moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
środa, 21 września 2016

Nie miałem pojęcia, że ten dość kultowy film, na który natknąłem się ostatnio przypadkowo, to zapewne największa polsko-węgierska koprodukcja. I nie mam tu na myśli tylko faktu, że wystąpiło w nim wielu polskich i węgierskich aktorów (Marek Kondrat, Róbert Kóltai, Wojciech Pokora, Zoltán Bezerédy, Zbigniew Zapasiewicz, itd.), że był wyprodukowany wspólnie przez zespoły filmowe polski Zodiak i węgierską Hunnię ale przede wszystkim to, że, w przeciwieństwie do innych polsko-węgierskich koprodukcji koncentrujących się na jednym tylko z tych dwóch krajów, ten opowiada o czasie kiedy Polacy, nawet jeśli nie wszyscy, i Węgrzy żyli w jednym państwie – i służyli w jednej armii.

Komedia C.K. dezerterzy ten szczególny kawałek wspólnej historii opowiada w swoisty, szwejkowski sposób. Mamy końcówkę pierwszej wojny światowej i nikt w garnizonie w Sátoraljaújhely, poza nowoprzybyłym dowódcą kompanii, nie ma ochoty walczyć za kaisera i za monarchię. Tym bardziej, że żołnierze w większości pochodzą z innych nich konstytutywne narody państwa: Austriaków – Niemców czy Węgrów.

Międzynarodowa grupka żołnierzy planuje operację Pierzyna czyli dezercję, a w międzyczasie „rządzi” kompanią. Robi to w sposób przypominający skrzyżowanie bandy szkolnych urwisów z więzienną grypserą. Nadgorliwych przełożonych wykańczają trochę tak jak się wykańcza nieznośnego nauczyciela. Wszystko co ich kręci to możliwość napicia się – i złożenia wizyty w burdelu. Szwejkowską atmosferę potengują niektóre dialogi, jak choćby ten, w którym główny bohater Kaniowski wyjaśnia oficerowi za co dostał karę: w latrynie tłumaczył komuś, że oficerowie piją tyle kawy by ich kupy miały połysk „a nasze kupy stawały przed nimi na baczność”.

Udana ucieczka z koszar granych przez twierdzę w Modlinie prowadzi przez szereg miejscowości między innymi Budapeszt. Po drodze libacje, panienki i spotkania z innymi, niekiedy nadzwyczaj pomysłowymi, dezerterami. Ekipa uciekinierów zostaje jednak schwytana i stoi już przed sądem wojennym kiedy przychodzi wiadomość, że cesarz abdykował. Następuje chaos, wszyscy się rozbiegają, można wracać do domu.

Kończąca scena jest jakby doklejona na siłę z zupełnie innego filmu. Nad biegnącymi żołnierzami pojawiają się mianowicie flagi, w większości polskie ale jest i węgierska. Przetarłem oczy. A potem jeszcze raz. Czyż ci szwejkowie marzący o flaszce i panience, nieprzejawiającyc żadnego szacunku do przepisów, państwa i władzy mieliby okazać się o tak, nagle, patriotami jakiś innych krajów tylko dlatego, że wreszcie można? Za obce nie chcą walczyć ale za swoje tak? Nie bardzo jestem w stanie sobie to wyobrazić.

Węgierska flaga z lewej, polska z prawej

Ponadto gdzie w takim razie są przedstawiciele innych nacji, Czesi, Słowacy, Rusini, …? Czy oni też biegną za polskimi i węgierskimi flagami czy też może woleliby wznieść swoje – przeciwko Polakom i Węgrom? Szwejkowski pacyfizm miał potencjał łączący, nacjonalizmy już nie.

Dotąd nie słyszałem nigdy o wybuchach radości Węgrów z upadku monarchii – dla nich było to jednak ich państwo, które przyniosło im złoty okres. Oj, chyba ktoś niedocenił różnic w historii między Polakami a Węgrami. Ale film i tak warto zobaczyć.

sobota, 17 września 2016

Co się stanie jak Węgier ugotuje coś z kuchni polskiej a Polak jakieś danie węgierskie? Takie pytanie musiało przyświecać organizatorom dzisiejszej kolacji w hotelu Gellért pod nazwą Refleksja. 6 kucharzy, którzy gotują na innych językach (Reflexió. 6 séf, aki a másik nyelvén főz, w której miałem wielką przyjemność wziąć udział (dzięki, Instytucie Polski!). W skład sześciodaniowego menu wchodziły dania węgierskie przygotowane przez polskich szefów kuchni oraz polskie będące dziełem ich węgierskich kolegów.

menu - niestety po polsku były tylko nazwiska szefów kuchni

Założenie jasne ale zaraz pojawia się pytanie jak określić, które dania są polskie a które węgierskie. Niektóre są w miarę oczywiste, na przykład żurek czy też Rákóczi túrós (rodzaj sernika) – oba pojawiły się w menu – ale inne już mniej. Bo czy taka sztandarowa w kuchni polskiej zupa pomidorowa jest polska czy też raczej uniwersalna? Czy gulasz to tylko danie węgierskie? Takie pytanie zaprzątały mnie podczas dania z sandacza czy też policzków wołowych, śledź oraz wątróbki gęsie od takich rozważań były wolne.

Jedzenie było wspaniałe choć oczywiście były rzeczy, które mnie szczególnie oczarowały. Był to po pierwsze żurek autorstwa Ákosa Horvátha z Márga Budapest z intensywnymi maleńkimi białymi kiełbaskami. Znakomite były też policzki wołowe w bałtyckim porterze z kalafiorem po polsku, kwaszonymi grzybami oraz otwartym pierogiem (nadzienie było na zewnątrz) w wykonaniu Andrása Frideczkyego z Söröző Gellért – czyli poniękąd gospodarza tego miejsca. Absolutnym ukoronowaniem wieczoru był Rákóczi túrós Mateusza Wichrowskiego z Brasserie Warszawska. Deser wyglądał elegancko, w ustach oferował zrównoważoną gamę kontrastujących smaków od słodkiego po kwaśny i słony.

