moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Luty 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29            

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
czwartek, 04 lutego 2016

Kolejna perełka z fortepanu: seria zdjęć Károlya Ofnera z Polski wykonana latem 1939, tuż przed wybuchem wojny.

Ofner był inżynierem w zakładach farmaceutycznych Richtera (istnieją do dziś). W lecie 1939 roku wysłany został do przedstawicielstwa firmy w Warszawie, po drodze, jak pasjonat amator-fotograf (w fortepanie jest dużo innych jego zdjęć), fotografował. Poniżej zamieszczam wybór z tych zdjęć (Kraków i Zakopane), całość dostępna pod tym linkiem.

Całość ma nastrój jak z Filandii Świetlików, na razie lato, jakiego jeszcze nigdy nie było, zaraz jednak się to skończy. Najmocniej odczuwa się to oglądając zdjęcia z krakowskiego Kazimierza: zdecydowana większość ludzi na nich parę lat później już nie żyła zamordowana w pobliskich obozach.

Z tymi zdjęciami łączy się zresztą współczesna historia, o której dowiedziałem się z artykułu w 444.hu [HU].

Kiedy do fortepanu trafił zbiór Ofnera pojawił się pomysł by, wspólnie z Węgierskim Archiwum Żydowskim (Ofner był żydem), dzięki któremu zbiór trafił do fortepanu oraz Instytutem Węgierskim w Warszawie zorganizować wystawę fotografii z Kazimierza. Początkowo Instytut Węgierski wykazywał wielkie zainteresowanie pomysłem. Okazało się, że przedstawicielem Richtera w Warszawie był Emil Révai, którego z powodu pochodzenia żydowskiego zamordowało później Gestapo. Krakowskie fotografie więc połączone z jedynym warszawskim zdjęciem Ofnera przedstawiającym właśnie Révai doskonale łączyłyby się tematycznie.
Jednak Instytut Balassiego jako ciało nadzorcze Instytutu Węgierskiego nie poparł projektu. Nieformalne dał do zrozumienia, że nieszczęśliwym byłoby przedstawiać problematykę Holokaustu poprzez postać Révaia, który był bratem późniejszego stalinowskiego polityka od kultury, Józsefa Révaia.

Nieco mnie takie wybredne podejście to zdumiało. Napisałem do Instytutu Węgierskiego w Warszawie z prośbą o komentarz do tego artykułu. Odpisali mi szybko i uprzejmie ale wymijająco. “Nie od nas to zależało” - to od kogo? - “Raczej o tym nie mówmy” tak można streścić naszą wymianę.

Tak więc skoro tej wystawy nie dało się/nie da rady zobaczyć w Instytucie zapraszam tutaj – a także na fortepan.

Zaczynamy od Kazimierza

Kazimierz, ulica Krakowska, źródło fortepan

Kazimierz, źródło fortepan

Kazimierz, źródło fortepan

Kazimierz, źródło fortepan

Kazimierz, ulica Szeroka, źródło fortepan

Kazimierz, źródło fortepan


Kazimierz, ulica Józefa, źródło fortepan

Inna część Krakowa

Brama Floriańska, źródło fortepan

Jest też parę zdjęć z Tatr

Dolna stacja kolejki na Kasprowy, źródło fortepan



Skocznia, źródło fortepan



Gubałówka, źródło fortepan

Gubałówka, początek kolejki, źródło fortepan

Krupówki, źródło fortepan

Krupówki, źródło fortepan

plakat filmowy, zdaje się, też na Krupówkach, źródło fortepan

Niedźwiedź, gdzie - nie wiem, źródło fortepan

Żołnierze, źródło fortepan

Kasprowy, źródło fortepan

Bonus: ciekawostka polsko-węgierska ze Lwowa

Lwów, źródło fortepan

A na koniec sam Emil Révai w towarzystwie trzech innych kobiet i dziecka.



