moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
piątek, 02 grudnia 2016

Niedawno podpisywałem jakieś dokumenty w pracy, czytam tekst a tam stoi „… (moje nazwisko) oświadcza, że potrafi czytać i pisać po węgiersku”. Obok „… (nazwisko kolegi cudzoziemca) oświadcza, że zaznajomiono go z tekstem dokumentu”. Rozmawiam z prawniczkami, pytam o co chodzi: jestem w końcu obywatelem węgierskim, czy naprawdę na podstawie mojego faktycznie niewęgierskiego imienia i nazwiska muszę składać takie osobne deklaracje? Kolega nie jest obywatelem węgierskim, odnośnie jego faktycznie nikt nie ma takich oczekiwań językowych ale ja, poza imieniem i nazwiskiem, nie różnię się od, powiedzmy, takiego Istvána Kovácsa.

Troszkę jestem uczulony na takie rzeczy. Parę lat temu w podstawówce Chłopaka musiałem przynieść węgierskie dokumenty tożsamości by udowodnić swoje obywatelstwo: dyrektor szkoły wzywał do siebie w tym celu rodziców o niewęgierskich nazwiskach. To znaczy, niewęgierskich w jego rozumieniu, rodzice koleżanki Chłopaka o nazwisko Sárközy takiego wezwania nie dostali mimo, że tak się właśnie nazywał ówczesny prezydent Francji (tyle, że bez akcentów nad „a” i „o”). Nie byłem w stanie mu wytłumaczyć, że nazwisko niekoniecznie musi się łączyć z obywatelstwem (w całej sprawie chodziło wówczas o to, że samorząd nie chciał finansować nauki dzieci nie-obywateli Węgier), bo możemy mieć przecież świeżych imigrantów węgierskich z Siedmiogrodu jeszcze z obywatelstwem rumuńskim albo też, dajmy na to, dziewczynkę nazywającą się Andrea Szerb a przy tym obywatelkę Wielkiej Brytanii – i tak dalej.

Tym razem jednak miałem do czynienia z prawnikami więc miałem nadzieję, że wyjaśnią co się dzieje.

Miłe prawniczki wyjaśniły mi, że jeśli w sądzie gospodarczym ktoś będzie miał wątpliwości czy faktycznie potrafię czytać i pisać po węgiersku, co jest konieczne do tego by podpisane przeze mnie dokumenty były ważne, bo mogę odesłać te dokumenty do poprawki, czego wszyscy chcielibyśmy uniknąć. Nota bene, to wyjaśnienie odnosi się tylko do dokumentów prawnych a nie do akcji dyrektora podstawówki Chłopaka.

Czyli niby wszystko gra ale jednak. Wątpliwości pojawić się mogą oczywiście wyłącznie na podstawie mojego nazwiska, taki István Kovács nie musi niczego deklarować, choćby był analfabetą nikt go o nic podejrzewać nie będzie. Wszystko to niby takie podszczypywanie, raczej irytujące niż faktycznie dokuczliwe, ale w sumie jednak jest to forma dyskryminacji: gdybym sobie zmienił nazwisko na bardziej węgierskie problemu nie byłoby mimo, że mój status prawny nic by się nie zmienił.

Jakoś skojarzyło mi się to z wiele częstszym, niż w przypadku białych, zatrzymywaniem czarnych przez policję w USA, co słusznie określa się jako rasizm. Miał rację Mrożek, że Polacy to murzyni tylko, że biali:)

Tagi: polonia
21:01, jezw
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 listopada 2016

No właśnie? Ano tak

-Are you Polish?

-No

-Akkor két sört kérek

To jest najnowszy dowcip węgierski jaki ostatnio słyszałem. Ostatnio to znaczy w ciągu pewnie ostatnich dwóch lat. Tu jest mało - bardzo mało - dowcipów tak, że nowy dowcip to dla mnie wydarzenie warte odnotowania na blogu.

A słyszałeś jak się zamawia piwo w pubie w Londynie? źródło: fortepan

Węgierskie poczucie humoru to w ogóle ciekawy temat. Węgrzy sprawiają wrażenie jakby mało lubili się śmiać. Kawałów mało, Prima Aprilis nieobchodzony, nawet z codziennymi żarcikami trzeba uważać. Weźmy sytuację, w której się niedawno znalazłem.

Siedzę, gadam sobie z kolegą. Kolega właśnie kupuje działkę będzie budować dom. Umowa podpisana, ma miesiąc na zapłatę. Trzeba zebrać pieniądze z różnych źródeł, jakieś lokaty terminowe, ubezpieczenia połączone z inwestycją, i tym podobne. Trwa to wszystko trochę i kolega się obawia czy wyrobi się na czas z wpłatą.

-Ale nie będzesz musiał chyba sprzedawać nerki, rzuciłem.

Liczyłem na parsknięcie śmiechem, przynajmniej na lekkie prychnięcie, no, może na uśmieszek albo przynajmniej na znaczące spojrzenie. Ale nie, nic z tych rzeczy.

-Nie, pieniądze będą na czas, odparł rzeczowo kolega.