żurek przed wlaniem zupy

żurek po wlaniu zupy

Do dań przygotowano opcjonalną listę win. Wszystkie węgierskie, powstaje pytanie czy nie można było zaryzykować i zaproponować kilku win polskich. Istnieje już tyle winnic by była taka możliwość. A do deseru można było pomyśleć o miodzie czy jakiejś nalewce – żadna z tych rzeczy nie jest znana na Węgrzech, tym większa szansa na sukces.

Mam nadzieję, że takie kreatywne konfrontacje będą kontynuowane. Może warto pomyśleć o klasykach obu kuchni narodowych i rzucić mistrzom wyzwanie: barszcz, paprykarz z kurczaka, zrazy, leczo, pierogi, főzelék, bigos czy langosz – i tak dalej. Może też dania, które przygotowali autorzy dzisiejszego wieczoru będzie można dostać w ich macierzystych restauracjach? Na sernik Rákócziego na pewno posłałbym ładnych paru znajomych:)

Brawo szefowie kuchni, brawo organizatorzy, brawo Instytut Polski!

sernik - pycha

wtorek, 06 września 2016

Pisałem kiedyś o szczególnej a niedocenianej przez nie-Węgrów roli jaką w kuchni węgierskiej grają jarzynowe főzeléki. Dziś będzie o drugim takim cichym węgierskim kulinarnym gigancie a mianowicie panierce.

Kotlet panierowany, koniecznie rozklepany na papier, to, obok rosołu, absolutny klasyk niedzielnych obiadów. W niedzielne przedpołudnia budapeszteńskie kamienice regularnie rozbrzmiewają odgłosami roztłukiwania mięsa – zwykle wieprzowiny choć może też być kurczak, indyk czy też cielęcina. Najchętniej Węgrzy jedzą takie kotlety nie jak w Polsce z gotowanymi ziemniakami i surówką ale z frytkami, ewentualnie z ryżem, bywa, że jest do tego ketchup lub majonez. (Dla mnie, przyznam, kombinacja smażonego ze smażonym jest nieco porażająca).

Kotlety panierowane są na Węgrzech tak ukochane, że chcąc nie chcąc musiały zaadaptować je węgierskie fastfooody. W czasach swojego panowania na rynku robiły to – dziś już w zasadzie nieobecne - chińskie bufety (które do panierki dodawały trochę imbiru czy też nasionek sezamu, co czyniło kotlety ciekawsze), obecnie oferują je tureckie bary. Kotlety, z frytkami lub ryżem a zawsze z ketchupem, są żelazną pozycją w restauracyjnych jadłospisach dla dzieci.

Nawet podróżując Węgrzy nie muszą się wyrzekać swoich ulubionych kotletów: na dworcach od kiedy pamiętam dostać można kanapki zrobione z bułki z wylewającej się z niej takim panierowanym kawałkiem mięsa i nieodzownym symbolicznym listkiem sałaty.

A do tego dochodzą inne rodzaje mięsa: udka kurczaka, nadziewana pierś indyka, skrzydełka, wątróbka, ozory, żeberka, golonka …

Ale panierka nie święci triumfów tylko na kotletach. Panierka kontroluje też, jeśli można tak powiedzieć, inne sektory kuchni węgierskiej. Jarzyny? Panierujemy, może to być cukinia, bakłażan, kabaczek, patison, kalafior, brokuły, selery, krążki cebuli a nawet groszek (taki przepis też znalazłem). Pieczarki? No jasne. Ryba? To najpopularniejszy sposób przyrządzania, zwłaszcza osławionego morszczuka (hekk) znad Balatonu. Ser? Czemu nie, nadają się zarówno camembert jak i ser twardy. Naleśniki? Pewnie. Mortadella czyli ogromnie popularne tutaj párizsi? OCZYWIŚCIE! Widziałem też przepisy na panierowane rogaliki i gołąbki. Nie ma niczego czego Węgier nie byłby w stanie spanierować.

Wyszukiwanie przepisów z panierką wyrzuca bite czternaście stron rezultatów na popularnej stronie kulinarnej (trzeba tylko dodać, że węgierski odpowiednik słowa „panierowanie” odnosi się też do zagęszczania zup zasmażką - istnieje dzięki temu nawet zupa panierowana, ale takich przepisów jest tu zdecydowana mniejszość). Tak, Węgrzy kochają panierkę.

Widać to też w szkole Chłopaka. Kiedy zamawiamy razem jego stołówkowe obiady dla sportu liczymy dania panierowane w każdym tygodniu i na ogół wśród zestawów A i B jest ich co najmniej dwa (na dziesięć możliwych), jeśli wziąć pod uwagę opcje a la carte liczba ta robi się wiele większa. To nie jest żadne wychowanie następnego pokolenia w miłości do panierki, nawet małe, przeciętne węgierskie dziecko jest już tą miłością poprzez obiady niedzielne oraz restauracyjne menu dziecięce skutecznie zaszczepione.

Część tygodniowego jadłospisu stołówki szkolnej Chłopaka, na czerwono zaznaczyłem dania panierowane

Nawet na zajęciach praktycznych w szkole podstawowej Chłopak z kolegami uczyli się panierować, dowiedziałem się wtedy jaka jest różnica między panierką wiedeńską (bułka tarta, jajko i mąka) a paryską (tylko jajko i mąka). I choć one dominują w panierkowym świecie trzeba dla porządku dodać, że stosuje się też niekiedy panierkę z nasionkami sezamu czy też płatkami migdałowymi, istnieje też ciasto piwne (mąka, piwo i jajko).

