moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
środa, 16 sierpnia 2017

Na Węgrzech „narodowy” niemal bez wyjątku równa się „nacjonalistyczny” czyli Trianon, precz z Rumunami, wielkie Węgry, Horthy, ewentualnie przedmurze chrześcijaństwa (tak, tak, nie tylko Polska obnosi się z tym tytułem) itd. Narodowe święta to pompa: hymn, wciąganie flagi, przemówienia, sztywno chodzący żołnierze. Miłym wyjątkiem w tym kontekście jest dlatego stosunkowo nowa tradycja Narodowego Tortu (Országtorta) tworzonego co roku z okazji święta 20 sierpnia, kiedy upamiętnia się tu utworzenia państwa węgierskiego i jego założyciela świętego Istvána).

Na utworzenie tortu co roku Kancelaria Premiera oraz Węgierski Krajowy Cech Cukierników ogłasza konkurs dla cukierników. Zwycięskie torty prezentowane są potem w ramach kulinarnej imprezy Magyar Ízek Utcája (Ulica Węgierskich Smaków) organizowanej w ramach obchodów święta. Zjeść je można też w stu cukierniach w całym kraju.

Tort karmelowy z palinką morelową z Pannonhalma - 2015

W zeszłym roku konkurs miał cztery etapy. W ramach pierwszego jury degustowało anonimowo zgłoszone torty. Do drugiego etapu przeszło dziesięć tortów, do trzeciego trzy. W ramach czwartego jury omówiło poszczególne kandydatury z ich twórcami dokonując ostatecznego wyboru. Więcej informacji dotyczących tortu narodowego, włączając w to listę zwycięzców. można znaleźć w wikipedii [HU].

Zielone złoto z Őrség - zwycięzca z 2016 roku

Księżniczka jagodowa - zwyciężczyni z 2016 roku w kategorii tortów bezcurkowych, jest i taka kategoria

W zamyśle narodowy tort można dostać w węgierskich cukierniach przez cały następny rok. W rzeczywistości nie jest tak łatwo trafić na niego. Niedawno jednak odkryłem budapeszteńską cukiernię, która w swojej ofercie ma nie tylko aktualny tort narodowy ale także parę tortów z poprzednich lat. Chodzi o Jégbüfé, kultową, odlskulową cukiernię latami działającą na placu Ferenciék, skąd niedawno zmuszona do przeprowadzki od razu przeniosła się w trzy miejsca: przy József körút 50 (tam byłem właśnie), Petöfi Sándor utca 3 i Fény utca 15. Jakby ktoś miał ochotę zapoznać się z tą smakowitą węgierską tradycją to wiadomo gdzie się udać.

Jégbüfé czyli Bufet lodowy na József körút ...

... oraz torty narodowe, które oferuje

Narodowy tort wytwarzany jest od 2007 roku. Początki jego datują się na okres przed objęciem władzy przez Orbána. Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy by z tego powodu tradycję przerwać – byłaby to wielka szkoda.

Rewolucja z Somló - tort narodowy w 2014 roku. Kto zwycięży w tym roku?

sobota, 12 sierpnia 2017

Na prowincji niekiedy mówi się o Romach ironicznie „Argentyńczycy” lub też właśnie „Brazylijczycy”. I tak oczywistym jest tutaj, że niedawno zrobiony film pod tytułem Brazylijczycy opowiada o Cyganach a nie o rodakach Ronaldo, Ayrtona Senny czy Paulo Coelho.

Pisałem dopiero co o filmie pt. 1945, Brazylijczycy podobnie przełamują pewne tabu, przez które w zasadzie nie ma filmów o tematyce romskiej. Czyli znowu, warto film zobaczyć choćby z tego powodu, ale jest to też prostu pogodna opowieść o niewesołych sprawach, niepozbawiona humoru ani nie upiększająca rzeczywistości.

UWAGA SPOILER - następuje treść filmu

Znajdujemy się w jakiejś węgierskiej wsi, piłkę nożną kochają tutaj wójt wraz z całym urzędem, młody proboszcz, Romowie z miejscowego getta – wszyscy. Ogłoszone zostają zawody dla lokalnych drużyn, ku zdziwieniu wszystkich do udziału zgłasza się i ekipa cygańska. Sportowe emocje potęguje informacja, że pochodzący z tej wsi zamożny biznesman żyjący w Brazylii ufundował wyjazd do tego kraju dla zwycięskiej drużyny.