Totalna wtopa, kolejna nieudana próba rozbawienia Węgra. Ile razy już tego doświadczałem, poważna odpowiedź na najbardziej absurdalne stwierdzenie. Trzeba uważać z żartami przy Węgrach:)

węgierskie humory: humor męski, źródło: fortepan

humory węgierskie: humor żeński, źródło: fortepan

PS Dzięki Chłopakowi za dowcip!

poniedziałek, 21 listopada 2016

Ile razy bym nie przejeżdzał autostradą M1 koło Tatabánya nieodmiennie intrygował mnie panujący nad okolicą z wielkiej skały koło drogi turul. Jego spiżowa, widoczna jest z daleka rzeźba ciekawiła mnie sama w sobie nie mówiąc już o symbolice, której jest potężnym nosicielem. W końcu, w pewien weekend zorganizowaliśmy małą wycieczkę by sobie tego turula, tyle razy widzianego z autostrady, zobaczyć raz z bliska i nie przejazdem.

Turul - widać na lewo na skale koło autostrady

Tatabányański turul jest wielki i to jest dominujące wrażenie kiedy ogląda się go z bliska. Rozpiętość jego skrzydeł to niemal 15 metrów, jest to największe wyobrażenie ptaka w Europie. Miecz trzymany w szponach obok otwartego dzioba nadaje mu wyraz drapieżności. Korona oznacza jego specjalny status. Rzeźbę postawiono tam w 1907 roku z okazji węgierskiego millenium. Jej autorem był Gyula Donáth.

Turul z bliska z przodu ...

... z tyłu ...

... i z profilu

Według kroniki Simona Kézai to właśnie pod Tatabányią wojska wodza Árpáda pokonały słowiańskiego władcę Światopułka (tyle na temat pokojowego zajęcia pustej kotliny Karpackiej).

Obok turula znajduje się piękna jaskinia Szelim z widokiem na autostradę. Na podstawie wykopalisk wiadomo, że zamieszkiwali ją już pierwotni ludzie. W czasach tureckich kryli się tam okoliczni mieszkańcy, gdy odkryli ich Turcy spalili ich w jaskini.

Jaskinia

i panoramiczny widok z jaskini

Na skałach obok znajduje się kilka odcinków, rzadkiej na Węgrzech, via ferrata.

Talblica informacyjna na temat via ferrata

Wracając do turula, sam turul to bohater legendy dotyczącej narodzin wodza Álmosa: jego matkę miał zapłodnić ptak o kształcie jastrzębia bądź też sokoła, czemu Álmos zawdzięczał swoją wyjątkowość.

Druga legenda związana z turulem łączy się z kluczowym w węgierskiej mitologii "zajęciem ojczyzny". Gdy Węgrzy jeszcze żyli w legendarnej Lewedii ich bydła zaatakowały orły. Daremną walkę z nimi wspomógł dopiero turul, który przepędził ptaki. Potem przewodził Węgrom w ich drodze na teren przyszłego państwa węgierskiego. Pojawiał się rano, znikał wieczorem dając znak, że tu akurat mają Węgrzy rozbić obozowisko. Kiedy znikł na dobre Węgrzy byli na miejscu.

Podstawą tej legendy może być fakt, że Węgrzy dotarli do krańców terenów zamieszkałych przez raroga zwyczajnego z rodziny sokołowatych.

Choć turul był symbolem chętnie używanym przez zarówno Węgrów jak i awarów i hunów to jego dość powszechne pomniki zostały postawione w ciągu ostatnich stu-stu dwudziestu lat. Turule stawiano chętnie na granicach ówczesnych Węgier by strzegły stamtąd kraju. Po Trianonie szereg z nich usunęły nowe władze. Obecnie turul, podobnie do innych elementów symboliki węgierskiej, został w dużej mierze przejęty przez skrajną prawicę.

Turulów jest do dzisiaj sporo w całym kraju, warto je sobie wyszukiwać – sam ostatnio wypatrzyłem jednego w Suboticy.

niedziela, 13 listopada 2016

Albert Wass to fenomen nie tylko literacki. Choć szczyt popularności tego emigracyjnego, przedtem niepublikowanego na Węgrzech, pisarza przypada na lata 90-te, to i dzisiaj jego książki cieszą się ogromną popularnością: raz w księgarni naliczyłem ich 56. Podobną popularnością cieszy się jeszcze Sándor Márai, peleton z pozostałymi pisarzami jest daleko za zakrętem. Wass dzierży także inny rekord, to jemu mianowicie poświęcono najwięcej pomników postawionych na Węgrzech po 1990 roku.

Ta popularność przejawia się raczej wśród czytelników niż literaturoznawców. Wass trafił wprawdzie do programu szkolnego ale tylko jako lektura uzupełniająca, raz znalazł się wśród tematów maturalnych. Stowarzyszenie nauczycieli węgierskiego w oświadczeniu wydanym w okresie dyskusji nad nowym kanonem lektur stwierdziło, że poza kilkoma wczesnymi książkami był raczej autorem lektury rozrywkowej (by nie powiedzieć czytadeł). Poparciem za to cieszy się w kręgach skrajnej prawicy, na przykład posłanka Jobbiku Dóra Dúró stwierdziła, że książki Wassa będą lekturą obowiązkową kiedy tylko jej partia obejmie władzę.

I to tu właśnie, w politycznym aspekcie dzieł tego nacjonalistycznego pisarza z Siedmiogrodu leży sekret jego popularności.

