moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
czwartek, 23 marca 2017

Było lato, a Rudabánya dojmujące i dołujące, upadłe i upodlone. Wjeżdzając od strony Szendrő, spodziewałem się zaniedbanego, zapomniajego miasta, ale jednak nie krajobrazu postapokalipsy. Przy wjeździe stały poszarzałe z rozpaczy niskie bloki, wokół nich ciągnęło się pochyłe klepisko i wszystko było w odcieniach szarości, brązu i czerni, nawet suszące się na sznurach pranie, jak ubrania w reklamach proszków do prania, gdy z jednej stron ekranu pokazuje się zszarzałą koszulę, a z drugiej śnieżnobiałą. W Rudabánya żaden proszek nie dałby rady. Pod jednym z bloków obwieszonych praniem i pordzewiałymi antenami stała śmiertelnie wychudzona, szara koza, która napierała na ścianę, nieomał się w nią wciskając, bo w to rozpaczliwie upalne popołudnie tam padał akurat maleńki skrawek cienia. W czymś, co trzeba by było chyba nazwać centrum miasta, odnowione i pomalowane były muzeum historii górnictwa i szkoła podstawowa, reszta wyglądała jak zęby zawziętego palacza. Patrzyłem i myślałem, że żadna wieś, żadna tanya, żadna upadła spółdzielnia rolnicza, żadne najstraszliwsze pusztańskie zadupie nie jest tak upiorne jak upadłe miasteczko poprzemysłowe.

Młodzi chłopcy siedzieli w oknach mieszkań na paterze i majtali nogami przerzuconymi przez parapet. Niektóre z okien pozbawione były nawet szyb, a mieszkańcy wyglądali jak uchodźcy. Gdyby przybyli tu ci prawdziwi, pomyślałem, natychmiast wróciliby do swoich objętych wojnami krajów. Pojechaliśmy kawałek wzdłuż potoku Ormos, a potem zawróciłem i z ulgą opuściliśmy Rudabánya, miasteczko zapomniane przez resztę świata, jakby było kolonią skazańców. Nie dałoby się tu trafić przypadkiem, bez mapy, ale czy choćby z mapą udało się komuś stąd uciec?

To fragment najnowszej książki Krzysztofa Vargi o Węgrzech (po Gulaszu z turula i Czardaszem z mangalicą) zatytułowanej Langosz w jurcie. Zacytowałem go bo zrobił na mnie największe wrażenie. W swoich podróżach po Węgrzech Varga dociera niekiedy do miejsc gdzie nikt inny nie zagląda jak ta właśnie Rudabánya. Nie odwiedzają ich turyści, nie jeżdzą tam dziennikarze tak bardzo niczego tam nie ma i nic się nie dzieje. A Varga te miejsca w dodatku opisuje tworząc ich unikalne, literackie portrety, zapisuje tak ich istnienie, którym nikt inny się nie zainteresuje.

Od ukazania się poprzednich książek z tej serii wiadomo Węgry Vargi różnią się od powszechnego wyobrażenia czy też stereotypów dotyczących tego kraju. Są one zwyczajne, może rozczarowujące ale autentyczne – prawdziwsze niż te z opisów katalogów turystystycznych czy wizji polskich lub węgierskich nacjonalistów.

Lektura książki była dla mnie, i zapewne innych freaków węgierskości, fascynująca. Jednak pewnie nie wszystkich jest w stanie urzec tak samo ze względu na masę nawiązań kulturalnych i historycznych, słów i nazw węgierskich: dla czytelników nieprzyzwyczajonych do tego języka zlewają się pewnie one w jedno wielkie áűúőéöüőíáóüűéíéá. Mam kolegę, który padł w trakcie książki właśnie z powodu braku tej znajomości świata węgierskiego.

Po ukończeniu książki pozostałem z pytaniem: a co na to wszystko Ewa, której Langosz jest dedykowany i która "była tam ze mną" jak pisze autor. Bardzo chciałbym przeczytać kiedyś jakiś wywiad z nią na temat jej wrażeń z tych podróży, włączając w to oczywiście wszystkie przygody kulinarne autora, o których pisze w liczbie pojedyńczej – a może po prostu ją samą o to wypytać.

A wyrażenie "wieprzowo-piwna ciąża" w odniesieniu do brzuchów robotników budujących drogę, na których natknął się Varga zostanie ze mną i zawsze będzie kojarzyć się z tą książką.

niedziela, 19 marca 2017

Ten nagrodzony ostatnio Złotym Niedźwiedziem film Ildikó Enyedi opowiada o miłości ale nie dla tych, którzy źle znoszą widok krwi. W zasadzie mógłby mieć spokonie inny tytuł, na przykład Miłość w rzeźni czy może Miłość wśród krwi. Bo dzieje się on właśnie w rzeźni i niewiele szczegółów uboju oszczędzonych jest widzowi, nie mówiąc już o realistycznej scenie samobójstwa.

Ta krwawość, obok humoru, o którym zaraz, chroni liryczną opowieść o miłości pomiędzy dwoma bohaterami przed topielą w cukiernicy. Ich historia, kontrapunktowana paralelnymi wątkami miłosnymi pobocznych bohaterów, odgrywa się w napięciu między cielesnośnią a duchowością właśnie.

Bohaterka jest autystką (to co najmniej drugi węgierski film z autystami w rolach głównych w ciągu ostatnich paru lat), która zaczyna pracę w rzeźni. Mimo świetnej pamięci fatalnie radzi sobie z kontaktami z innymi ludzi, uczy się budowania relacji jak się uczy matematyki. Niezdolna do spontanicznej więzi psychicznej uczyć się musi nawet dotyku i cielesności (ogląda w tym celu pornosy) – a jednak potrafi się zakochać.

Jej partnerem jest starzejący się mężczyzna po przejściach. Ma bezwładną rękę, co nie pomaga w relacjach z kobietami. Mimo, że wcześniej uznał, że niczego już nie oczekuje w życiu uczuciowym nagle zaczyna się interesować nową, dziwną pracowniczką. (Ciekawostka: postać tę gra nie zawodowy aktor ale dramaturg, który pierwszy raz w życiu zagrał w filmie).

