jej i skutera, i gdy próbowała ich odgonić straciła równowagę i skuter upadł jej na stopę z wiadomym rezultatem. Dowcipkowali nawet wtedy gdy mocowała się z tą stupięćdziesięciokilogramową maszyną próbując ją podnieść.

Dla porządku dodam, że Śliwka nie miała miniówy ani dekoltu do pępka, na głowie miała hełm, spod którego nic nie widać. W zasadzie widać było tylko tyle, że to kobieta – i to już naszym bohaterom wystarczyło.

Z pewnością uważali to – a i pewno teraz też uważają - za niewinny żart. Doprowadzenie do uszczerbku na zdrowiu, który goi się po ponad ośmiu dniach to przestępstwo na Węgrzech ale dojść do tego, kto to był nie ma jak, Śliwka ze zrozumiałych powodów nawet nie pamięta ilu ich było. Dla nich nie będzie więc konsekwencji, ten wpis niech jednak nie pozwoli zapomnieć o tym co zrobili. Tym bardziej, że to niestety tylko jeden z wielu przypadków takiego rodzaju.

wtorek, 03 lutego 2015

Odbyła się w niedzielę, zorganizowały ją facebookowe grupy Százezren az internetadó ellen (Sto tysięcy przeciwko podatkowi od internetu) oraz 60ezren a MAGÁN nyugdíjukért (60 tysięcy w obronie swoich PRYWATNYCH emerytur). Klasyka, Kossuth tér, niedzielny wieczór, zbiórka pieniędzy na koszt demonstracji, niezłe przemówienia, parę tysięcy ludzi. Co warto odnotować:

Na demonstracji głos zabrali politycy! To zdecydowanie nowość. Jeden z nich to Zoltán Kész, który jest opozycyjnym kandydatem w wyborach uzupełniejących w Veszprém 22 lutego. Są one ważne bo jeśli Kész wygra to Fidesz straci większość absolutną w parlamencie.

Zoltán Kész w akcji

"Veszprém i gotowe" - gra słów "kész" oznacza właśnie "gotowe", zwolennicy Zoltána Késza

Ponadto o również przemawiającym Zoltánie Vajdzie z grupy 60 tysięcy okazało się wcześniej, że jest aktywistą partii Együtt (był nawet kandydatem na burmistrza w niedawnych wyborach samorządowych), tak więc grono polityków wzrosło do dwóch.

Zoltán Vajda

Pewnie z powodu tematyki demonstracji odniosłem wrażenie, że tym razem było więcej flag unijnych niż węgierskich. Pojawili się zresztą sprzedawcy flag, można było kupować do wyboru do koloru. Flaga unijna to już zdecydowanie manifestacja opozycyjności.

Pojawiły się też takie hybrydowe flagi unijno-węgierskie

Na początku demonstracji odśpiewano hymn węgierski (ciekawe, nie wszyscy zdejmują wtedy czapki) a na końcu … hymn EU. Wyszło świetnie tym bardziej, że bardzo dużo ludzi go śpiewało . Jak wyjaśnił mi kolega kiedyś wszyscy uczyli się w szkole, bodajże w ósmej klasie. Może więc była to premiera nowej pieśni ulicznej.

Na zakończenie warto wspomnieć, że na obrzeżu tłumu pojawili się skrajni prawicowcy ze skreślonymi flagami Unii. Policja ich izolowała. Przychodzili na opozycyjne demonstracje już wcześniej, widać narodziła się nam taka nowa tradycja.

Wyjaśniam: to nie jest flaga Szkocji z gwiazdami

Następnego dnia miała się odbyć kolejna demonstracja obok uniwersytetu gdzie Merkel miała mieć wykład. Rano organizatorzy dostali telefon z centrum antyterrorystycznego z informacją, że “ze względów bezpieczeństwa” nie może się ona odbyć w poprzednio zarejestrowanym miejscu – odbyła się gdzie indziej. Ta historia się prawdopodobnie tak nie skończy bo policja nie ma prawa tak zrobić: na zgłoszenie zastrzeżeń jakiegokolwiek rodzaju wobec zgłoszonej demonstracji ma 48 godzin a te dawno minęły.

Jak zawsze ciekawe są transparenty, oto ich mały wybór.



demonstracyjny folklor: precle i grzane wino

"Nasza Angelo! Prosimy, zbaw nas ode złego! Chcemy pozostać obywatelami EU!"

Kolejny z licznych motywów niemieckich: Zabierz swoje dziecko!