Tak jak skrajna prawica kocha Wassa tak liberalna i lewicowa inteligencja nie uznaje go i totalnie go ignoruje. Postanowiłem więc ruszyć na spotkanie z „innym”, przeczytać sobie jakąś książkę tego pisarza i samemu wyrobić sobie opinię na jego temat. Znajomi kręcili z niedowierzaniem głowami zaskoczeni, że ktoś mu wpaść na taki pomysł.

Padło na Adjátok vissza a hegyeimet! (Oddajcie moje góry!), którą pożyczył mi kolega z pracy, miłośnik Wassa. Ponieważ książka nie jest dostępna po polsku streszczę ją teraz bez ryzyka spoilerowania. (W Polsce ukazała się tylko Czarownica z Funtinel, co do innych języków w katalogu Library of Congress znalazłem jedynie informacje o kilku przekładach na angielski i jednym, akurat obecnie omawianego tytułu, na niemiecki chyba nie dokonałem więc przypadkowego wyboru).

niewysmakowany styl okładek jest typowy dla wydań książek Wassa

Bohaterem książki jest młody, prosty, ubogi Sekler (Seklerzy żyją w część Siedmiogrodu i są stereotypem super-Węgrów, więcej pisałem o tym tu). Akcja książki zaczyna się niedługo 1940 rokiem. Mieszkają w nędznej chałupie w górach, bo jego ojciec po zajęciu Siedmiogrodu przez Rumunię stracił pracę strażnika leśnego i związane z tym prawo do domu we wsi. Na początku książki ginie zraniony przez dzika podczas kłusowniczego polowania. Nasz bohater zostaje sam wraz z młodszymi bratem i siostrą – matka zmarła wcześniej. Osiedlają się w szałasie w górach, chłopaki najmują się do pracy, przy sezonowym wypasie owiec oraz w lesie.

Po powrocie północnego Siedmiogrodu do Węgier na mocy drugiego arbitrażu wiedeńskiego w 1940 roku ich los się poprawia. Nasz bohater dostaje pracę strażnika leśnego i związany z tym dom we wsi, może legalnie nosić broń, dobrze zarabia prowadząc panów na polowania. Żeni się z ukochaną, ma z nią dziecko. Buduje własny dom. Szczęście przerywa powołanie do wojska.

Zostaje wysłany na wschód skąd, wśród ciężkich walk, cofa się cały czas ze swoim oddziałem dochodząc aż do granicy węgierskiej. Tam jego oddział zostaje rozbity a on sam powraca do domu. Okazuje się, że dom mu spalono a rodzinę zamordowano. Panoszące się wojska radzieckie i rumuńskie mordują, gwałcą – ofiarą jest też jego siostra – i aresztują, Nasz bohater ucieka przez granicę by znów przyłączyć się do walczącej armii węgierskiej.

Trwa w niej do końca czyli aż do kapitulacji. Ucieka z niewoli i wraca do Siedmiogrodu. Tam okazuje się, że miejscowym naczelnikiem wsi został jego brat, który dostawszy się do radzieckiej niewoli na samym początku wojny został komunistą i teraz zaprowadza nowe porządki. Mimo zachęty nasz bohater nie zgadza się wstąpić do partii i wraca w góry, gdzie mieszka w szałasie i żyje z wypalania węgla drzewnego. Zajmuje się też kłusownictwem.

Zostaje zaaresztowany „za zbrodnie wojenne” (walczył przeciwko Armii Czerwonej) i trafia do kopalnii soli. Ucieka stamtąd i znów wraca w góry. Coraz więcej ludzi zostaje aresztowanych (jest wśród nich i jego brat), urywają mu się kontakty we wsi. Zaczyna zajmować się rabunkiem, tworzy bandę złożoną z takich jak on wyrzutków zmuszonych do tego beznadziejną sytuacją.

W końcu decyduje się uciec na zachód by opowiedzieć tam o cierpieniach ludzi w Siedmiogrodzie. Ucieczka udaje mu się to ale nikt tam nie chce go słuchać.

Tyle sama historia. Jej treść wydaje się być dużo ważniejsza niż sposób jej opowiedzenia. W trakcie lektury książki co raz miałem poczucie jakbym czytał powieść socrealistyczną, albo może nacrealistyczną (od „realizm nacjonalistyczny”) czy też bajkę ludową. Niekiedy tekst gładko się czyta ale zwykle jest to jednak poziom czytadła.

Bohaterzy w dużej mierze powalają schematycznością: Rumuni są fałszywi, Cygan kradnie a Żyd to komunista. Sympatyczni, uczciwi i dobrzy są Węgrzy (sam bohater przypomina rezolutnego Ábela z książek Árona Tamásiego, na podstawie których powstały popularne filmy tradycyjnie pokazywane w telewizyji w święta) choć przytrafia się ludzki żołnierz radziecki, który pozwala uciec naszemu bohaterowi. Ludzie zachodu zdradzili w Jałcie, nie obchodzi ich krzywda ludzi żyjących pod jarzmem radzieckim, wszystko czego chcą to wzbogacać się.