Zbliżają ich sny: przypadkiem okazuje się, że oboje w snach są jeleniami i razem chodzą po lesie (sekwencje ich snów są najpiękniejszą częścią tego filmu).

Kiedy w końcu, pomimo oczywistych w tej sytuacji perypetii, trafiają do łóżka ich seks jest wymęczony: mężczyzna dyszy ale raczej z wysiłku niż z podniecienia a kobieta zdaje się, z pewnym zaciekawieniem, przyglądać temu co dzieje raczej niż brać w tym udział. Ten rodzaj spełnienia nie jest prostym happy endem, widać, że nic się do końca nie rozwiązało.

W filmie ważny jest humor. Wynika on najczęściej ze zderzenia autystycznych zachowań bohaterki ze światem nie-autystów ale pojawia się czarny humor w scenie samobójstwa (szczegółów nie zdradzę). Zabawny jest też psycholog pracujący z bohaterką w przychodni dla dzieci i bardzo zażenowany sytuacją.

Miłość jest wszędzie, jeśli nie są dla niej przeszkodą autyzm, rzeźnia, wiek ani bezwładna ręka gdzie i kiedy nie byłaby możliwa?

sobota, 18 marca 2017

Kis Grofó nie trzeba na Węgrzech przedstawiać. Ten wykonawca muzyki lakodalmas czyli węgierskiego odpowiednika disco polo jest tutaj megapopularny. Jaka to muzyka można sobie łatwo wyobrazić, próbka poniżej (33,324,997 odsłon do dnia dzisiejszego):

Takie właśnie utwory wziął sobie na warsztat projekt Vers Mindenkié czyli Wiersz dla każdego internetowej telewizji Nuheadztv. W ramach projektu znani aktorzy, ze pełną powagą i wykorzystaniem swojego aktorskiego warsztatu, deklamują teksty takich utworów nadając im zaskakująco odmienny charakter. Tak więc czy jest to kretyński tekst tyle, że mądrze recytowany? Czy też głęboki tekst zaśpiewany w idiotycznej piosence? Każdy niech zdecyduje sam. Jak ktoś nie zna węgierskiego to tym lepiej, w pełni można poddać się działaniu iluzji wykonania.

Poniżej tekst powyższej piosenki w wykonaniu również popularnego, choć nie aż tak jak Kis Grofó, aktora Jánosa Gálvölgyiego (1,169,567 odsłon). 

Więcej wierszy do znalezienia na youtubie pod kategorią Vers Mindenkié (pod każdym wideo podany jest link to oryginalnego wykonania).

Dzięki Chłopakowi za wprowadzenie mnie do węgierskiego świata dramatic reading [EN]!

poniedziałek, 27 lutego 2017

Węgry to obecnie fiilmowy gigant: w zeszłym roku Oscar za Syna Saula, w tym roku złoty niedźwiedź za film Ildikó Enyedi pt. Testről és lélekről czyli po angielsku On Body and Soul a po polsku pewnie O ciele i duszy a wczoraj Kristóf Deák dostał Oscara za krótki film pt. Mindenki (ang. Sing, po polsku pewnie Wszyscy).

Film do niedzieli można oglądać bezpłatnie w internecie (mam nadzieję, że z Polski też) tu.

Napisów nie ma więc opiszę treść. Mamy rok 1991. Do szkoły przychodzi nowa uczennicy Zsófi. Zaprzyjaźnia się z jedną rządzących klasą dziewczynek Lizą.

W szkole działa odnoszący sukcesy chór, Zsófi bardzo chce do niego wstąpić co też się staje. Po próbie nauczycielka prosi ją by została i wyjaśnia jej, że nie jest tak dobra jak inni i dlatego powinna tylko poruszać ustami a nie śpiewać. Liza zauważa, że przyjaciółka jest smutna, dochodzi do tego na czym polega problem. Organizują bunt.

Dochodzi do niego na galowym występie, który ma zdecydować o ich ewentualnym turne zagranicznym. Zamiast śpiewać cały chór tylko niemo rusza ustami. Nauczycielka po kilku nieudanych próbach wymuszenia śpiewu ucieka ze sceny a cały chór zaczyna wykonywać pieśń, śpiewają teraz wszyscy.

Dla zainteresowanych kulturą węgierską okazja nie do przepuszczenia.

niedziela, 26 lutego 2017

„Nagroda narodowościowa dla zespołu Polonez” obwieszcza okładka styczniowego numeru Polonii Węgierskiej. Na piątek stronie miesięcznika pojawia się wyrażenie „prawa narodowości”. Na piętnastej informacja o „Spotkaniu samorządów narodowościowych”. Artykuł stronę dalej omawia wspomnianą nagrodę Premiera Węgier za pracę „na rzecz narodowości” dla zespołu Polonez. I tak pewnie dalej – nie przeczytałem miesięcznika od deski do deski więc możliwe, że słowo „narodowościowy” - w znaczeniu „mniejszościowy” - pojawia się tam częściej. Osobiście zgrzyta mi w uszach.

Sprawdziłem w słowniku języka polskiego PWN-u: narodowość to „przynależność do danego narodu lub oznaczenie wspólnoty etniczno-kulturowej, poczucie tej przynależności; niekiedy naród”. Czyli nie mniejszość narodowa.

Oczywiste jest skąd się to bierze: w węgierskim mówi się o samorządach mniejszościowych, że są „nemzetiségi”, same mniejszości to „nemzetiségek”, itd. Tłumaczenie dosłowne to “narodowość” i już jesteśmy na miejscu. Sytuacja podobna jak w przypadku słowa „programok”, które niekiedy tutejsi Polacy tłumaczą jako „programy” (pisałem o tym wcześniej).