Warszawa zapewnw, źródło fortepan

środa, 03 lutego 2016

... na stanowisko ds. PR, komunikacji i programów literackich. Termin podawania zgłoszeń to 22 lutego.

Szczegóły tu [PL] i tu [HU].

Jakby ktoś złapał tę pracę dowiadując się o niej ode mnie to chętnie przyjmę zaproszenie na piwo lub wino:)

niedziela, 31 stycznia 2016

Z okazji dnia Holokaustu index przytoczył dla mnie szokujące statystyki.

I tak, 45% Węgrów uważa, że żydzi szukają korzyści nawet w swoich prześladowaniach. Dalej, 65% sądzi, że podczas wojny nie-żydzi cierpieli tyle samo co żydzi. A 58% uważa, że wystarczy już zajmowania się tematem Holokaustu.

żydzi prowadzeni ulicami Budapesztu, źródło wikipedia

żydowscy robotnicy przymusowi, źródło fortepan

Tak. Na rozliczenie z Holokaustem i oficjalnym antysemityzmem trzeba tu jeszcze czekać (w międzyczasie zainteresowanym tematem polecam omówienie dwóch książek na ten temat, tu i tu)

W mowie wygłoszonej tego dnia Obama bezpośrednio wspomniał Węgry. Powiedział, że rząd USA interweniował by na Węgrzech nie powstał pomnik Bálinta Hómana [EN], który jako minister ds wyznań i edukacji wprowadzał tutaj ustawy antyżydowskie. Pomnik nota bene w końcu nie powstał, do czego przyczyniły się poza sprzeciwem amerykańskim także protesty społeczne.

Taka publiczna wzmianka przy takiej okazji to policzek dla rządu, który po cichu wspierał utworzenie pomnika.

Tak to na pewno zrozumiano w rządzie. Rzecznik Orbána zapytany o przemówienie Obamy odpowiedział dosadnie: Faktycznie były próby wywierania nacisku ze strony rządu amerykańskiego, które Viktor Orbán w sposób jak najbardziej zdecydowany odrzucił. Zazwyczaj próby nacisku zzagranicy tylko utrudniają załatwienie spraw i tak też było w sprawie pomnika Hómana. Stanowisko premiera Węgier jest takie, że rząd amerykański lepiej by zrobił gdyby od takich prób się powstrzymał

Państwowa agencja informacyjna MTI powyższego fragmentu przemówienia Obamy nie zauważyła i o nim nie poinformowała. Zaniedbanie nadrobiła gdy o sprawie poinformowały media węgierskie.

wtorek, 26 stycznia 2016

To tytuły filmów, które niedawno z zainteresowaniem obejrzałem.

Gorączka o świcie (Hajnali láz) to przede wszystkim książka, do której prawa sprzedano już w trzydziestu językach. Napisana przez Pétera Gárdosa opowiada historię swoich rodziców. Przeżyli oni Holokaust, po obozach trafili do Szwecji na rekonwalescencję. Miklós, ojciec Gárdosa, któremu rokowania lekarskie dawały zaledwie miesiące życia, zaczął pisać listy do również przebywających w Szwecji rekonwalescentek z rodzinnych okolic w nadziei na nawiązanie kontaktów. Szczególnie mocną więź nawiązuje z Lili, z którą się żeni. Tytułowa gorączka o świcie opuszcza go, będzie żył.

Film nie jest powalający ale sama historia, opowieść o przeżyciu mimo wszystko robi wrażenie, warto zobaczyć film – albo przeczytać książkę.

Swobodny spadek (Szabadesés) to film Györgya Pálfiego – o jednym z jego poprzednich filmów było tu. Ten reżyser wzbudza albo fascynację albo obrzydzenie, z takimi reakcjami spotyka się pewnie i ten film.

Koncepcja jest prosta: w bloku mieszka nienawidzących się para emerytów, kobieta na zakupy wychodzi rzucając się z dachu na ziemię – wstaje potem z niewielkimi otarciami – po drodze na dach mija pozostałe mieszkania, spotyka sąsiadów i ich uszeregowane historie składają się na treść filmu.