Myśli i dialogi, stylizowane na styl prostego człowieka, są mieszaniną naiwności i sztuczności. A to właśnie za naszego bohatera, prostego Seklera, skrywa się autor ze swoim przekazem. Przekazem książki jest to, że Węgrzy wiele wycierpieli – niesprawiedliwie cierpieli, że wszystko co się z nimi dzieje dzieje się nad ich głowami, że krzywdzili ich inni: Rumuni, Rosjanie, Żydzi, i że za to wszystko odpowiada zachód ze swoim fałszywym przekazem praw człowieka.

Przekaz jest nader jednostronny: bohater nie może zrozumieć dlaczego Rosjanie przyszli zburzyć jego dom ale nie zadaje sobie pytania co sam robił na wschodzie. Pyta czego chcą od nich bombardujący Węgry Amerykanie, którzy o tym kraju niczego nie wiedzą ale nie przychodzi mu do głowy, że to Węgry wypowiedziały wojnę USA. Wie, że w Rumunii mordują Żydów, ale nie wspomina tego, co robili z nimi Węgrzy na terenach Siedmiogrodu.

Takie infantylne poglądy można głosić zasłoniwszy się postacią prostego siedmiogrodzkiego górala i to właśnie robi Wass. Wydaje mi się, że jego książki (zakładam, że są podobne do Oddajcie mi moje góry!) są tak popularne na Węgrzech bo dla wielu ludzi ten piewca węgierskiej krzywdy i bólu po prostu „mówi prawdę” zaś taka naiwna perspektywa, unikających trudnych faktów i pytań, jest wygodna dla kultywowania popularnego tu cierpiętnictwa.

tytuł niedawnego artykułu w indexie na temat zmian w kształce czekoladek Toblerone głosi Oddajcie nam nasze góry czekoladowe! - najlepszy dowód na popularność Wassa, który trafił do języka obiegowego

niedziela, 06 listopada 2016

Ostatniego dnia pojechaliśmy do Hajdukowa (Hajdújárás) gdzie mieszka winiarz Oszkár Maurer. Przyjął nas w swoim domu, zeszliśmy degustować do piwnicy. Pierwsze zdziwienie: piwnica płytka, taka zwykła pod domem a nie taka jak na Węgrzech, gdzie zwykle piwnice sięgają wgłąb ziemi. Tak to jest na piaskowych glebach.

piwnica Maurera

Te piaskowe gleby mają zarazem swoje zalety: nie zagraża tam mszyca filoksera, która zniszczyła praktycznie uprawę winorośli w Europie w końcu XIX wieku. Ten mały szkodnik nie jest w stanie przeżyć w piasku, stąd to właśnie na glebach piaszczystych przeżyły natywne odmiany winorośli. Korzystając z nich Maurer odtwarza je teraz na innych terenach.

sam Oszkár Maurer

Degustacja była ciekawa z kilku powodów. Po pierwsze mieliśmy okazję spróbować kilku miejscowych odmian zöld szemersegi czy mézes fehér (sorry, nie znam polskich nazw). Po drugie były też wina wytwarzane – tradycyjną metodą – bez użycia siarki.

Wina sremskie, mimo wszelkich podobieństw Sremu do regionu tokajskiego, różnią się znacząco od win tokajskich. Fermentacja nie zatrzymuje się, w rezultacie więcej jest alkoholu a mniej cukru. Főbor, odpowiednik win aszu, nie jest słodkie, przypomina bardziej sherry.

Maurer pracuje nad przywróceniem dawnych metod – i dawnej jakości. Bardzo krytycznie wyraża się zarówno o innych winiarzach, którzy, według niego, kalkulują w perspektywie zaledwie jednego roku, o polityce państwa, która prowadzi do kontrselekcji wśród winiarzy a także o nowych winnicach zakładanych przy wielkich nakładach finansowych i z wielką pomocą państwową uzyskaną poprzez znajomości. Sam pracuje z aszu, co mało kto poza nim robi, eksperymentuje z przepisami na bermet, odtwarza dawne odmiany mimo, że nie ma na nie dopłat.

Po degustacji zakończonej esencją aszu tramini pojechaliśmy do winnicy Mauera zobaczyć słynne 130-letnie krzaki kadarki. I znów zdziwienie: tutaj tradycyjną formą uprawy jest nie prowadzenie winorośli na drucie a forma bezpienna z palikiem czy też wręcz wiązanie winorośli samej do siebie w serce. Przyczyną jest brak lasów i co się z tym łączy brak drewna na paliki czy słupy.

tak się tu uprawia winorośl

ten krzaczek ma 130 lat

Po Maurerze odwiedziliśmy zupełnie inną w stylu winnicę Zvonko Bogdana. Zbudowano ją z niczego koło Suboticy. Powiedziano nam, że jej właścicielem jest Lajos Csákány, natomiast popularny pieśniarz ludowy Zvonko Bogdan daje tylko swoje nazwisko (próbka tego co śpiewa tu).