Czyli błąd i lenistwo w tłumaczeniu. Sprawa prosta choć jednocześnie nie do końca. Wszystkie języki podlegają zmianie poprzez kontakty z innymi, zwykle sąsiadującymi językami, weźmy choćby użycie słowa „dokładnie” czy „absolutnie” jako potwierdzenia. Dzieje się z polskim w Polsce, czemu nie ma się dziać z polskim na Węgrzech? Tylko źródło wpływów inne, sam proces taki sam.

oże. Tu nie ma pewnie prostych recept – językiem nie da się kierować. Pozostaje własne wyczucie języka. Pozostaję przy wyrażeniu „mniejszościowy”. A Polonia Węgierska, największe bodaj pismo tutejszej polonii, niech sama decyduje jak używa polskiego, jaki język promuje.

sobota, 18 lutego 2017

Kiedy jakiś czas temu napisałem o swoich wrażeniach po przeczytaniu książki Alberta Wass pt. Adjátok vissza a hegyeimet. Gdy wrzuciłem linka do wpisu na facebooka ciekawy komentarz napisała mi tam Irena Makarewicz, która jest tłumaczką książek Wassa na polski. Wystąpiła w obronie tego pisarza i poleciła mi jego pierwszą książkę pt. Wilczy dół (Farkasverem), za którą Wass otrzymał znaczącą nagrodę literacką Baumgartera (Nota bene, książkę pani Makarewicz przetłumaczyła na polski ale dotąd jej nie wydano). Wassa nie czytają jego krytycy, argumentowała, opinie o nim wygłaszane często opierają się na informacjach z drugiej ręki.

Typowa dla książek Wassa, lekko amatorska okładka książki

Choć myślałem przedtem, że moją przygoda z Wassem zakończy się na jednej lekturze uznałem, że powinienem jednak dać mu drugą szansę i przeczytać Wilczy dół. Niedawno skończyłem lekturę tej książki – i jestem mile zaskoczony.

Farkasverem to, jak wspomniałem, pierwsza książka Wassa a jest jednak dużo lepsza niż jego, znacznie późniejsza, czyli, wydawałoby się, dojrzalsza Adjátok vissza a hegyeimet. Jeśli by te dwie książki miały być reprezentatywne dla rozwoju Wass to wygląda jakby autor z czasem utracił pierwotną wrażliwość, swój słuch literacki, popadł w uproszczenia i zbliżył się do topornawej propagandowości. Rzecz jasna znam tylko dwie książki Wassa i pewnie powinienem uważać z takimi uogólnieniami ale kontrast między tymi pozycjami jest uderzający.

Najpierw trochę informacji o treści książki bo zanim pojawi się po polsku tłumaczenia pani Makarewicz pewnie wielu ludzi z nią się nie zapozna. Akcja tej obyczajowej powieści umieszczona jest wśród węgierskiego ziemiaństwa w Siedmiogrodzie, po węgiersku mówi się o tej warstwie społecznej „dzsentri”. Geograficznie jest to Równina Transylwańska (Mezőség), pod każdym względem głęboka prowincja.

Wass opisuje swoich bohaterów nie oszczędzając ich, postaci zarysowane są ostrym piórem, niekiedy wręcz złośliwie. Główny bohater Jenő to zmarnowany potencjalny talent literacki, obecnie nie zajmujący się niczym poza polowaniami i nadmiernym piciem. Żyje w zasadzie w nędzy bo matka odmawia mu pieniędzy, na papierosy żebrze u służącej. Ta matka to zdziwaczała, zdziecinniała staruszka, którą obchodzą jedynie psy i wilki. Ona też pije za dużo.

W powieści pojawiają się też cwany, prostacki ziemianim z tytułem barona, który chwali się na lewo i na prawo oszukaniem sąsiadki, były wojewoda nie przyjmujący do wiadomości rządów rumuńskich, stetryczałe stare panny i młode kobiety marzące o wyrwaniu się do Klużu czy może nawet Budapesztu.

Akcja książki rozwija się wokół, w większości nieudanych, prób tworzenia małżeństw. Za porażkami stoją nieumiejętność budowania więzi emocjonalnych, w Farkasverem dominują, poza jednym może wyjątkiem, pozbawione uczuć, dysfuncjonalne rodziny. Najbardziej przygnębiający moment to święta Bożego Narodzenia nie tyle pozbawione radości i ciepła ale niekiedy po prostu ignorowane przez bohaterów.

Ważniejsze jednak nawet od braków emocjonalnych są aspekty materialne. Dobrze zapowiadające się związki rozpadają się po tym jak rodziny nie dochodzą do porozumienia odnośnie finansowego zabezpieczenia pary.

Nie jest tak bez powodu: wśród ziemiaństwa odczuwa się zubożenie, obsunięcie społeczne, do którego przyczyniła się niewątpliwie wprowadzona przez Rumunów po zdobyciu Siedmiogrodu, kosztem ziemiaństwa właśnie, reforma rolna.

Łączące się z upadkiem materialnym skarłowacenie ziemiaństwa, jego brak energii twórczej wydaje się być głównym zarzutem Wassa wobec tej warstwy społecznej. Co ciekawe, zwłaszcza w kontekście nacjonalistycznych dzieł Wassa, Rumuni, zwykle schwarzcharaktery narracji węgierskiej, są przez niego umieszczeni zaledwie w tle powieści. Nawet w scenie gdy sąd skazuje byłego wojewodę na grzywnę za uderzenie sąsiada chłopa czujemy, że problem nie leży w tym, że rumuński sędzia skazuje Węgra ale raczej w tym, że przedstawiciel ziemiaństwa nie może zrozumieć, że dalej bezkarnie bić chłopów już się nie da. Może więc za utratą Siedmiogrodu stoi nie tyle agresywność Rumunii a raczej wewnętrzna słabość węgierskich dzsentri? Tak zdaje się mówić Wass.

Matka Jenő czuje pokrewieństwo z psami i wilkami. Psom pozwala włóczyć się po całym domu, i go zanieczyszczać odchodami. Karmi je swoimi posiłkami. Do zwierząt przemawia, rozmawia z nimi sama odgrywając dwie strony wyimaginowanego dialogu. Wyobraża sobie, że łączy ją z nimi jakaś specjalna więź. Tę fałszywą idyllę spotyka gwałtowny koniec gdy wchodzi do zagrody z wilkami a te, podrażnione jej natrętnością, atakują ją i w końcu zagryzają.