Tak tak, jak ktoś chce poczuć węgierskie wibracje powinien zjeść koniecznie z főzeléka za panierowaną, dajmy na to, mortadellą, tu się kryje kulinarna prawda o tym kraju:)

Najbardziej węgierskie danie, tu i w treści i w formie (Wielkie Węgry w panierce), źródło: Kacatvilág blog

czwartek, 01 września 2016

Potrafią mnie tu zadziwić pomniki (tu, tu, tu, tu czy tu na przykład), ostatnim przykładem jest pomnik polityka Béli Kovácsa stojący przy biurowcu parlamentu znajdującym się koło mostu Małgorzaty. Kovács przedstawiony jak mówca na podwyższeniu i byłby to kolejny sztampowy pomnik gdyby nie to jak go ustawiono: polityk przemawia do drzewa. I to nie z braku miejsca, za nim rozpościera się całkiem spora przestrzeń, na której, jeśliby pomnik stał inaczej, można wyobrazić sobie słuchaczy.

Pomnik przed biurowcem

Przemawia do drzewa

Przestrzeń to ma z tyłu

Pomnik postawiono zaledwie w 2002 roku ale i tak to już jest jego druga lokalizacja. Pierwotnie stał przed urzędem premiera na placu Kossutha, jednak został stamtąd usunięty w ramach niedawnego remontu placu: rząd postanowił przywrócić stan z 1944 roku, który to rok w myśl oficjalnej wykładni historii (między innymi w preambule do konstytucji) był rokiem kiedy Węgry utraciły niepodległość. Na obecne miejsce pomnik trafił w sierpniu zeszłego roku.

Béla Kovács był powojennym przywódcą Partii Drobnych Posiadaczy oraz ministrem rolnictwa w latach 1945-46. Z powodu swojego sprzeciwu wobec komunistów został zaaresztowany przez Rosjan 25 lutego 1947 roku a następnie wywieziony do ZSRR, gdzie był przetrzymywany do 1955 roku. Dla upamiętnienia daty jego aresztu pierwszy rząd Orbána ogłosił 25 lutego dniem pamięci ofiar dyktatury komunistycznej.

Autorem pomnika jest Sándor Kligl.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Czy chce Pan/Pani aby Unia Europejska, bez zgody parlamentu węgierskiego, wprowadziła przymusowe osiedlenie obcych obywateli na terenie Węgier? (Akarja-e, hogy az Európai Unió az Országgyűlés hozzájárulása nélkül is előírhassa nem magyar állampolgárok Magyarországra történő kötelező betelepítését?) - na takie pytanie będziemy odpowiadać w referendum, które zostało ogłoszone na 2 października.

Tematyka referendum jest częścią dominującej już od dłuższego czasu propagandy narracji rządowej: zamiast problemów takich jak choćby oszamiająca korupcja czy sypiąca się służba zdrowia ludzie mają się bać imigrantów. Ten temat absolutnie dominuje w rządowych mediach: nie ma dziennika telewizyjnego by nie było tam co najmniej jednej łączącej się z nim wzmianki.

Samo zręcznie sformułowane pytanie jest zarazem demagogiczne i bezsensowne z punktu widzenia prawa, na co wskazało wielu analityków. Referendum nie może też mieć żadnych konsekwencji prawnych, jest to zabieg z dziedziny PR. Fideszowi/rządowi chodzi o jak najwyższą frekwencję by wzmocnić swoje poparcie. Referenda na Węgrzech zwykle nie przekraczają progu ważności, stąd ta zmasowana kampania by zmobilizować ludzi do uczestnictwa. Pojawiły się opinie, że to przygrywka do wyborów parlamentarnych w 2018 roku: referendalny sukces Fideszu miałby przesądzić o późniejszej wygranej w tych wyborach.

Co ciekawe, kwoty uchodźców byłyby dla Węgier nadzwyczaj korzystne, bo zamiast być odpowiedzialnym za wszystkich zarejestrowanych na Węgrzech azylantów, do czego zobowiązują Węgry obecne azylantów, a są ich dziesiątki tysięcy, sporą ich część przejęłyby inne kraje.

Mimo, że referendum jeszcze stosunkowo daleko walec propagandy referendalnej już odpalił. Oficjalnie nie ma mowy o żadnej kampanii: ta dopiero zacznie się w przyszłości, na razie mamy tylko "akcję informacyjną rządu". Jak zawsze, ta "akcja" jest interesująca a jej treść warta odnotowania.

Zacznijmy od samego sloganu kampanii: Mamy przekaz dla Brukseli, by w końcu to do nich dotarło (Üzenjük Brüsszelnek, hogy megértsék) - co mialoby dotrzeć nie trzeba wyjaśniać, jest to zbyt oczywiste. Mimo, że formalnie chodzi o kwestię kwot uchodźców to jednak od razu jasno widać, że referendum ma silny wydźwięk antyunijny (oficjalny punkt widzenia rządu można sobie postudiować na referendalnej stronie internetowej [HU]).

źródło: Facebook

Same hasła na plakatach, których tłumaczenia podaję poniżej, są zbiorem zręcznie przedstawionych półprawd. Oklejony jest obecnie nimi cały kraj – przykład zaraz - to na podstawie takich tendencyjnych stwierdzeń będą zapewne głosować ludzie.