 

to nie jest pałac - to winnica

Na środku winnicy stoi budynek mieszczący w sobie sale do degustacji oraz, z tyłu, pomieszczenia produkcyjne. Styl nawiązuje do dominującej w Suboticy architektury przełomu wieku. Widać, że nie pożałowano pieniędzy na wykonanie: są kryształowe żyrandole, różnego rodzaju marmury, pięknie belkowane stropy, dachówki z fabryki Zsolnay, wyszukane meble i obrazy. Ma być jak w pańskiej rezydencji – i niemal tak też jest, zgrzytem jest półka z książkami zebranymi najwyraźniej z powodu dekoracyjnych grzbietów, na której można znaleźć klasykę marksizmu, encyklopedię jugosłowiańską i inne tego typu perły. Budynek i tak robi wrażenie.

sala do degustacji

to można omówić z przyjaciółmi degustowane wina

Jemy jeszcze pożegnalny obiad w rustykalnym ośrodku Majkin Salaš i ruszamy do domu. Wieziemy wino i pudełko orzechowego eurocremu (jeśli chodzi o nazwy towarów spożywczych zajmuje on pierwsze miejsce ex equo z biszkoptami Plazma).

Do tej pory piękna, jesienna pogoda psuje się, zaczyna padać deszcz.

sobota, 05 listopada 2016

Tego dnia pojechaliśmy na południe. Najpierw godzina autostradą do Nowego Sadu, gdzie obejrzeliśmy twierdzę nad Dunajem. Szereg razy służyła, z mniejszym lub większym sukcesem, do obrony przed Turkami. Po pierwszej wojnie światowej kiedy burzono takie przeżytki militarne, ją akurat oszczędzono, podobno ze względu na szczególne piękno. W lecie na jej terenie odbywa się festiwal Exit, konkurent węgierskiego Szigetu, tak jak Sziget europejski i liberalny w charakterze.

 

twierdza petrowaradińska - tak nazywa się oficjalnie, śliczna, sam bym nie burzył, źródło: wikipedia

Z Nowego Sadu ruszyliśmy odkrywać Srem (po węgiersku to Szerémég) tam się zaczynający. Ten starożytny region winny (winorośl uprawiali tu już Rzymianie) ma specjalne związki z regionem tokajskim: to podobno właśnie stamtąd, uciekając przed Turkami, przynieśli do Tokaju kulturę winną sremscy winiarze. Mikroklimat w obu regionach jest podobny dzięki obfitości rzek, tu Dunaj, Cisa, Drawa i Sawa, tam Cisa i Bodrog. I tu i tu istnieje szlachetna pleśń botritis, dzięki której powstają jagody aszu. Oba regiony łączy też Cisa, kiedyś wina sremskie spławiano do Tokakju właśnie tą rzeką – by potem wywieźć je dalej, także do Polski. Ciekawy artykuł na temat można sobie przeczytać tu [HU].

Skierowaliśmy się do będących stolicą Sremu Karłowców (Sremski Karlovci po serbsku, Karlóca po węgiersku). W tym miasteczku kiedyś było 500 winiarzy, dziś jest tylko 50. I w ogóle nie bardzo się odczuwa, że to ośrodek winiarstwa. Mimo, że byliśmy niedawno po winobraniu to śladów tego nie było widać, jeśli nawet przejechał jakiś traktor to raczej wiózł stertę skrzynek z jabłkami a nie winogrona. Brakowało też charakterystycznego zapachu moszczu.

Uwagę zwracały raczej liczne budynki kościelne stojące przy rynku: pałac patriarchy, katedra, seminarium, gimnazjum. Do pierwszej wojny światowej Karłowce były centrum prawosławia na terenie monarchii i do dziś zachowały tu ważną rolę: seminarium jest drugie po względem wielkości na świecie (po kijowskim).

seminarium

drogowskazy w dużej mierze do różnych instytucji prawosławnych

By znaleźć winiarzy musieliśmy się udać poza centrum. Opierając się na radzie udzielonej nam w centrum informacji turystycznej poszliśmy odszukać winiarnię Kiš. Dziadek podobno był Węgrem ale teraz dogadywaliśmy się przy pomocy strzępków serbskiego, które gorączkowo wyszukiwałem w głowie. Kupić wino jednak się udało, między innym bermet czyli tutejszy rodzaj wermutu: słodkie wino wzmacniane czystym alkoholem i przyprawiane ziołami.

w winiarni Kišów

kaplica pokoju upamiętniająca podpisanie pokoju w Karłowicach negocjowanego w latach 1698-99, tu po raz pierwszy użyto okrągłego stołu do rozmów.

Po wizycie w Karłowicach ruszyliśmy zobaczyć górę Fruška, która po węgiersku nosi intrygującą nazwę góra Tarcal (Tarcal to miejscowość położona koło Tokaju). Na jej zboczach uprawia się winorośl. Na górę wjeżdza się samochodem, spróbowaliśmy to zrobić i … nie udało się nam to, górę przejechaliśmy, szczytu nie znaleźliśmy. Wróciliśmy by spróbować jeszcze raz i choć tym razem pytając gęsto drogę trafiliśmy bliżej to znów nie udało się go znaleźć, w międzyczasie zrobiło się ciemno. Sama góra to raczej pasmo niż pojedynczy szczyt, choć istnieje on w sensie geograficznym to jest tak prominentny jak tego zwykle się spodziewamy od gór.