Jak to u Pálfiego, historie te są często niesamowite, surrealistyczne, mocne. Opowiadane są one w różne sposoby, jest mrożący spokój, realizm i przesada, jest burleska, są różne tonacje kolorystyczne, różne sposoby filmowania. Bez spoilerów, nie będę streszczać tych historii, lepiej to zobaczyć samemu.

Ciekawa jest też historia powstania tego filmu. Pálfi dostał od organizatorów południowokoreańskiego festiwalu filmowego 100 tysięcy dolarów – oraz pięć miesięcy – na zrobienie filmu. Ten nierealnie niski budżet oraz nierealnie krótki termin pozwoliły na stworzenie Swobodnego spadku. Choć w filmie czuje się ograniczenia to i tak efekt jest mocny. Polecam.

czwartek, 21 stycznia 2016

Niedawno odkryłem w fortepan.hu (o tym co to jest fortepan pisałem tu) szereg zdjęć polskich uchodźców z 1939 roku zaraz po przekroczeniu granicy polsko-węgierskiej, których, jak się wydaje, dotąd nigdzie nie publikowano. Tak więc po raz pierwszy mają one swoich widzów na tym blogu.

Zamieszczam tu większość z nich, całość do obejrzenia na fortepanie, jako słowo kluczowe (kulcsszó) trzeba wpisać "lengyel katona". Dwa ostatnie nie mają tego tagu ale moim zdaniem też przedstawiają uchodźców. Warto pogmerać wśród zdjęć ich autora, Pála Berkó, wśród nich może być więcej mniej oczywistych zdjęć łączących się z tym tematem.

Autor: Tivadar Lissák, źródło: fortepan.hu

Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu

Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu


Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu



Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu

Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu



Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu



Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu

Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu

Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu



Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu

Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu

Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu

Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu

Autor: Pál Berkó, źródło fortepan.hu

Kösz Berkó Pál, kösz Lissák Tivadar, kösz fortepan!

wtorek, 19 stycznia 2016

Kopertówki to codzienność węgierskiej służby zdrowia, pisałem o tym parę lat temu tu, od tej pory nic się nie zmieniło. Kopertówki z jednej strony utrzymują w ruchu rzężącą służbę zdrowia, z drugiej natomiast skutecznie zapobiegają reformom: najwięksi beneficjenci kopertówek zawsze potrafią zadbać by nic się nie zmieniło. Ten wewnętrzny paraliż społeczności medycznej widać też na opozycyjnych demonstracjach: zawsze pojawi się tam jakiś aktywista-nauczyciel z pomysłami na zmiany a ze strony służby zdrowia natomiast nigdy nie ma nikogo. Jedynym wyjątkiem jaki pamiętam było wystąpienie młodej lekarki – która na demonstrację przyleciała z Anglii, dokąd wyemigrowała.

Tragiczno-śmiesznym jest, że w szpitalnych kioskach często można kupić kopertę.

Dlatego tak interesująca jest niedawna facebookowa inicjatywa 1001 orvos hálapénz nélkül (1001 lekarzy bez pieniędzy wdzięcznościowych jak tu się eufemistycznie nazywa kopertówki) grupująca lekarzy, którzy ich nie przyjmują: tak – tu to niekoniecznie norma.

Jeden z projektów logo grupy z charakterystyczną kopertą, autor Zsolt Hegedűs, źródło 1001 orvos hálapénz nélkül

Poniżej tłumaczę najistotniejszy fragment ich, dość długiego, oświadczenia (pełen tekst tu [HU], podział na akapity mój).