źródło: Népszava http://nepszava.hu/picture/90027/normal/359/00359561.jpeg

Czy wiedzieli Państwo? Od początku kryzysu migracyjnego ponad 300 osób zginęło w Europie w wyniku ataków terrorystycznych, źródło: HVG

Czy wiedzieli Państwo? Od początku kryzysu migracyjnego w sposób skokowy rośnie liczba przypadków molestowania kobiet w Europie, źródło: HVG

Czy wiedzieli Państwo? Zamachy w Paryżu zostały przeprowadzone przez immigrantów, źródło: HVG

Czy wiedzieli Państwo? Z samej tylko Libii do Europy chciałoby przyjechać niemal milion immigrantów, źródło: HVG

Czy wiedzieli Państwo? W zeszłym roku do Europy przybyło półtora miliona nielegalnych immigrantów, źródło: HVG

Czy wiedzieli Państwo? Bruksela chce osiedlić na Węgrzech tylu nielegalnych immigrantów, że wystarczyłoby ich na całe miasto, źródło: HVG

Spod ogłuszającego huku rządowej propagandy dochodzi jednak szydecze rżenie internetu. Format plakatu idealnie nadaje się na memy, wyguglowawszy “Tudta? Kampány” dostaje się przede wszystkim przeróbki oryginału a nie same plakaty rządowe.

Co więcej, zachęcony sukcesem poprzedniej podobnej akcji Partia Psa o Dwóch Ogonach ogłosiła ponowną zbiórkę na antyplakaty, które mają pojawić się na billboardach za zebrane pieniądze. Postaram się na napisać potem jak im poszło.

czwartek, 14 lipca 2016

Trudno się pisze o kryminałach bo łatwo może się zrobić z tego spoiler ale nie mogę się powstrzymać by nie napisać o tych dwóch filmach.

Hurok to po polsku Pętla. Mimo tak obiecującego tytułu nie chodzi tu o wieszanie ale o pętlę w czasie. Ta sama historia kuriera/przemytnika nielegalnych substancji wspomagających zaczyna się kilka razy i za każdym razem przebiega trochę inaczej tworząc wznoszące się pętle w czasie. Postawa tego chłopaka wobec ukochanej ewoluuje w międzyczasie tak jakby kierujący wydarzeniami demiurg niezadowolny z jego zachowania przesuwał historię do punktu wyjścia tak długo aż wreszcie przebiegła ona zgodnie z jego oczekiwaniami (happy endu, dodam).

To ta część filmu, która daje do myślenia jeszcze długo po jego obejrzeniu. W trakcie samego filmu natomiast, jak to bywa w kryminałach, jest nieco strachu. Główny schwarzcharakter Dezső przeraża samym swoim pojawieniem się, a że robi to w filmie często jest czego się bać!

Drugi film (Tiszta szívvel czyli Z czystym sercem) jest już sporo lżejszy. Historia bandy niepełnosprawnych a przy tym niezwykle skutecznych gangsterów, jak powinno być w dobrych kryminałach, potrafi zadziwić przestępczą kreatywnością ale przy tym i specyficznym bo opierającym się na ich niepełnosprawności czarnym humorze. Film nie ogranicza się do kryminalnej opowieści, ma też drugi poziom, mniej spektakularny ale może bardziej przejmujący dla widza, który staje się dopiero zrozumiały pod koniec więc nie będę wątku rozwijał.

I w tym filmie pojawiają się osobowości ekranowe. Są nimi w pierwszym rzędzie dwaj niepełnosprawni bohaterowie a także serbski ganster, którego gra – uwaga – nie aktor ale mieszkający w Budapeszcie, faktycznie serbskiego pochodzenia, neurochirurg Dusán Vitanovics (akcent nie jest udawany). Rotweilery wraz z nim grające w filmie należą do niego również w rzeczywistości pozafilmowej.

Tiszta szívvel jest obecnie grany w kinach ale obecnie tylko po węgiersku, nie mogę znaleźć informacji o dostępności tych filmów na DVD ale sądzę, że wkrótce będą do kupienia w tej formie – i to zapewne, jak to zwykle bywa, z angielskimi napisami.  

niedziela, 29 maja 2016

Na Bodrogkeresztúr padł strach. W nieco ponadtysięcznej wiosce leżącej w regionie tokajskim pojawiło się kilka tysięcy żydów, i to w dodatków ubranych na czarno chasydów. Wieś poczerniała nagle, mówiono. Czego tu chcą, będą zabierać? Dlaczego przyjechali?

Ten najazd żydów, którzy przybyli tu nawet z USA i Izraela, ma prostą przyczynę. Mijała właśnie kolejna rocznica śmierci (Jahrzeit) cudownego rabina Sájele Steinera, który większość swojego życia spędził właśnie w Bodrogkeresztúr, gdzie też umarł 23 kwietnia 1925 roku. Rabin pochowany jest na cmentarzu żydowskim w tej wsi, stąd też jego kult tutaj się ogniskuje.

Sájele Steiner urodził się w 1851 roku we wsi Zborów, obecnie leżącej w północno-wschodniej Słowacji. Uczył się rabina u Chaima Halberstamma w Starym Sączu (taki element polski), uczył się w jesziwie w Bűdszentmihály (obecnie część Tiszavasvári) po czym trafił do cadyka Hersa Friedmanna żyjącego w wiosce Olaszliszka, również znajdującej się w regionie tokajskim. Ten wyznaczył Sájele Steinera jako swojego następcę zamiast własnego syna. Na skutek niesnasek w lokalnej wspólnocie jednak Steiner przeprowadził się do Bodrogkeresztúr.

Opis jego życia i czynów do złudzenia przypomina chrześcijańskie hagiografie. Rabin udzielał rad a zwracali się do niego licznie zarówno żydzi jak i chrześcijanie, nie czynił różnic między nimi. Przewodził tętniącemu życiu duchowemu i religijnemu, we wsi działały cheder i jesziwa, wspólnota miała filie w sąsiednich wsiach. Zajmował się działalnością dobroczynną, między innymi organizował pomoc dla żydowskich uchodźców z Galicji w czasie pierwszej wojny światowej. Co miał to rozdawał potrzebującym.