w wielu miejscach spotykaliśmy bezpańskie psy - nieagresywne i przyjazne

piątek, 04 listopada 2016

Drugi dzień zaczynamy od zwiedzania Suboticy. Znalazłem ich spis na stronie Irány Szabadka, wybrałem spośród nich tego, który znał najwięcej języków i był to strzał w dziesiątkę. Attila Novák, jak się później okazało, nauczyciel angielskiego i hiszpańskiego w gimnazjum masę wszystkiego wie, jest typowym lokalsem i w dodatku bardzo lubi swoją Szabadkę bo tak się to miasto po węgiersku nazywa.

nazwy w Suboticy są podawane w trzech językach: serbskim, chorwackim i węgierskim

Subotica nie jest dużym miastem – ma jakieś 120 tysięcy mieszkańców – ale w przeszłości jej relatywne znaczenie było większe. W momencie powstania Jugosławii była przez pewnien okres największym miastem w tym kraju, także w okresie węgierskim zaliczała się do największych miast. Synagoga i urząd miejski, o których zaraz, były drugimi pod względem wielkości budynkami tego typu na Węgrzech.

Co ciekawe mimo, że Subotica jest nieco tylko większa od takiego Szolnoku ma w sobie zdecydowanie wielkomiejski sznyt. Budynki są bogatsze, historyczne zabytki pokazują, że w swoim czasie konkurowały z najlepszymi, kawiarnie eleganckie – i pełne nawet rano. Tak się nie żyje na prowincji, tak się żyje w dużych miastach.

Attila wprowadził nas do synagogi, która zwykle jest zamknięta dla zwiedzających. Do tej pory tę perełkę charakterystycznej węgierskiej secesji odnowiono tylko z zewnątrz ale i nieodnowione wnętrze również robi wrażenia. Plany węgierskich architektów Marcella Komora i Dezső Jakaba, pierwotnie zrobione dla Szegedu ale tam nie przyjęte, tutejsza wspólnota żydowska wybrała by podkreślić swoje przywiązanie do węgierskości. Po ukończeniu remontu ma tu być sala koncertowa, ale niekiedy będzie służyć dla uroczystości żydowskich.

z zewnątrz

wewnątrz

ten rodzaj ławek podobno jest typowy dla zborów kalwińskich

kopuła

witraż Miksy Rótha

ciekawostka: w sklepie na miejscu tej apteki pracował kiedyś, podobno okradając pracodawcę, Mátyás Rákosi

Urząd miejski, również dzieło Komora i Jakaba, postawiono zburzywszy uprzednio istniejący gmach, który w opinii ówczesnych władz miejskich przestał odpowiadać pozycji i ambicjom miasta. Ten niezwykle zdobny budynek imponuje nie tylko ilością zdobień wypieszczonych w każdym detalu ale i wspaniałym stanem, w jakim się znajduje.

urząd w nocy, pod folią schowana na zimę fontanna z cennymi kafelkami (o ciekawym węgierskim zwyczaju pakowania pomników na zimę pisałem już tu)

Najpiękniejsza jest wielka sala posiedzeń rady miejskiej, która służy niekiedy za salę koncertową a dla osób skłonnych by wysupłać sumę około 140 euro również jako miejsce do zawarcia małżeństwa (nieodpłatnie śluby udzielane są w sąsiedniej, mniejszej ale także bardzo pięknej sali).

wielka sala

sklepienie

detale w różnych częściach budynku - tak, ten ostatni to turul

Ciekawe są witraże, dzieło słynnego węgierskiej witrażysty (ma muzeum w Budapeszcie) Miksy Rótha, który jest też autorem witraży w synagodze. Przedstawiają kilkanaście ważnych postaci w historii węgierskiej. Fascynujący jest zawsze dla mnie taki wybór: jak się decyduje, że ten tak a ten już nie? Witraże w czasach komunizmu były schowane w piwnicy, potem wstawiono je ponownie do okien, które jednak zasłonięto czarnymi kotarami aż jakiś ważny towarzysz zdecydował, że nie ma co się bać martwych królów i witraże znów można było oglądać. Niesamowity jest też dla mnie kult Habsburgów na Węgrzech: na witrażach w centralnym miejscu stoją Franciszek Józef oraz Maria Teresa. Traktuje się ich jak własnych królów a nie zaborców.

na lewo FJ, na prawo MT

Na wieżę można wejść, stamtąd rozpościera się piękny widok na miasto, żaden inny budynek nie jest dość wysoki by go zasłonić.

synagoga widziana z wieży

Dziś te budynki to zabytki, klasyki węgierskiej, ale kiedyś przecież wymagało to ogromnej odwagi ze strony obywateli Szabadki by zdecydować się na tak nowoczesne rozwiązania.

ciekawostka: na bannerze reklamującym hotel jest odwołanie do artykułu w New York Times, który wpomniał Suboticę wśród "miejsc do odwiedzenia".

Po urzędzie miejskim obejrzeliśmy ostatnią perełkę tutejszej secesji: pałacyk Reichla. Reichl był tutejszym architektem, który kupił sobie parcelę naprzeciw ulicy prowadzącej do dworca. To w swoim czasie był prestiżowy adres więc mimo, że chciał mieć tylko zwykły dom rodzinny władze miaste kazały mu zbudować pokaźniejszy budynek, którym cieszymy się i dzisiaj.

pałacyk Reichla, dziś jest tam muzeum

Przechadzkę zakończyliśmy w kawiarni Boss mieszczącej się na tyłach pałacu. Jej właścicielem jest jeden z najważniejszych tutejszych przedsiębiorców Lajos Csákány. Dostał on to miejsce pod warunkiem odrestaurowania tylnej części pałacu, co z pietyzmem wykonał, między innymi sprowadzając dachówki z fabryki majoliki Zsolnay w Peczu.