1. Pieniądze wdzięcznościowe.

Pieniądze wdzięcznościowe to nasza wspólna korupcja, która z wdzięcznością nie ma nic wspólnego, bo wszyscy płacą ze strachu o bezpieczeństwo swoje lub swoich najbliższych. A tak dokładniej: za iluzję bezpieczeństwa bo przecież na indywidualnym poziomie usług lekarz i tak niczego nie jest w stanie zmienić. Tymi pieniędzmi i tak nie da rady naprawić sypiącego się systemu, za nie nie jest w stanie zatrudnić pielęgniarek czy też kupić nowoczesne lekarstwa. Uwierzcie, to, co lekarz jest w stanie zrobić, zrobi również bez tych pieniędzy.

Najbardziej szkodliwym skutkiem istnienia pieniędzy wdzięcznościowych, poza zniszczeniem zaufania między lekarzem, a pacjentem jest to, że wygrywają one z podejściem merytorycznym: uniemożliwiają kształcenie młodych lekarzy i psują poziom usług przez to, że to, gdzie trafiają nie odzwierciedla zdolności i jakości usług.

Zdziwilibyście się jakim tabu wśród lekarzy są pieniądze wdzięcznościowe. Wstydzimy się ich, nikt o nich nie mówi, nie mamy pojęcia kto je przyjmuje a kto nie (tylko przypuszczamy, że istnieje wąski krąg lekarzy, których zarobki, dzięki wymuszonym pieniądzom wdzięcznościowym, przekraczają pensje lekarzy na zachodzie).

Gdyby jednak lekarze i pacjenci wyzwolili się od nich kim są ci, którzy są zainteresowani ich podtrzymaniem? Naszym zdaniem to aktualni decydenci zarządzający służbą zdrowia. Dla nich wszystko przemawia przeciwko usunięciu pieniędzy wdzięcznościowych bo ich system pozwala na utrzymanie uwagi na skorumpowanym lekarzu (“jak mu płacę to wymagam”). Innymi słowy, państwo nie zapewnia środków tak jak powinno, ale utrzymując system pieniędzy wdzięcznościowych kieruje emocje w odpowiednie tory.

Nieprzypadkowo w przeciwieństwie do organizacji reprezentujących lekarzy nowy wiceminister [ds służby zdrowia] nie chce tykać pieniędzy wdzięcznościowych, w jego opinii one z czasem same się “wykruszą”.

Od kiedy pamiętam, a tematem interesuję się od dawna, nigdy jeszcze nie słyszałem tak jasnego potępienia systemu kopertówek z wyjaśnieniem czemu jest on tak szkodliwy ze strony lekarzy.

Nie wiem czy i ta próba wywołania zmian w służbie zdrowia się wypali bezowocnie czy też zainicjuje pozytywne reformy, życzę, i służbie zdrowia, i pacjentow, i sobie, tego ostatniego.

niedziela, 17 stycznia 2016

Przyzwyczailiśmy się nieco do monopolu nacjonalistycznej prawicy na polityczną przyjaźń polsko-węgierską. W końcu to na demonstracje rządowe (Fideszu) Gazeta Polska zwoziła swoich zwolenników w Jarosław Kaczyński, z nadzieją, głosił hasło Budapesztu w Warszawie. Kontakty widoczne były również między zwolennikami Jobbiku oraz Ruchu Narodowego, poza tym cisza.

Aż pojawiła się facebookowa studencka inicjatywa Dwa Bratanki (“Polsko-węgierska współpraca przeciwko środkowoeuropejskiej autokratyzacji”), która wczoraj zorganizowała wiec poparcia dla antyrządowych demonstrantów w Polsce przed ambasadą.

Demonstracja zapowiadała się niewielka: na FB udział potwierdziła mniej niż 100 osób a wiadomo, że w rzeczywistości zawsze i także się pojawia ich mniej. Czuje się węgierską apatię a także pewnie i ostatnio podbudowaną umiejętną propagadną antyimigrancką popularność Orbána. Sytuację uratowały grupy aktywistów KODów z Krakowa i z Warszawy, i tak zebrało się koło setki uczestników.