Zachowane wspomnienia o nim mają formę kwiatków świętych chrześcijańskich. Parę przykładów, część mających pewnie oparcie w faktach, inne już mniej – takich kwiatków właśnie:

  • Nigdy nie spał, nigdy się nie kładł, w nocy drzemał na fotelu i wciąż rozmyślał i modlił się
  • Koło łóżka zawsze miał laskę oraz odświętne ubranie by gdy przyjdzie mesjasz móc powitać go bez zwłoki
  • Chodził jakby unosił się nad ziemią. Zawsze prowadzono go z dwóch stron, gdy szedł ustępowano mu. Bezpośrednio z nikim nie rozmawiał, tylko przez tłumacza (zwłaszcza z kobietami).
  • W jego domu zawsze było pełno gości. Tak gotowano by gdy zajrzy ktoś obcy też mógł zjeść. To czego nie zjedli do ostatniej kruszynki rozdawał biednym. Bywało, że i sto osób zasiadało do stołu.
  • Było tak, że głód zajrzał w oczy wsi rabina Steinera. Dzięki jego modlitwom akurat przed jego domem w wozie wyładowanym ziemniakami pękło koło i rabin za pół ceny kupił ładunek.
  • Mój ojciec poszedł do rabina a ten powiedział: nie martw się, dobry Bóg pomoże. Weź winnicę w arendę na rok. Wzięli też a w tym roku plony były tak obfite, że sytuacja materialna rodziny zupełnie się uporządkowała.
  • Mój teść był rybakiem. Rybacy nie chcieli ruszać do pracy bo nie było ryb. Powiedział im wysłannik świętego rabina: dam wam pięćdziesiąt krajcarów za każde zarzucenie sieci tylko zabierzcie się do roboty. Potrzebował ryby. Próbowali ale niczego nie udało im się złowić. Wtedy przyszedł rabin, zaczął się modlić na brzegu Bodrogu. I tyle ryb złapali w sieci, że nie mogli ich wyciągnąć.
  • Spłonęła synagoga, a nawet i stół, przy którym się modlił ale jego modlitewnik pozostał nietknięty.
  • Słyszałem wielkie grzmoty. Piorun strzelił w domu Antoniego. Święty człowiek poszedł tam, wbił nóż w belkę i ogień zgasł.
  • Pewien mężczyzna regularnie przepijał swoją wypłatę. Jego żona poszła poskarżyć się rabinowi. Ten dał jej kostkę cukru by dała ją mężowi. Zrobiła tak a on od tej pory przestał chodzić do karczmy bo nie mógł znieść jej woni.
  • Każdy mógł przyjść do niego po radę, zarówno żydzi jak i chrześcijanie. Nie brał za to pieniędzy.

Zmarł po tym jak wracając z Sącza nadepnął na deskę z zardzewiałym gwoździem. Pochowano go w trumnie zrobionej z jego stołu modlitewnego. Pogrzeb przyciągnął olbrzymie tłumy. Wzięli w nim udział żydzi i chrześcijanie, wielu przybyło z daleka: na stacji sprzedano dwanaście tysięcy biletów.

Od tej pory w rocznicę śmierci pielgrzymowano do jego grobu, w latach dwudziestych z tej okazji otwierano nawet granicę czechosłowacką.

Obecny „najazd” to kolejna taka pielgrzymka. Według znajomego chasyda przyjechało 13 000 ludzi czyli dziesięć razy tyle ilu mieszkańców liczy wioska. A przyjeżdzali z daleka: USA, Izraela, Kanady, Londynu, Wiednia, Antwerpii. W Stanach istnieją dwie kereszturskie wspólnoty żydowskie – tak się same nazywają – składające się z potomków pochodzących stamtąd żydów, jedna w Nowym Jorku w Williamsburg (rabin Saje Rubin) a druga na Florydzie (rabin Gross).

W czasie pielgrzymki odwiedzają grób Sájele Steinera, składają tam kvitli czyli kawałki papieru z prośbami do Boga składanymi z powołaniem się na rabina (tu jest różnica z chrześcijaństwem bo nie ma świętych obcowania), jedzą wspólny posiłek, dają datki np. na żydów z Węgier mieszkających w Izraelu. By zachować koszerność wszystkie artykuły spożywcze przywieźli ze Stanów w kontenerze (znajomy chasyd krzywił się na to - na miejscu też dałoby się załatwić koszerną żywność).

Liczba pielgrzymów była rekordowa, zarówno jeśli chodzi o ilość pielgrzymów w Bodrogkeresztúr jak i wogóle o wszystkie żydowskie miejsca pielgrzymkowe na Węgrzech a jest ich kilka. Bodrogkeresztúr staje się liderem w tej kategorii.

Spytałem chasyda skąd to się bierze – w zeszłym roku była okrągła, 90-ta rocznica a ludzi było więcej teraz. Marketing, brzmiała odpowiedź, lepsza jest też infrastruktura (dom gdzie przyjmować można przyjeżdzających) a także ukończona została obudowa grobu.

Wracając do przerażenia mieszkańców, jeszcze prze samym wydarzeniem miejsce miało nadzwyczajne posiedzenie samorządu. Zaproszono na nie Majera Bergera, jednego z organizatorów obchodów I omówiono z nim cały szereg kwestii związanych z kultem cudownego rabina (protokół z posiedzenia dostępny jest tu [HU]). 