Wieczorem poszliśmy na spacer po Paliczu, czyli letniskowym przedmieściu Suboticy rozłożonym nad jeziorem. Miało ono kiedyś właściwości letnicze ale po katastrofie ekologicznej w latach 70-tych, kiedy wskutek wymarcia całego życia trzeba było wymienić całą wodę, je utraciło.

Nad jeziorem nastrój monarchii. Sporo budynków z przełomu wieku, pawilon kąpielowy dla kobiet Komora czy wieża wodna wnoszą elementy secesji. Mimo, że Serbia nie jest bogata w tej chwili zdumiewa świetny stan w jakim się znajdują.



pawilon kąpielowy

willa - takich jest tu więcej


czwartek, 03 listopada 2016

Mam nieco znajomych z Wojwodiny, zarówno Węgrów jak i Serbów, i zawsze uderza mnie jak różnią się od innych Węgrów i Serbów. Wojwodzinianie są bez wyjątku pozytywni, mają w sobie poczucie własnej wartości oraz dumę z różnorodności swojego regionu. Węgierscy Wojwodzinianie to wersja „cool” Węgrów: umieją żyć i nie mają w sobie ponuractwa.

Wielu byłych mieszkańców Wojwodiny uważa, że to wszystko to przeszłość. W czasie wojen na terenie byłej Jugosławii do prowincji przesiedliło się wielu Serbów z Chorwacji, Bośni czy też Kosowa, zmieniając na niekorzyść charakter regionu.

Wojwodina od dawna ciekawiła mnie, niedawno udało się go odwiedzić by na własne oczy zobaczyć sobie to, o czym tyle słyszałem. Oto krótka relacja - dzień 1.

***

Wyjazd do Wojwodiny to nie tylko wyjazd do innego kraju, to także wyjazd poza Schengen. Granica przegrodzona płotem, zardzewiałe bariery, którymi w dowolnej chwili można przegrodzić autostradę, snujące się po stronie serbskiej grupki uchodźców, kontrola paszportowa, otwieranie bagażnika – wszystko to przypominało nam, że mimo, że do Budapesztu jest niecałe 200 kilometrów to już naprawdę Bałkany.

Tutejszy rynek po węgiersku nazywa się mylnie ócskapiac czyli targ staroci. Kiedyś faktycznie nim był ale obecnie buvljak (serbska nazwa) to po prostu wielki bazar. Z powodu bliskości granicy przyjeżdza tu sporo Węgrów. Handel idzie w dwóch językach, wciąż słychać tesszék, zvolite!, ceny często podawane są od razu i w dinarach i w forintach. Ciekawostka: mimo, że dinar to w miarę dokładnie 2,5 forinta ceny podane w forintach są w przeliczeniu wyższe niż w dinarach (200 dinarów, 600 forintów), podobno przyjeżdzający Węgrzy nie lubią wymieniać pieniędzy na dinary i wolą płacić więcej.

***

Koło buvljaka billboard po węgiersku „W referendum na temat kwot głosujmy NIE dla naszego domu” i flagi węgierska oraz serbska. Tutejsi Węgrzy, którzy posiadają podwójne obywatelstwo mogli głosować w referendum, węgierskie organizacje mniejszościowe znajdujące się w orbicie Fideszu wsparły linię rządu. Póżniej znaleźliśmy naklejkę Partii Psa o Dwóch Ogonach, widać, że polityka krajowa jest tu obecna.

*** 

By coś zjeść poszliśmy do poleconej nam Kafany Bates – U centru Subotice epicentar kulinarstva jak głosi hasło reklamowe na ich stronie internetowej. Wchodzimy a tam zastawiony stół, towarzystwo koło dziesięć osób, gra kapela – zabawa. Dorośli siedzą, rozmawiają, śpiewają, dzieci chodzł wokół stołu.

Zamawiamy jedzenie, porcje giganty (w całej Wojwodinie podawane są takie masywne porcje). Pljeskavica wspaniała, frytki (pomfri) nieświeże. Chłopaki piją Cocktę, lokalny klon Coca Coli. Uświadamiamy sobie, że zakaz palenia w miejscach publicznych to coś co obowiązuje w Unii ale nie tu, przesiąkamy powoli dymem i czuję się nostalgicznie: przecież u nas było tak samo jeszcze jakieś dziesięć lat temu.

Zabawa się kończy, goście piją strzemiennego, wychodzą. Chłopak przechodząc koło ich stołu zauważa tort z napisem: były to urodziny Sonji obchodzącej właśnie roczek.

czwartek, 20 października 2016

O tematyce narracji publicznej decyduje tu Fidesz. Partia z jednej strony posiada zręcznych spin doctorów a drugiej bezdenny worek ze środkami by ich pomysły wdrażać: tak na przykład kampania związana z niedawnym referendum na temat uchodźców kosztowała według niepełnych szacunków co najmniej 14 miliardów forintów – to niemal 200 złotówkowych milionów.