Posępne miny: "Nie możemy wam tyle dawać ile kradniecie"

Nie mogło się obyć bez zwyczajowego bohatera demontracji

"Nasz człowiek" - nawiązanie do zbliżającej się wizyty Putina no i słynnego plakatu z 1990 roku. Jak ktoś widział kultowy tutaj film Tanú to z pewnością zauważył też podobieństwo do towarzysza Bástya

Jak to bywa w przypadku dojrzałej kultury demonstracyjnej pojawił się nurt nonsensowy reprezentowany przez ten oto niewielki transparent (jeśli ktoś rozumie o co chodzi nie napisze w komentarzu)

A propos wizyty Putina, i z tej okazji odbędzie się demonstracja pod hasłem Putyin: Nyet! Európa: Igen! (nie tłumaczę). Marsz symbolicznie przejdzie od dworca Keleti (Wschoni) do Nyugati (Zachodni). Demonstracja rusza o 18:00 w poniedziałek 16 lutego.

A tak komentuje te dwie wizyty HVG:

Plac (teren) zabaw. Dyplomacja szczytuje.

środa, 28 stycznia 2015

Przyjeżdzają znajomi do Budapesztu, przyjeżdzają turyści i chcą sycić się węgierskością, w skład czego nieodmiennie wchodzi wizyta w węgierskiej restauracji. Jest z tym mały problem bo takich restauracji jest w mieście mało, rdzenni budapeszteńcycy do nich nie chodzą.

Nieliczne miejsca w okolicach Váci utca nakierowane są na turystów. Takie restauracje jak Belvárosi Disznótörős czy też Pesti disznó nie są na tyle ortodoksyjnie tradycyjne by zaspokoić turystów a autentycznie węgierskie bary jak Főzelékfaló turystów – słusznie – odstraszają.

Zmiana nastąpiła w zasadzie przed moim oczyma. Pamiętam jeszcze czasy kiedy poza restauracjami bez przymiotnika – z natury rzeczy były to restauracje węgierskie – istniały jedynie restauracje chińskie oraz pizzerie. Od tej pory w mieście pojawiło się niemal wszystko co istnieje - niemal, bo takiej na przykład restauracji polskiej nadal brak, wiele miejsc serwuje kuchnię eklektyczną (czasami nazywa się to elegancko “fusion”) i tak też się tu wszyscy eklektycznie i kosmopolitycznie odżywiamy.

Ale, jak wskazuje tytuł postu, jest bastion, który dotąd dzielnie daje odpór temu naporowi międzynarodowych batalionów kulinarnych. Chodzi o cukiernie.

Kto był na Węgrzech ćwierć wieku temu i teraz zajrzawszy do cukierni różnicy nie zauważy. Są te same słone ciasteczka, przede wszystkim różne pogacze ale także wyroby z ciasta francuskiego. Są też rzecz jasna te same ciastka i torty: fekete erdő, dobos, Esterházy, Rigó Jancsi, kremówki, różne strucle, makowiec, rolada orzechowa, zserbó, i tak dalej, i tak dalej. Te same produkty wszędzie, te same produkty od lat.

W dodatku w jakiś dziwny sposób estetyka cukierni węgierskich również wydaje się być odporna na działanie czasu. Mimo braku centralnych regulacji ta zimna w odczuciu, nieco nijaka w stylu kombinacja kamienia, metalu, szkła i drewna nie zmienia się od lat. I tak wszystkie cukiernie na Węgrzech wyglądają podobnie.

Co ciekawe, tak jak przeciętni Węgrzy, zwłaszcza na prowincji, do restauracji nie chodzą codziennie bo nie mogą sobie na to pozwolić, to niedzielna wizyta w cukierni w celu zakupu ciastek do obiadu jest znacznie bardziej rozpowszechniona. Obiad się gotuje w domu, deser kupuje w cukierni, ten popyt ze strony przeciętnych Węgrów na ich usługi z pewnością przyczynia się do zachowania ich niezmiennej formy.

Są wyjątki. Pisałem kiedyś o cukierni Sugar oferującej dość inne doznania kulinarne i estetyczne. Na ulicy Paulay Ede otworzono Deszert neked (“warsztat desertowy”)

Z czasem na pewno takich miejsc będzie więcej – coraz więcej. Proces nie będzie pewnie jednak szybki, na razie więc miłośnicy tradycyjnych węgierskich cukierni mogą spać spokojnie.

Tort Esterházy (przy okazji warto zwrócić uwagę na ciekawe podejście do pisowni tego nazwiska w węgierskiej i angielskiej wersji nazwy - różnicy nie powinno być)...

... tort Sacher ...

... słone ciasteczka ...

... kremówki kasztanowe ...

... zserbó, rzecz jasna ...

... i sernik Rákocziego w kawiarni Művész - choć mogłoby to być gdziekolwiek

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98