Dwa bratanki i KOD na jednej kurtce

Odczytano list Mateusza Kijowskiego, przemówienie wygłosił węgierski organizator Márk Horváth. Pojawiło się w nich dużo nawiązań do tradycji przyjaźni polsko-węgierskiej oraz wezwań do współpracy. Grała muzyka, było skandowanie “Demokracja” i “Demokrácia”, było pisanie haseł na chodniku oraz przywiązywanie wstążeczek w barwach narodowych do drzew.

Aktywiści KODów byli najbardziej widoczni ze swoimi kamizelkami, plakietkami, flagami i transparentami choć pojawiła się grupa działaczy związku zawodowego Szolidáritás i niezorganizowani sympatycy sprawy demokracji w Polsce i na Węgrzech. Były flagi polskie, unijne, nawet tęczowa ale zabrakło węgierskich. Wśród zebranych rozpoznałem paru znajomych Polaków.

tak to wyglądało

napisy na chodniku, ten, ze względu na charakter błędów ortograficznych, na pewno był dziełem Polaków

flagi w różne paski, zabrakło węgierskich

Demokracja: jesteśmy w wami

Dla organizatorów i dla gości z Polski szacunek! Wiem, że ma być kontynuacja kontaktów, niech ten prodemokratyczny aspekt przyjaźni polsko-węgierska się nam rozwija. 

Za demokrację naszą i waszą

Podziękowania dla Chłopaka za zdjęcia!

sobota, 09 stycznia 2016

Niedawno rozmawiałem ze starszą osobą, która przed wojną mieszkała w jednej z wsi w regionie tokajskim. W rozmowie wspomniała, że w jej dzieciństwie każdego tygodnia powtarzał się cykl obiadowy. Zainteresowałem się, a ona, mimo upływu tylu lat, pewnie wyrecytowała mi go w całości:

  • poniedziałek – danie mączne (főtt tészta)
  • wtorek – potrawka z jarzyn (főzelék)
  • środa – danie mączne (főtt tészta)
  • czwartek – danie mięsne (hús)
  • piątek – potrawka z jarzyn (főzelék)
  • sobota – danie mączne, potrawka z jarzyn lub zupa gulaszowa (tészta, főzelék, gulyás leves)
  • niedziela – danie mięsne (hús)

Danie mączne to kluski, knedle, itp. O főzelékach pisałem już wcześniej. Wyglądają one tak:

przygaszone kolory, mdły smak

Spytałem o rybę, bo koniec końców niedaleko płyną Cisa i Bodrog, dowiedziałem się, że ją podawano tylko na Boże Narodzenie.

Na śniadanie natomiast była zawsze wędzona słonina, „żeby mężczyźni mieli siłę do pracy”.

Pogmerałem w internecie i na jakimś forum znalazłem informacje, że takie tradycje były w większej ilości domów. Zdziwiłem się nieco, pierwszy raz spotkałem się z takim cyklem jedzeniowym. Czy ktoś wie coś więcej na ten temat? Czy w Polsce też było coś takiego? Piszcie.

piątek, 08 stycznia 2016

Tak to jest jak pewne rzeczy weźmie się dosłownie:) Sam zresztą coś im do tego kubeczka wrzuciłem w reakcji na taki marketing.

Budapeszt, ulica Andrássy

poniedziałek, 04 stycznia 2016

Od dawna uważam, że w skomplikowanej węgierskiej historii XX wieku jasnym punktem, z którym Węgrzy mogą się z dumą, jest ich stosunek do Polaków. Mam tu na myśli zarówno pomoc wojskową w 1920 roku jak i przyjęcie polskich uchodźców w 1939 roku no i zachowanie węgierskiego wojska zgrupowanego wokół Warszawy podczas powstania. Węgrzy mało wiedzą o tych faktach a szkoda wielka bo mogłyby im dać one szansę na narrację historyczną opartą na pozytywnych akcentach, co na pewno by się tu przydało.