W takiej sytuacji pozostałe partie polityczne czy też inni uczestnicy życia publicznego skazani są na to co zdecyduje Fidesz. Nawet najciekawsze ostatnio kampania Partii Psa o Dwóch Ogonach to tylko pastisz kampanii Fideszu. Nikt nie jest w stanie przebić się z własnymi, mniej wygodnymi dla rządu, tematami.

Ostatnio próbuje zrobić Jobbik i to w ciekawy sposób a mianowicie kopiując jeden z pomysłów Fideszu, czyli narodowe konsultacje. W skrzynce na listy znalazłem kwestionariusz Prawdziwej Narodowej Konsultacji, w którym mogę wyrazić swoją opinię na tematy uznane za ważne przez tę partię: służbę zdrowia, korupcję i oświatę. Dodać warto, że pewnie większość jeśli nie wszystkie partie opozycyjne uznałyby te tematy za ważne.

Jobbik stara być mniej demagogiczny niż Fidesz i opcje odpowiedzi są bardziej symetryczne niż w przypadku konsultacji rządowych, gdzie zwykle dwie z trzech odpowiedzi były po myśli rządu (tak, raczej tak, nie). Pytania dotyczą poziomu usług służby zdrowia, kopertówek, emigracji lekarzy i pielęgniarek, list kolejkowych, płatnych usług stomatologicznych.

Po nich następuje grupa pytań odnośnie klasyfikacji ostatnich rządów pod względem korupcji, rozliczeń skorumpowanych polityków, zeznań podatkowych dla członków rodzin polityków a także agencji antykorupcyjnej (na wzór rumuńskiej, która posłała byłego premiera za kraty).

Na końcu są pytania na temat edukacji: dotyczące roli lokalnych wspólnot w zarządzaniu szkołami, pomocy finansowej dla ubogich dzieci, zamkniętych instytucji oświatowych dla „niechcących się zintegrować, przeszkadzających innych uczniom oraz uniemożliwiających pracę nauczycielom” uczniów (oko puszczone do twardego antycygańskiego elektoratu), podniesienia poziomu kształcenia zawodowego oraz pomocy dla ubogich studentów.

Całość, jak i sam pomysł tego rodzaju konsultacji, to czysta demagogia, zwłaszcza, że większość pytań jest tak sformułowana, że trudno liczyć na inną niż pozytywną odpowiedź (czy trzeba pomagać biednym dzieciom?) a i tak odpowiedzi wyślą tylko zwolennicy Jobbiku. Ten natomiast, poza przez nikogo nie kontrolowanymi rezultatami tej „konsultacji” rozszerzy też listę adresową swoich zwolenników – na końcu można podać swoje dane.

Czy zmieni to tematykę dyskursu publicznego? Zobaczymy, Fidesz na pewno zrobi wszystko by toczył się na wygodniejsze dla siebie tematy.

piątek, 14 października 2016

Zamknęli Népszabadság? Cóż za problem, jest przecież inna prasa, weźmy taką powstałą rok temu gazetę Magyar Idők. Znikła gazeta, pojawiła się gazeta, takie jest życie, nie?

Mówi się, że za zamknięciem Népszabadság stoi skandal, który wywołała ta gazeta: sprawa podróży helikopterem ministra Rogána.

Przypomnę: Rogán poleciał helikopterem na ślub znajomych, początkowo zaprzeczał temu, potem jednak, gdy pokazały się dokumentujące to zdjęcia, przypomniało mu się, że faktycznie korzystał z usług tej piekielnie drogiej taksówki powietrznej. Wyjaśnienia, które podał były niespójne: podobno chcieli oszczędzić nocnej podróży dziecku – tyle tylko, że przeloty miały miejsce w dzień a cały czas podróży minimalnie różnił się od czasu przejazdem samochodem. Jak to często tutaj bywa w przypadkach kiedy polityk obnosi się ostentacyjnie z niemającym kontaktu z oficjalnymi deklaracjami majątkiem sprawę przypisuje się przedsiębiorczym współmałżonkom, pracowitym rodzicom czy też dzieciom, które mimo młodego wieku doszły do fantastycznych majętności, tym razem padło na żonę.

To wszystko wiemy z Népszabadság. A co tym napisała Magyar Idők? W zasadzie tylko to co powiedział sam Rogán, nota bene, rządowy spec od propagandy, podczas debaty na temat sprawy helikopterowej w parlamencie. Uznał wówczas, że popełnił błąd bo politykowi nie wolno korzystać z helikoptera do celów prywatnych nawet wówczas kiedy jego żonę na to stać. Szczegółów helikopterowej wycieczki zabrakło. Magyar Idők dużo więcej miejsca poświęciła aktualnym tematom rządowej propagandy jak niedawne referendum o uchodźcach czy wielorakie sukcesy rządu.

Tak w praktyce odczuwać się będzie zniknięcie Népszabadság. W przyszłości nie dowiemy się jeśli kolejny minister pozwoli sobie na luksusy za nie wiadomo czyje pieniądze, za to jeszcze głośniej zabrzmią tuby rządowe typu Magyar Idők.

Népszabadság był w swoim czasie odpowiednikiem Trybuny Ludu. Cóż za przewrotność historii, że w tej chwili przypomina ją raczej Magyar Idők.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 105