Pytania dotyczyły zakupu nieruchomości przez żydów, (podbijają ceny a kupno gospody “podcięło miejscowej turystyce jedną z nóg”), remontów budynków tak by nie naruszały wyglądu wsi, parkowania w niedozwolonych miejscach, negatywnego wpływu na turystykę, mniejszej dotacji państwowej ze względu na niezamieszkałe na stałe budynki, hałasowania w niedzielę i śmieci. Majerowi Bergerowi przypomniano o opłacie turystycznej płatnej za każdą spędzoną tu noc a także o koniecznych zezwoleniach w przypadku prowadzenia zbiorowego żywienia. Czy będzie ktoś z kim można by się skontaktować w przypadku problemu z budynkiem, np. pęknięcia rury? Mimo ciągłych zapewnień, że każda ze stron szuka rozwiązania problemu przez protokół przebija napięcie. Jeden z radnych wręcz powiedział, że pielgrzymki naruszają spokój wsi i sam nie wie czy jego dzieci będą w stanie i chciały tu mieszkać. Kurtuazyjnego zapewnienia, że samorząd dumny jest z rabina, bądź co bądź słynnego obywatela Bodrogkeresztúr, i że cieszy się z wizyt podtrzymujących pamięć o nim, zabrakło.

Warto dodać, że każdego lata we wsi miejsce ma spotkanie motocyklistów, często demonstrujących swoje skrajnie prawicowe sympatie, po którym następuje objazd okolicznych wiosek. Zbiera się mniej ludzi ale hałas i tak jest wielki. I nikomu to nie przeszkadza.

W tym przerażeniu mieszkańców widzę jak bardzo, wraz ze zniknięciem żydów wymordowanych w czasie Holocaustu, znikła też świadomość lokalnej historii żydowskiej. Bez jej znajomości to co się dzieje wokół grobu cudownego rabina jest małorozumiałe – i obce, budzące niechęć. Rabin pamiętany jest daleko od Bodrogkeresztúr ale już nie w samej wiosce. To samo miejsce znaczy tak odmienne rzeczy dla różnych ludzi (widać to zresztą niekiedy w artykułach na temat tokajskich wiosek w wikipedii, w angielskich wersjach często są jedynie odniesienia do ich żydowskiej historii). Dla mnie jest to niesamowite.

Na cmentarzu w Bodrogkeresztúr byłem w 2013 roku. Zrobiłem wtedy parę zdjęć.

Cmentarz leży na wzgórzu i rozpościera się z niego piękny widok

Groby, zza nich prześwituje, pewnie już ukończony, domej budowany wokół grobu rabina

Grób rabina Sájele Steinera

Napisy na grobie - są tam też ręczne dopiski pielgrzymów z prośbami o pomoc przez zasługi rabina

Na cmentarzu jest zresztą wiele innych, pięknie rzeźbionych nagrobków, na przykład taki

lub taki.

środa, 20 kwietnia 2016

Ponad milion lajków na facebooku w dziesięciomilionowym kraju, że już nie wspomnę o takich drobiazgach jak kultowe koszulki, książka, czy też wino i dwie budapeszteńskie knajpy nazwane od niego: pozwólcie przedstawić sobie węgierską gwiazdę kleru, księdza Tibiego (Tibi atya). Ten menelowaty duchowny, pedofil i alkoholik, w typowo księżowskich, przyciemnianych brylach cieszy się tu ogromną popularnością zwłaszcza wśród młodych ludzi. Zaniepokojonych uspokajam: Tibi atya istnieje tylko wyłącznie w postaci memu internetowego.

Tibi atya powstał (na facebooku, jak wspomniałem, gdzie indziej nie istnieje) pod koniec 2012 roku. Jego poprzednikiem było blog Ex szakasz, działając w latach 2008-2012. Trzech młodych przedsiębiorców, którzy stoją za księdzem Tibim, czyli jak się nazywają w wywiadach, jego ministrantów, do dziś wolą pozostać anonimowymi. 

Siłą persony Tibi atya jest oparty na alkoholiźmie dość dosadny humor z rzadka tylko okraszony iskierką inteligencji. Na stronie księdza na fejsie codziennie pojawia się parę alkoholowych sentencji często w postaci graficznej z nieodłączną postacią w okularach z kieliszkiem. Na przykład taka:

Najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa? Nie musiałem płacić rachunków

Są dwa rodzaje ludzi, ci, z którymi piłeś i ci, przez których pijesz.

Tak, takie mądrości zbierają po kilkanaście tysięcy lajków. Przeglądając facebooka spostrzegłem wśród lajkujących ładnych paru znajomych, których dotąd nie podejrzewałem o taki typ humoru.

Są też klimaty polskie, te mi się akurat podobają:

Naucz się swojego nazwiska po polsku! 1. Wypij litr palinki 2. Spróbu się przedstawić

Albo takie:

Wszyscy potrafią mówić po polsku. Tyle, że niektórzy trzeźwieją

Szanuję Polaków. Zbudowali cały język korzystając wszystkiego z ostatnich pięciu liter alfabetu.

I tak dalej. Czytałem o imprezie, na której grupa znajomych, gdzieżby indziej, w knajpie przez cały wieczór opowiadała sobie nawzajem ulubione dowcipy Tibi atya, balangę kończąc wspólnym "pochwalony!" Tak te żarciki funkcjonują w kulturze młodzieżowej a pewnie i nie tylko.

Twórcy Ministranci księdza Tibiego bronią się przed zarzutem rozpowszechniania alkoholizmu argumentem, że Tibi atya to krzywe zwierciadło podstawione pod twarz społeczeństwu. Na ile się zgodzimy z tym nasza rzecz, jednak głównym aspektem tibiatyawskiej przedsiębiorczości jest wino i knajpa.