Czy to alegoria, na którą wskazuje tytuł książki? Fałszywy romantyzm pokrewieństwa z wilkami i zakorzenionej w naturze witalności Węgrów? Trudno mi powiedzieć ale nic innego mi do głowy nie przychodzi.

piątek, 03 lutego 2017

Index zamieścił bardzo ciekawe wyniki badań opinii publicznej przeprowadzone przez instytut Závecz Research. Wyraźnie widać w nich jak wśród Węgrów orientacja wschodnia przeważa nad zachodnią - europejską. Podaję trzy przykłady.

Pierwszy to popularność przywódców światowych wśród Węgrów. Ferenc pápa to paoież Franciszek, reszty nie trzeba tłumaczyć. Widać, że Putin jest popularniejszy od Merkel.

Drugi to zestawienie tych dwóch polityków i preferencje wyrażane wobec nich przez zwolenników głównych partii węgierskich (MSZP to socjaliści, DK to Koalicja Demokratyczna Gyurcsánya). Widać, że poza wyborcami tej ostatniej partii - nawet w obozie socjalistów - Putin jest popularniejszy od Merkel.

Trzeci to popularność różnych polityków wśród wyborców Fideszu. Tu fascynujące jest zobaczyć, że od Merkel wolą oni nie tylko Putina ale i Erdogana.

Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że tradycyjnie proniemieccy i antyrosyjscy Węgrzy zmienili swoje poglądy pod wpływem przekazu płynącego od rządu. Już w 2014 roku Orbán powoływał się, między innymi, na Rosję i Turcję jako swoje wzorce. Wówczas brzmiało to nieco egzotycznie, widać jednak, że obecnie dla coraz większej ilości ludzi przywódcy tych państw stają się idolami - a ich ustrój polityczny wzorem do naśladowania.

czwartek, 02 lutego 2017

Dokładnie dwa lata po poprzedniej wizycie do Budapesztu dziś znów przyjechał Putin. Jak wtedy i tym razem odbył się protest przeciwko tej wizycie, przeciwko zacieśnianiu związków z Rosją i naśladowaniu putinowskiego modelu.

Demonstracja dwa lata temu miała formę marszu od dworca Keleti do placu Kossutha. Przyszło dużo ludzi, kolumna w pewnym momencie sięgała od dworca aż do placu Blaha Luiza.

rusza marsz pod hasłem "Putyin nyet, Európa igen!" - tak było dwa lata temu

Tym razem protest, który organizowała liberalna i proeuropejska partia Együtt (Razem), miał być pikietą na placu Kossutha, w trakcie której wygwizdanoby Putina i Orbána (partia ta ostatnio często organizuje takie gwizdane demonstracje). W ostatniej chwili jednak, powołując się na względy bezpieczeństwa, odwołano uprzednią zgodę i zmuszono organizatorów do przeniesienia demonstracji na róg ulic Bajcsy-Zsilinszky i Markó.

Przyszło kilkaset uczestników, czyli sporo mniej niż dwa lata temu. Czemu - nie ma pewnie jednej odpowiedzi. Wtedy była to pierwsza wizyta Putina w kraju unijnym, agresja na Ukrainę od tej pory spowszedniała, apatia społeczna nie ustępuje, wielu ludziom mogło nie odpowiadać, że organizatorem jest partia polityczna a i do samego miejsca protestu, dzięki zamknięciom wielu ulic w śródmieściu, nie było łatwo się dostać.

Dzisiejsza pikieta

W trakcie demonstracji przemówienia wygłosiło trzech przywódców partii: Viktor Szigetvári, Zsuzsa Szelényi i Péter Juhász. Gdy w oddali pojawiła się kolumna Putina gwizdy, które rozbrzmiewały przez całą demonstrację, osiągnęły maksymalne natężenie. Po przejechaniu kolumny znikła część wyposażonych w sprzęt do rozpędzania manifestacji demonstracyjnie ustawionych na widoku policjantów, których liczba w szczytowym momencie porównywalna była z liczbą uczestników protestu. A sama demonstracja wkrótce sama dobiegła końca.

Transparenty po angielsku ...

... transparenty po węgiersku: "Nie będziemy kolonią" - nawiązanie do hasła rządu używanego w odniesieniu do Unii Europejskiej

Logo organizatorów

"Nie będziemy kolonią" jeszcze raz, tym razem podano instrumenty kolonizacji czyli Gazprom i Rosatom, który ma tu rozbudowywać elektrownią atomową w Paks

Kreatywny angielski

Jak dwa lata temu i tym razem pojawili się Ukraińcy

Przemawia Viktor Szigetvári, napis na transparencie to "Gwiżdzemy sobie na ucisk!"

Przemawia Zsuzsa Szelényi

"Viktor, jesteś zdrajcą", głosi ten transparent. Daty kojarzą się ze zmianą pozycji Orbána z prozachodniej (1989) na prorosyjską (2017)

Jedna z uczestniczek w trakcie gwizdania

A tak na marginesie demonstracja pokazała jak bardzo zanikła znajomość rosyjskiego w narodzie węgierskim, te kłopoty z rosyjskimi literami "И" oraz "Й" nieco popsuły efekt transparentu.

środa, 01 lutego 2017

Siedmiogrodzka jaskinia Büdös (Cuchnąca) znana jest nie tylko z powodów geologicznych czy też dlatego, że mieści się tam mofeta (o innej mofecie było tu) ale także dlatego, że służyła okolicznej ludności jako miejsce samobójstw.

Jama nie jest pochodzenia naturlanego, wydrążono ją jako element działającej tam kiedyś kopalni siarki. Po tym jak zakończono wydobycie tego minerału jaskinia służyła celom leczniczym, i dzisiaj znajdują się w niej ławy dla pragnących poddać się korzystnemu działaniu wydobywających się z niej gazów.