Perypetie związane z zawodami pozwalają ukazać złożone stosunki pomiędzy Węgrami a Romami. Czegoż tu nie ma: jest administracyjne nękanie Romów, próba wyrwania się z getta poprzez karierę w policji, kradzież złomu przez Romów - lub też tylko im przypisywana, przyjaźń poprzez podziały etniczne, czołobitność wobec romskiego piosenkarza-celebryty, życzliwy ksiądz pomagającego Romom – którzy część tej pomocy marnują, kusturicowska postać romskiego króla, nielegalne biznesy ślepe na pochodzenie uczestników, kompleksy, zdrada, nędza, radość życia – a także wszystko zmieniająca miłość między Węgrem a Romką.

Jak łatwo zgadnąć, Romowie pomimo wszystkich przeszkód wygrają zawody. Pomoże im w tym syn zastępcy burmistrza, ich największego ich wroga, który zakochawszy się w pięknej Cygance wypełnia lukę w drużynie (możecie sobie wyobrazić minę ojca kiedy spotyka się na boisku z synem w koszulce drużyny cygańskiego). W bajkową konwencję wpisuje się romski król, który pojawiwszy się z wielką pompą na finalnym meczu funduje zwycięskiej drużynie wyjazd do Brazylii bo „dali naszym trochę radości” – zamożny ziomek z Brazylii okazał się być wymysłem księdza, który chciał w ten sposób zmotywować Romów do wystawienia drużyny.

Romowie wygrali bo do ich ekipy przyłączył się motywowany przez miłość do pięknej Cyganki młody Węgier. Czy takie przełamywanie barier to nie przepis na sukces Romów także w realu?

piątek, 11 sierpnia 2017

W kinie węgierskim nie ma w zasadzie filmów rozliczeniowych, nie znajdzie się tu odpowiednika Pokłosia, Idy czy choćby Wyroku na Franciszka Kłosa. Brak też filmów dotykających problemów społecznych jak weźmy Dług czy Cześć Tereska. W tym kontekście unikalny i dlatego (choć nie tylko) wart  zobaczenia jest film Ferenca Töröka pt. 1945.

Akcja filmu to parę godzin letniego dnia właśnie 1945 roku. Wojna dopiero co skończyła się we wsi położonej koło linii kolejowej. Atmosfera jest senna od upału. Wójt, a może burmistrz gdyż to może być małe miasteczko, szykuje ślub syna.

Na stację przyjeżdża pociąg, wysiada z niego dwóch Żydów. Wyładowują dużą skrzynię, wynajmują furmana i ruszają w stronę zabudowań prowadzącą polami drogą.

Ich przybycie elektryzuje mieszkańców:

-Wracają
-Ilu?
-Na razie dwóch

Ten dialog streszcza źródło napięcia. Bo stąd niedawno wywieziono Żydów, burmistrz przejął sklep najbogatszej rodziny, inni zajęli domy czy ruchomości żydowskie. Był kto aktywnie pomógł w wywózce pisząc donosy. Nikt nie ma czystego sumienia. Przybycie Żydów, którzy nic nie mówią i niczego od mieszkańców miasteczka nie chcą, samo w sobie budzi dotąd tłumione wyrzuty sumienia. Te wyrzuty sumienia niszczą ich - często dosłownie.

Końcowa scena na cmentarzu – Żydzi przywieźli pamiątki po swoich bliskich, którzy zginęli bez śladu i teraz te pamiątki grzebią zamiast ciał – kiedy burmistrz „uroczyście obiecuje pamięć o ofiarach” to program dla mieszkańców jak mają sobie radzić z tą niesłychaną zbrodnią, która miała miejsce tuż obok nich i z której nie wyszli czysto: pamięć (zdawkowa) tak, rozliczenia nie.

Film wciąga nie tylko swą fabułą ale i sposobem w jaki ją opowiada. Sam Holocaust przedstawiony jest pośrednio. Na filmie nie ma przemocy, wywózki, mordów ale i tak jest on przerażający, doświadczamy go poprzez wyrzuty sumienia mieszkańców, widzimy go w targającym ich szaleńczym strachu.

Nie bez znaczenia jest warstwa wizualna. Film jest biało-czarny, jakby przejmując tonację ubrań przybywających Żydów, obrazy z wioski są wysmakowane, każdy kadr to osobna kompozycja (dzieło László Rajka). Z lekka hiperaktywny główny bohater burmistrz (Péter Rudolf) nie pozwala oderwać od siebie oczu.