Sikacz księdza Tibiego, źródło: Mandiner

No właśnie, knajpa a właściwie dwie knajpy. Pierwszą ministranci otwarli we współpracy z jakimś przedsiębiorcą na ulicy József Attila pod nazwą Fröccskocsma. Miejsce zrobiło się w mgnieniu oka szalenie popularne, tłum wylewał się aż na ulicę. Jednak współpraca szybko się popsuła, Tibi atya odżegnał się od knajpy w internecie a ministranci otworzyli nowe miejsce, tym razem na rogu körútu i ulicy Dohány. Tym razem knajpę nazwano Humbák művek (Zakłady Humbák).

Nazwa pochodzi od krainy, gdzie mieszka i pracuje Tibi atya. Pierwotnie jego historię osadzono w Máriakálnok, istniejącej miejscowości, ale na skutek protestów burmistrzyni, która sobie nie życzyła by miejscowość kojarzono z nieciekawą (jego zdaniem) osobą, księdza Tibiego przeniesiono do już fikcyjnego kraju Humbákföld.

Fröccskocsma

Już od wejścia jest z nami Tibi atya

Jak to było, chleb i wino?

W środku

Bar, malowidło przedstawia Humbákföld, uwagę zwraca rozlewnik fröccsa na barze z lewej

Tibi atya pomaga też wybrać coś do jedzenia

Są kwiatki księdza Tibiego jak ten: Alkoholizm to droga, którą nie da się iść ale ja ją wybetonowałem


Przestrzeń jest nasycona księdzem Tibi. Ten jego obraz oświetlony jest stale zmieniającym się światłem, naprawdę piękna rzecz (ten gif jest dziełem Chłopaka)

A to już druga _autentyczna_ tym razem knajpa Tibi atya: Humbák művek

Humbák művek widziane z ulicy

Tiby atya z okna zachęca przechodniów do wizyty



W środku. Playébános to po węgiersku proboszcz

Uwaga! Fröccs tylko czeka na to by się wyswobodzić z butelki

Mały krok dla człowieka, długi krok dla mnie (długi krok to nazwa jednego z gatunków fröcsa, wyjaśniam niezorientowanym)

Tibi atya w sztuce światowej. Swoją drogą pierwotnie twarzy naszemu bohaterowi, nieświadomie, użyczył amerykański franciszkanin Stephen Valenta skazany za przestępstwa na tle seksualnym. Później, ze względu na brak zgody na użycie jego wizerunku, Tibi atya uległ grafizacji i obecnie wygląda jak wygląda

Ale tu jeszcze w dalszym ciągu przypomina Valentę

"Pochwalony" to częsty motyw związany z ikonografią księdza Tibiego

Może jeszcze warto dodać, że popularność Tibi atya nie umknęła uwagi polityków. Ministranci dostali zaproszenia ze wszystkich stron politycznej palety do zaangażowania duchownego po stronie któregoś z politycznych obozów, według swoich deklaracji jednak ani nie skorzystali ani nie zamierzają skorzystać z tych zaproszeń.

Jest też wspomniana książka.

Lufka na każdy dzień. Kwiatki z życia księdza Tibiego. Ta dość umiarkowanie śmieszna publikacja wpisuje się w tradycję parodiowania wieśniaków (głupi i pijacy) przez ludzi z miasta. Ujęły mnie tam tylko piętrowe bluzgi, dajmy na to takie

Tak ich kopnę w dupę, że zaraz dogonią Voyagera 2, który przelatuje właśnie przez obłok Oortu już za układem slonecznym!

Strażnik zabrał nam kupione na wyprzedaży trzyprocentowe piwa, którym upłynęła data ważności ale klnę się na boga, że raczej napiłbym się na Saharze chorego na cukrzycę moczu Karesza Drótosa niż tego gówna ale i tak je nam zabrali.

Dla mnie dużo mówi o Węgrzech, że można sobie takiego Tibi atya stworzyć i nikomu to nie zdaje się przeszkadzać. W Polsce takie rzeczy byłyby nie do pomyślenia! 

środa, 13 kwietnia 2016

Wiadomo, że każda grupa wiekowa ma swój rodzaj humoru, weźmy na przykład takie dowcipy dzieci, które rzadko śmieszą dorosłych. Ostatnio poprzez Chłopaka miałem okazję zetknąć się z popularnym ostatnio wśród jego kolegów absurdalnym humorem gramatycznym.

Chłopak z kolegami opowiadają sobie dowcipy gramatyczne, źródło: fortepan

Tak, ten wpis będzie na temat języka węgierskiego, jeśli ktoś go nie zna to nie doceni tych językowych subtelności, o których będzie. Takie osoby zapraszam to starszych wpisów na śmieszne tematy, proszę, na Boga, nie wychodzić z bloga!

Nieoczywiste dowcipy kolegów Chłopaka wyglądają na przykład tak:

  • Annyire szeretnék Dani egyet.
  • Jönnek a gyerek.
  • Eladók a telek.
  • Az én petrezselyem.
  • Kié ez a huzat? A kanapé.
  • Ott áll a szalon.
  • Dunna ha akarna.
  • Tüsszögőroham van.
  • Ugorj a kobra.
  • Gyere be a szoba, mássz fel a létra, és hozz le egy sajt.

Śmieszne? Okropnie, ale nie od razu.

Absurdalność tych krótkich tekścików (sorry, wyjaśnianie dowcipów to mało przyjemne zajęcie ale muszę) umożliwia pewna właściwość języka węgierskiego, a mianowicie używanie przyrostków tam gdzie, na przykład w polskim, używa się przyimków. Po polsku na stole, po węgiersku asztalon (w tłumaczeniu lustrzanym stółna). Jeśli końcówki słów mają brzmienie takich przyrostków (-ra, -re, -ba, -be, -t, -k, -ni) materiał na gramatyczny dowcip jest gotowy.

Wykładowcom hungarystyki podaję pomysł na egzamin dla studentów: powiedzieć im jeden z powyższych dowcipów, jeśli zarechoczą, zdali, jeśli nie – więcej gramatyki i Monty Pythona.