Wejście do jaskini, źródło: wikipedia

W takiej mofecie gazy mają działanie lecznicze gdy oddziaływują przez skórę, wdychane powodują śmierć. Tak właśnie popełniano tam kiedyś samobójstwo: parę haustów powietrza przy ziemi kończyło życie.

Ciekawe, że niejednokrotnie umrzeć tam szli tam starzy ludzie pragnący swoją śmiercią ulżyć rodzinie żyjącej w nędzy. Miało to cały rytuał: pożegnalna kolacja z kurą i palinką, odświętna odzież, samotne wyprawa do jaskini, ubranie pozostawione przy wejściu do jaskni, wyciąganie ciała bosakiem. Samobójców grzebano niedaleko wejścia do jaskini.

Tak zresztą bywało w wielu społecznościach żyjących w skrajnym niedostatku: starzy ludzi nakłaniano by poszli umrzeć na górę, zostawiano ich w szałasie poza wsią, mordowano rytualnym kijem czy też duszono sznurem (przykłady podaję za opracowaniem na temat jaskini, z którego zaczerpnąłem większość podanych tu informacji [HU]).

Na temat rytuału samobójstwa z nędzy oszczędną a zarazem wstrząsającą nowelę napisał węgierski pisarz Ferenc Sánta pt. Było nas wielu (Sokan voltunk). Ten straszny obyczaj przedstawiony jest tu nie tylko jako okrutny akt przymusu społeczności ale zarazem jako dramatyczna ofiara złożona w celu umożliwienia przeżycia przez najbliższych.

Poniżej zamieszczam tłumaczenie noweli. Na jego publikację dostałem zgodę spadkobierców autora i choć blog pisany jest pod licencją Creative Commons ewentualna republikacja tekstu wymaga ich osobnej zgody. 

A sama jaskinia, jakby ktoś chciał się tam wybrać, mieści koło Băile Bálványos (węg. Bálványosfürdő). 

Ferenc Sánta. Było nas wielu


Już trzeci dzień głodowaliśmy, od dwóch tygodni jedliśmy tylko raz dziennie. Matka wydzielała nam już tylko po garstce kaszy kukurydzianej. Garstka kaszy, dwa kęsy, i niczego więcej do następnego dnia. My, dzieci, we czworo leżeliśmy na łóżku pod kocem. Tam się nawzajem grzaliśmy i nie łaziliśmy nikomu pod nogi. Ojciec nie chodził już na dniówki w polu. Dość się napróbował. Dużo było biedaków, mało gospodarzy, dla niego nie starczyło pracy. Siedział przez cały dzień na małym korcu koło pieca. Z rzadka podchodził do nas i zaczynał opowiadać bajkę. Ale tak jak nagle podchodził tak i nieoczekiwanie przerywał. Zwykle mówił wtedy „Jutro dokończę”. I z tym znów zatapiał się w swoich myślach. Nigdy nie kończył. Nie żałowaliśmy. Tyle milczał w trakcie opowiadania, że i lepiej było kiedy siedział na swoim miejscu.


Głód to wielka rzecz. Kto nie go doświadczył ten nie wie. Kiedy dostaliśmy naszą garstkę kaszy i jeszcze na gorąco ją pożeraliśmy, wyskakiwaliśmy z łóżka, łapaliśmy wielką deskę, na której matka dzieliła kaszę i jak kto mógł, palcami, nożem, zdrapywaliśmy z niej co tylko się dało, i jedliśmy. Mimo, że więcej było tam drzazg niż jedzenia. W taki głód każda gęba się liczy. Im więcej tym większy problem. A nas było przecież dosyć.


Pewnego wieczoru dziadek, który miał ponad siedemdziesiąt a może nawet ponad siedemdziesiąt pięć lat, nie zjadł swojej porcji ale przyniósł ją nam do łóżka. Dużą, pomarszczoną dłonią rozdzielił jedzenie pomiędzy nas a my rzuciliśmy się na nie jak kurczaki. Nie zastanawialiśmy się czemu daje nam swoją porcję, niczego nie mówiliśmy. Patrzyliśmy tylko zdumionymi oczymi - i jedliśmy. Jeden ojciec zabrał głos. Spojrzał zapadniętymi, szarymi oczyma na dziadka. Potem odwrócił się do ognia w piecu i powiedział: Z pewnością dobrze robicie, ojciec. Też pomyślałem, że ma rację, nawet jeśli mało było tego to i tak dobrze było dostać ten dodatkowy kęs, nic innego mi do głowy nie przyszło. Dziadek dalej wyskrobywał resztki kaszy z miski i jakby sam do siebie cicho powiedział.


-Tak uważasz Ferkó?


-Tak!, odpowiedział ojciec.


Matce wypadła z rąk balia, a my wszystcy spojrzeliśmy w jej stronę.Z przerażeniem na twarzy patrzała na rozmawiających, to na ojca, to na dziadka, jakby jej samej tu nie było. Potem jej wzrok spotkał się ze wzrokiem ojca i powoli odwróciła się jak wtedy gdy uświadamiała sobie, że wtrąca się w sprawy nie dla kobiet. Dziadek wytartł dłonie w spodnie. Potem zaczął poprawiać nam poduszkę pod głowami. Robił to tak wolno i starannie jakby był niańką lub przynajmniej matką. Jego ręce były jeszcze pod naszymi głowami kiedy odwrócił się i ruszył ku ojcu. Kiedy doszedł do pieca, pochylił się i zaczął łamać gałęzie. Jedną po drugiej, starannie je układał a kiedy skończył odezwał się do ojca.


-W przyszłym roku spróbuj ćwiartki pola Andrása Kácsy. Inaczej i tak nie da. Dobra ziemia ten Fehér Martok, wtedy możesz uprawiać pole Feriego.


Ojciec nie patrzał nie niego, włożył coś między zęby i żuł.


-I przemyśl to co ci powiedział Jani Tótos. Woźcie wodę mineralną do miasta. Za trzy lata możecie mieć konie.