Na ostatni z wymienionych tematów przeczytałem sobie właśnie niedawno wydaną monografię Marii Zimy pod tytułem Węgrzy wobec Powstania Warszawskiego. Z książki tej bardzo się ucieszyłem, czegoś takiego nam było potrzeba. Zawiera ona systematyczny, udokumentowany przegląd faktów związanych z ówczesnymi wydarzeniami oraz ich tłem.

Książka przedstawia najpierw jednostki węgierskie stacjonujące wokół Warszawy. Dalej, co jest chyba najciekawsze, omawia pertraktacje dotyczące pomocy Węgrów powstańcom. Choć miały one niewielkie możliwości powodzenia ze względu na ograniczone szanse na militarny i polityczny sukces połączonych sił polsko-węgierskich autorka uważa, że strona polska wielokrotnie nie dość poważnie podchodziła do negocjacji, które w początkowej fazie powstania, zanim beznadziejność walki stała się oczywista (bardziej dla Węgrów niż dla Polaków), miały większy potencjał na jakieś porozumienie.

Mimo braku porozumienia na najwyższym szczebłu dochodziło do regularnej współpracy na poziomie  lokalnym. Węgrzy przekazywali broń - w pewnym momencie mowa była nawet o artylerii, pomogali rannym, przepuszczali powstańców i partyzantów, ostrzegali przed wymierzonymi przeciwko nim akcjom Niemców oraz pomagali ludności cywilnej. Dochodziło również do dezercji żołnierzy węgierskich, którzy przyłączali się do powstańców czy też oddziałów partyzanckich. Co ciekawe, te zachowania nie odbywały się na rozkaz ale spontanicznie, na wszystkich poziomach żołnierze podkreślali swoje przyjazne uczucia wobec Polaków, włączając w to niewykonanie niemieckiego rozkazu ostrzału arteleryjskiego Warszawy: Nie jesteśmy z Polską w stanie wojny, miał powiedzieć niemieckiemu generałowi węgierski dowódca.

Węgrów wkrótce wycofano z pozycji wokół Warszawy i wysłano do kraju. Z jednej strony Horthy pragnął mieć te oddziały u siebie wobec zbliżającej się ofensywy radzieckiej, z drugiej Niemcy uznali Węgrów na kompletnie nieprzydatnych dla działań przeciwko Polakom.

Jak to bywa, książka ma jednak pewne usterki. Największym brakiem dla mnie jest to, że tekst często przechodzi w wyliczankę faktów opatrzonych przypisami, sam chętnie przeczytałbym nieco szerszą historyczną narrację, ale może tak to już jest z monografiami i trzeba się z tym pogodzić.

Pozostałe rzeczy to drobiazgi. Na stronie 7 pisze autorka o żołnierzach węgierskich wcielonych do niemieckiej armii: ma na myśli chyba udział węgierskiego wojska po stronie niemieckiej, co jest czymś innym. Na stronie 11 pojawia się wzmianka o zniszczeniach wojennych na Węgrzech w kontekście roku 1940, wtedy jednak chyba jeszcze żadnych zniszczeń wojennych tu nie było. Cytaty po niemiecku (np. strona 51) i po węgiersku (59) nie są przetłumaczone na polski a przecież nie wszyscy czytelnicy znają te języki. Nie jestem pewien czy pomocne dla zrozumienia przez czytelnika polskiego jest użycie węgierskiej nazwy Koszyc (Kassa) na stronie 18 mimo, że wówczas to miasto znajdowało się na terenie Węgier.

W sumie jednak, jak wspomniałem, książka bardzo jest potrzebna i świetnie, że się ukazała. Autorce gratuluję, czekamy na wydanie węgierskie!

PS Niedawno przypadkowo natknąłem się na e-mail od autorki, w którym pisała do mnie w związku z wcześniejszym wpisem na temat węgierskiego grobu w Konstancinie. Nie pamiętam co odpisałem, mam nadzieję, że pomogłem i w ten sposób mam swój maleńki ale jednak udział w powstaniu tej książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 102