Dzięki dla Chłopaka za materiał!

-Gyere be a szoba, mássz fel a létra, és hozz le egy sajt, niezłe, co? -Hi, hi, źródło: fortepan

PS 2 czerwca 2016

Nowe dowcipy:

  • Rálépek a zebra, de előtte állok a beton, mert a peron várom a vonat, ami elvisz Szentendre.
  • Add ide az elefant.
  • Írok egy fuzet.
  • Élem a veszélyes élet.
  • Én megettem Pista kaját.
  • A dolgozatba kellenek a százalék.
  • Itt nyaralunk Balaton.
  • Ahol laknak a Siófok.
  • He ez a te Balatonfüred?
  • Lilinek elszakadt a harisnya.
  • Kinek a korcsolya?
  • Gyere fel a Tátra/Mátra!
  • Kérsz desszert?
czwartek, 31 marca 2016

Tak, tak, jest takie miejsce na Węgrzech, z którego widać Polskę. Ale nie uprzedzajmy faktów.

W długi weekend marcowy (piętnastego to tu święto narodowe) postanowiliśmy z Chłopakiem udać się do Börzsöny. Te niskie góry położone na północ od Budapesztu po “peszteńskiej stronie” dotykają zakola Dunaju oferując pełen urok bezpretensjonalnego węgierskiego pogórza.

By ubić dwa wróble jednym kamieniem postanowiliśmy tym razem zamiast ponętnej trasy z kolejką wąskotorową (Király rét) wybrać niebieski szlak.

Niebieski szlak to na Węgrzech w sferach turystycznych rzecz kultowa. Nie jest to zwykły szlak, nazywa się Országos kék túra czyli Krajowy szlak niebieski, prowadzi przez całe północne Węgry i ma długość 1128 kilometrów. Powstał w 1938 roku, w 1996 roku dodano do niego trasę na południu Węgier tworząc w ten sposób Niebieski Krąg.

Dla każdego turysty marzeniem jest przejście całego szlaku, w 2015 roku udało się to 231 osobom, co stanowi rekord wszech czasów.

Na temat szlaku powstał w 1979 roku kultowy serial telewizyjny pt. Másfélmillió lépés Magyarországon (Półtora miliona kroków po Węgrzech). Jego twórcy ze znanym działaczem turystycznym Pálem Rockenbauerem na czele przeszli przez cały szlak kręcąc po drodze materiał przedstawiający trasę. W 2011 jego remake-a pt. Másfélmillió lépés Magyarországon – 32 év múlva (Półtora miliona kroków po Węgrzech – 32 lat później) zrobił skrajnie prawicowy dziennikarz Zsolt Bayer, jednak ten serial nie był daleko tak popularny jak jego poprzednik.

Ale do rzeczy. W naszym wypadku nie było mowy o 1128 kilometrach ale tylko o 40 na trasie od Nagymaros nad Dunajem do Nógrádu z noclegiem w schronisku na Nagy Hideg Hegy czyli Wielkiej Zimnej Górze (w Börzsöny jest zawsze 6-8 stopni chłodniej niż w okolicy).

Wyprawa udała się wspaniale. Poniżej parę zdjęć, tam też wyjaśnienie skąd widać tam Polskę. 

Börzsöny z góry jak wielkie zwierzę, aż by się chciało pogłaskać

Tabliczki ze szlakami. Na nizinach odległość podaje się w kilometrach, w górach w godzinach lub minutach, w Börzsöny, będącym takim kompromisem między niziną a góąrami, jednocześnie w kilometrach i w czasie

Zakole Dunaju widziane z wieży Juliana niedaleko od Nagymaros (by zobaczyć szczegóły warto powiększyć zdjęcie)

Niepozorna ta wieża ale panoramę daje 360 stopni

Przez większość trasy szlak jest wyznaczony przesadnie starannie, na tym zdjęciu widać go jednocześnie na trzech drzewach

Przyroda w Börzsöny - stare buki

Przyroda w Börzsöny - bukowy las

Przyroda w Börzsöny - żabi skrzek



Przyroda w Börzsöny - przebiśniegi, była ich masa, w niektórych miejscach był też, co rzadsze o tej porze roku, śnieg

Przyroda w Börzsöny - struś. Koło jednej z baz turystycznych powstaje małe zoo a w nim strusie. W przeciwieństwie do saren, które też widzieliśmy, nie mógł uciec i tak dałem mu radę zrobić zdjęcie

Po drodze w miejscach gdzie poruszały się maszyny pracujące przy wyrębie lasu było sporo błota

Szczyt Nagy Hideg Hegy - w przeciwieństwie do dachu Węgier tu samochodem wjechać się nie da.

Źródło Havanna, jedne z 350 w Börzsöny. Nazwano je tak w latach 1970-tych, zapewne  na cześć zjazdu młodzieży na Kubie, które miał wówczas tam miejsce.

Grób czyjegoś psa, zapewne często tu bywał

Krajowy szlak niebieski oraz Niebieski krąg

Kawałek szlaku, który przeszliśmy - tak szczegółowe informacje można było znaleźć po drodze

I na koniec miejsce, z którego widać Polskę: wieża geodezyjna i widokowa na górze Csóványos

Wieża z bliska, prowadzą na nią 133 stopnie.

Z góry rozpościerają się takie widoki (by zobaczyć szczegóły warto powiększyć zdjęcie). Na końcu horyzontu przy dobrej pogodzie widać Tatry. My też je widzieliśmy ale mój aparat już nie bardzo więc na zdjęciu ich rozpoznać nie można. Organizacjom polonijnym poddaję pomysł: może warto organizować wycieczki na Csóványos by popatrzeć sobie na Polskę?

Koniec trasy - Nógrád, widać zamek.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 104