Ojciec tylko milczał. Stara gadka dziadka. Woda mineralna i Fehér Martok. Kiedy indziej ojciec nie pozwoliłby mu skończyć, ale teraz milczał a my ze zdziwienia zupełnie nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Dziadek też pewnie pomyślał, że daremnie próbuje bo wstał i położył rękę na ramieniu ojca.


-W takim razie, nie zwlekajmy, Ferkó, synu, słyszysz mnie?


Ojciec wstał, wzdrygnął się nieco i spojrzał na niego jakby mówił do matki.


-Gotujcie się. Resztą ja się zajmę.


Widziałem, jak matka stoi w drzwiach i płacze, jakby była na pogrzebie, i jak ojciec wstaje, sięgą do wieszaka, zdejmuje kurtkę i futrzaną czapkę. Jednocześnie jakby zdejmował ją i nie zdejmował, zachowywał się jak ktoś kto wie, że czeka go bicie jak czegoś nie zrobi. Zarzucił sobie na ramiona kurtkę, choć nie miał tego w zwyczaju, i nie oglądając wyszedł przez drzwi.


Byłem już wtedy sporym chłopakiem i patrzałem co to wszystko się dzieje. Patrzałem aż naraz poczułem koło siebie dziadka.


-Słuchaj tylko, to gniazdo, które pokazałem ci na zboczu Bálványosu przyniesiesz potem?


Patrzał na mnie i wyglądał jakby płakał.


-A tę gałąź bzu co jest dobra na procę zetniesz?


Patrzałem i nie wiedziałem co myśleć.


-A na wiosnę wykurzysz tego pięknego, silnego lisa co ci go pokazałem? Zrobisz to, Ferike?


Patrzałem i nie mogłem zdecydować czy ma łzy w oczach. Spojrzałem na matkę ale nie spotkałem jej wzroku. Zwróciłem się do dziadka.


-Co ci jest, dziadku?


Nie patrzał na mnie. Trzymał fujarkę, którą wyciągnął spod poduszki, dotykał jej dziurek, głaskał, jakby to nie on ją kiedyś zrobił. Podniósł do ust ale zanim w nią dmuchnął, odłożył. Podszedł do matki.


-Daj mi niedzielne ubranie, Anno.


Dotąd wszystko było dość dziwne ale teraz wogóle nie wiedziałem co myśleć o zachowaniu ojca, matki, dziadka. Bo matka otwarła skrzynię i po kolei wyjmowała odświętne ubranie dziadka. Portki, koszulę, pończochy. I tak uprzejmie mu je podawała nie jak ktoś komu kazali ale jak wtedy kiedy nas, dzieci, ubiera do kościoła. Dziadek wszystko to ubrał. Przetarł twarz wodą i usiadł do stołu. Wyglądało to jakby przyszedł w gości. Nie patrzał ani do góry ani do dołu tylko tak siedział sam w sobie, ręce położył na kolana, raz i drugi pociągnął nosem i tylko wtedy się ruszał kiedy obcierał nos wierzchem dłoni. Nie patrzał ani na matkę ani na mnie.


Matka nalała wody do dużego garnka i wstawiła go na ogień. Po co jednak, nie wiedziałem. Bo  przecież kaszę wcześniej zrobiła, żeśmy już ją zjedli. Bo ojciec oko by jej chyba wybił gdyby znów nastawiła kaszy. Tak jej nieraz groził kiedy z litości próbowała ukradkiem dać nam coś więcej do jedzenia.


Kiedy wrócił ojciec, matka i dziadek dalej zachowywali się jak dotąd. Jedno udawało gościa a drugie gotowało mu wodę. O ojcu od razu widać było, że musiał strasznie kombinować. Pod pachą miał kurę, ładną, nakrapianą, w ręku palinkę. Te rzeczy mógł tylko dostać na kredyt, sam nie wiem kto mógł być taki głupi by mu je dać. Kurę wręczył matce, palinkę postawił przed dziadkiem. Zdjął kurtkę i usiadł do stołu jak ktoś kto od świtu pracował. A przecież przez cały dzień tylko grzał się przy piecu.


Milczeli kiedy kura się gotowała. Ojciec obcinał paznokcie scyzorykiem, dziadek pił.


Z garnka wydobywał się taki zapach, że aż ślina zbierała mi się ustach, szturchaliśmy się pod kołdrą, poprawialiśmy nogi by było miejsce dla garnka. Nie dostaliśmy jednak ani kęsa. Dziadek zjadł wszystko do ostatniego kawałka. Popatrzał na nas i w pewnym momencie chciał nam coś dać. Ale ojciec chwycił go za rękę wyraźnie zły na niego.


-Ich zostawcie, jedzcie, to wszystko dla was.


Gdyby wszystko co robili nie było tak głupie i niezrozumiałe jak nigdy dotąd, na pewno bym się rozpłakał. Ale tak ze zdziwienia nie byłem w stanie. Gapiłem się tylko dziadek je, jak rozrywa palcami mięso spuszczając wzrok tylko gdy poczułam na sobie wzrok ojca. W tym wzroku było lanie, wielkie lanie. W ciszy jaka obsiadła dom słychać było tylko sapanie i mlaskanie dziadka. Zjadł wszystko, do ostatniego kawałeczka.


Matka zaczęła sprzątać ze stołu ale dziadek nie czekał aż skończy, wstał, wziął buty, kurtkę i siekierę. Ojciec stał za nim z wyciągniętą twarzą jak się stoi przed księdzem. Nagle dziadek podszedł do drzwi jakby się bał, że ktoś mu je zamknie. Otworzył, na wpół był już na zewnątrz kiedy nagle uspokoił się i zawrócił. Wstydliwie, jak to robią podczas lamentowania na pogrzebach, zaczął gładzić wąsy. Widziałem teraz, że trochę płakał. Spojrzał na matkę a potem na mnie. Matka podeszła do mnie. Ubrała mnie, ojciec nie sprzeciwił się mimo, że nigdy przedtem na to nie pozwalał.


Wyszliśmy w ciemność. Noc była pełna gwiazd. Zimno było bezlitosne, powietrze jakby zamarzło. Ojciec stał z gołą głową, ja w kapciach brata i nie myślałem o tym jak marznę. Wszystko to było tak strasznie dziwne, płacz ściskał mnie za gardło jak w chwilach kiedy jest jakiś wielki problem, dom się pali albo mnie ktoś pobił. Nie spuszczałem oka z postaci dziadka. Stał na schodkach prowadzących na ganek. Jedną rękę miał w kieszeni, drugą trzymał mocno siekierę jak kiedy człowiek boi się niedźwiedzia. Właśnie tak. Tak to właśnie było. Ojciec stał nieruchomo. Patrzył w inną stronę a przecież wiele nie było widać. Po dłuższym czasie dziadek przerwał ciszę.


-Jutro rano przyjdźcie, wszystko tam zostawię.


Ojciec tylko głowę odwrócił w stronę nieba jakby liczył gwiazdy. Dziadek powiesił sobie siekierą na ramieniu i pożegnał się.


-Z Bogiem, synu.


Ojciec poruszył się, spojrzał na ziemię i rzucił jakby do niej mówił.


-Z Bogiem.


A kiedy dziadek ruszył bardzo cicho dodał.


-Uważajcie na siebie.


Patrzałem za dziadkiem kiedy ruszył drogą w stronę zauąka, chciałem krzyknąć, że nie pożegnał się, krzyknąć „Z Bogiem”. Już chciałem popędzić do niego kiedy zatrzymał się. Przestępował trochę z nogi na nogę aż wreszcie zawrócił. Ledwo było go słychać jak poprosił.


-Ferike … Pozwólcie, niech mnie odprowadzi ...choć troszkę!


Ojciec obejrzał mnie od od futrzanej czapki na mojej głowieaż po buty jakby dopiero teraz mnie zauważył.


-Pędź do dziadka!


Dziadek stał nieruchomo i kiedy dobiegłem do niego, chwycił mnie za rękę. Ruszyliśmy zupełnie jak wtedy gdy szliśmy na maliny i po drodze opowiadał mi bajki, pokazywał to i tamto, jak zbierać jajka, szukać miodu, gdzie można znaleźć kozibród czy inne zioła. Ale teraz niczego nie mówił. Szedł bardzo powoli i mocno ściskał mi rękę jak wtedy kiedy w bajce był ważny moment. Potykałem się idąc przy nim bo patrzałem na niego i nie mogłem zdecydować, oszalał czy też coś mu się stało, i chciałem powiedzieć mu by tego nie robił bo zaraz będę płakać. Zatrzymał się przy płocie. Kucnął. Patrzał przez chwilę a potem trzy razy splunął na krzyż jak to robią przy nowonarodzonym albo chorym dziecku by odgonić nieszczęście. Pocałował mnie, czego przedtem nigdy nie robił, i jakimś brzydkim, ochrypłym głosem powiedział.


-Wracaj i powiedz matce, żeby cię pilnowała bo mnie już nie zobaczysz.


Wyprostował się szybko jakby go ktoś zawołał. Więcej nie spojrzał już na mnie i zanim się obejrzałem ledwie go było widać w śniegu, który w międzyczasie zaczął padać, szedł i znikł między drzewami gdzie już się zaczynał las. 


Ojciec stał tam gdzie go zostawiłem. Tak samo patrzał w niebo, posłał mnie do domu samego.


Mali już spali, matki nie było w izbie. Usiadłem na miejscu dziadka i kiedy ojciec wszedł spytałem, bo już dalej nie mogłem tego trzymać w sobie: dziadek kiedy wróci?


-Wtedy kiedy nie będziesz się pytał! - odpowiedział i był bardzo zły. Oczy mu się zwęziły, chodził tam i z powrotem jak skuty łańcuchem niedźwiedź trzymany przez człowieka z kijem. Brał to ręki to i tamto ale zaraz odkładał, aż wreszcie usiadł na korcu. Zaczął patrzeć się na ogień. Kiedy matka przyniosła gałąź zaczął dokładać drewno do ognia. Tylko kładł i kładł. Zrobił w piecu taki ogień jakiego jeszcze nie widziałem. Płomienie wychodziły górą, strzelały w drzwiczkach jak pioruny, iskry kręciły się, sypały jak ogień piekielny. Cały piec skrzypiał i stękał. A on tylko siedział i dokładał do ognia z takim strasznym wyrazem twarzy, że aż pomyślałem, że jak tylko mrugnę to mnie na pewno zatłucze na śmierć.


W drzwiach rozległo się tupanie, matka wyszła przyjąć gościa i wróciła z Ignácem Csűrösem. Dziadkiem Kelemena, kolegą dziadka.


-Dobry wieczór!


-Witajcie – powiedział ojciec ale nie poruszył się tylko zamknął drzwiczki od pieca. Matka przetarła krzesło i dziadek Ignác usiadł opierając się na lasce. Nikt się do niego nie odzywał, a widziałem, że strasznie chce rozmawiać. Kręcił się, chrząkał, mrugał starymi oczami a że długo nikt na niego nie zwracał uwagi, w końcu sam się odezwał.


-Gdzie jest twój ojciec?


Ojciec nie patrzał na niego.


-Widzicie, że go tu nie ma.


Dziadek Ignác wyciągnął tytoń ale potem jakby zapomniał czego chciał i nie zapalił. Rozejrzał się. Popatrzał na nas, na twarz matki, w końcu na krzesełko gdzie zobaczył ściągnięte powłoczki dziadka. Jakiś czas się im przypatrywał, potem zaczął gmerać w trepach swoją haczykowatą laską i nie patrząc na nas zapytał.


-Czy to prawda, że poszedł?


Ojciec podniósł głowę.


-Niby dokąd? - zapytał i spojrzał dziadkowi Ignácowi prosto w oczy.


-Do Cuchnącej – odpowiedział.


Serce mi walnęło jakby mnie ktoś uderzył. W gardle zrobiło mi się tak sucho jakby mi zawiało do gardła. Kołdra zrobiła się gorąca jak rozpalone żelazo.
Och, Cuchnąca jaskinia. Ci co tylko łyk powietrza tam zaczerpnęli dusili się natychmiast. Stamtąd się żywym nie wychodzi. Jak wleci tam ptak to już nie wyleci, zdycha. Dziadek też umrze. Kiedy odchodził ojciec powiedział mu by uważał na siebie. A on nie wróci. Tam właśnie poszedł, i ojciec tego chciał, i matka się temu nie sprzeciwiła – o ile sami go tam nie posłali. Oj, mój Boże, dziadek! A oni nie lecą za nim, nie próbują nawet go zawrócić, a ja też nie mogę. Miesiąc temu ktoś  opowiadał o jaskini, że tak to jest, że tak trzeba. A ja nie wiedziałem, że to też to robią, że tak go szykują. I to akurat mój dziadek. O Boże, gdzież on może być teraz? Na pewno minął już Uzonkę. Pewnie ławy świerkowe też. A tam bywają wilki, żeby tylko nic mu się nie stało, żeby go tylko żaden nie zaatakował. Płacz mnie porwał, tchórzliwie, zarkałem tylko by ojciec nie zauważył.


Ojciec spojrzał na dziadka Ignáca.


-Skąd to wiecie?


-Áron, syn, powiedział mi. Mówią, że byłeś w karczmie po palinkę. Kurę też widzieli u ciebie.


-Prawda – odpowiedział ojciec, i znów był taki jak przedtem. Nawet otworzył drzwiczki pieca by sprawdzić ogień.


-Dawno poszedł?


Ojciec więcej już nic nie powiedział. Przestał zwracać uwagę na Ignáca Csűrösa. Matka odezwała się, głos ledwo przechodził jej przez gardło.


-Będzie to już z kwadrans.


Dziadek Ignác kiwnął głową, wstał i ruszył do wyjścia. W otwartych drzwiach odwrócił się, spojrzał na nas i spytał matki.


-Pocałował ich?


-Żadnego – odpowiedziała matka i zaczęła ocierać oczy fartuchem.


Kiedy matka wróciła, usiadła i zaczęła szyć. W ojca znowu coś wstąpiło bo napalił jeszcze bardziej niż poprzednio. Nie byłem w stanie się odezwać, niczego też nie mówiłem. Zasnąłem od wielkiego płaczu.


Ojciec wstał rano. Wyglądał jakby oka nie zmrużył przez całą noc.


-Zbieraj się, idziemy do lasu naciąć drzewa.


Miał rację bo w domu nie było już w ogóle drewna, wszystko spalił w nocy. Do południa cięliśmy drzewo, a mnie po głowie wciąż chodził dziadek. Nie wiem o czym myślał ojciec ale ani razu mnie nie uderzył choć przecież nawet zaciąłem się w palec.


Kiedy powiedział „idziemy” ruszyłem w kierunku ścieżki. Zawrócił mnie „Nie tędy!” I ruszyliśmy skalistym zboczem w stronę Cuchnącej. Serce mi wyło jak dzwon bijący na trwogę. Szedłem śladami ojca. Nie trzymał mnie za rękę jak to zwykle robił dziadek.


U wejścia do jaskini zobaczyliśmy wszystko. Pięknie złożone koszula, portki i kurtka, wszystkie rzeczy dziadka. Na samej górze leżała futrzana czapka przyciśnięta dużym kamieniem. Siekierę zabrał ze sobą. Taka mała była ta kupka jakby nie były to rzeczy dziadka. Wyglądały jakby były za małe dla niego.
Ojciec pochylił się i zaczął po kolei podawać mi wszystko. Gdy sięgnął po czapkę coś z niej wypadło i potoczyło się daleko po śniegu, zobaczyliśmy co to: było to udko kury. Nie byłem w stanie ruszyć się po nie. Ojciec podniósł je. Ważył je na ręku a potem delikatnie, łagodnie jakby to był pisklak wsunał mi do torby. Podszedł do mnie. Dotąd nigdy tego nie robił, a teraz wierzchem dłoni pogładził mnie po twarzy.


-W domu zjesz – powiedział – teraz jest zamarznięte.


Nie wspomniał, że w domu jest nas więcej rodzeństwa, bo wiedział, że byłem ulubieńcem dziadka.


Niżej, bliżej dna jaskini, czerniła się inna kupka rzeczy. Rozpoznałem je. To były rzeczy Ignáca Csűrösa. Dotąd nikt nie przyszedł po nie, a może i potem nikt się nie pojawi, bo widać było, że to dziura na dziurze, nikt nie dałby za nie złamanego grosza.

niedziela, 29 stycznia 2017

Putin się zbliża - niedługo odwiedzi Budapeszt - a HVG skomentowało tę wizytę piękną okładką pod powyższym tytułem.

Całujący się Orbán i Putin dla osób pamiętających okres przełomu 1989/1990 kojarzą się jednoznacznie z ówczesnym plakatem Fideszu Wybierzcie sami (Tesszék választani).

źródło: wikipedia

Tam lekcji języka rosyjskiego oddawali się Breżniew i Honecker skontrastowani z młodą, wolną od takich perwersji, parą reprezentującą Fidesz. (Swoją drogą, mało ludzi na Węgrzech wie, że w Rosji przyjęte jest całowanie się w usta na znak przyjaźni bez kontekstów erotycznych).

Nie pierwszy to raz kiedy HVG nawiązuje do płakatów z tego okresu by wykazać jak bardzo zmienili się od tamtej pory Fidesz i sam Orbán. Wcześniej wykorzystał do tego inny kultowy plakat Towarzysze, koniec!

Obie okładki kąśliwe i dowcipne, jednak jeśli pomyśleć o wolcie odnośnie do stosunków Węgry-ZSRR/Rosja czy też Węgry/zachód, którą wdraża obecny rząd mniej jest już do śmiechu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 106