Idylliczny letni dzień zakłócony pojawieniem się żydów skrywa zresztą więcej problemów, z którymi żyją mieszkańcy. Po okolicy szwędają się żołnierze radzieccy, z osobą powracającego z niewoli żołnierza pojawia się zapowiedź nowego systemu. Choć są one w filmie tylko zarysowane widać, że w ich życiu nic już nie będzie jak było.

Węgry, których metaforą to filmowe miasteczko jest, po wojnie Holocaust traktowały właśnie w myśl programu "pamięć (zdawkowa) tak, rozliczenia nie". Jak dotąd żadne próby przeorania świadomości społecznej w tej sprawie nie wywołały katarktycznej reakcji, nie wydaje się by i ten film wiele tu zmienił: dyskusji porównywalnych do wspomnianej Idy nie było. Mimo to dobrze, że powstał.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Pisalem dopiero co o mojej frustracji związanej z niemożnością załatwienia odznaczenia dla zespołu Kontroll za ich wsparcie dla Solidarności w latach 80-tych. Rok starań i nic.

Przeczytawszy mój wpis kolega Gabriel Kurczewski (skąd inąd autor świetnego bloga Blisko Tokaju) napisał do Europejskiego Centrum Solidarności, które rozdaje Medale Wdzięczności domagając się informacji w sprawie zespołu. Odpowiedź nadeszła w ciągu paru godzin: odznaczenie zostało przyznane w lipcu, wręczone ma być pod koniec tego roku albo w 2018.

A więc happy end! Mam nadzieję, że sprawa jest już na ostatniej prostej. Jeśli tylko uda mi się trafić na uroczystość odznaczenia napiszę z niej relację.

A Gabrielowi osobne podziękowania za udaną interwencję.

wtorek, 08 sierpnia 2017

Pisałem kiedyś tutaj o węgierskim alternatywnym zespole rockowym Kontroll, który w latach 80-tych wykonywał piosenki popierające Solidarność. Proponowałem też by jakoś upamiętnić ten gest tym bardziej wart docenienia, że na Węgrzech wówczas było dużo więcej strachu niż w Polsce i dlatego wiele on kosztował.

Nie tylko napisałem post na blogu ale spróbowałem i wziąć sprawy w swoje ręce. Wcześniejsze sugestie robione wobec tutejszej ambasady oraz Instytutu Polskiego spłynęły po nich jak woda po kaczce, napisałem więc do Europejskiego Centrum Solidarności, które prowadzi program odznaczania osób zasłużonych dla Solidarności, z wnioskiem o odznaczenia dla zespołu. Był to lipiec 2016 roku.

Odpowiedź udało mi się dostać miesiąc później wykorzystując wszystkie moje kontakty mające jakiś związek z ECS-em. Okazało się, że powinienem napisać do innych osób, co natychmiast zrobiłem. Dostałem potwierdzenie, że mój e-mail doszedł i że przekazano go kapitule Medalu Wdzięczności.

W odpowiedzi na moje wrześniowe pytanie co z wnioskiem dowiedziałem się, że czeka na inne wnioski tak by kapituła mogła więcej ich rozpatrzyć hurtem. Powinno to nastąpić w nowym roku, dowiedziałem się

Mój styczniowy e-mail (życzę do siego roku, co z moim wnioskiem) nie doczekał się już odpowiedzi. Poprzez swoje nieformalne kanały dowiedziałem się, że osoba zajmująca się wnioskami już tam nie pracuje, innej nie zatrudniono. Kolejne próby dotarcia z moim wnioskiem do ECS-u już żadnych rezultatów nie przyniosły.

Poddałem się.

Podsumowując: wyszło na to, że jako Polacy nie jesteśmy w stanie podziękować tym co wyrazili z nami solidarność kiedy, by użyć dawnego wyrażenia, jeszcze nie było wolno. I to nie jest tak, że ktoś zdecydował, że po prostu nie zasłużyli, bo na medal trzeba było więcej zrobić i już. To jeszcze byłoby w porządku. Tu jednak mamy do czynienia z niemożnością, totalną indolencją, i to już w pełni nasza zasługa, nie ma tu czego zwalać na komunistów, zabory, PO czy PiS. Troszkę irytujące, by nie wyrazić się przy użyciu bluzgów.

A dla przypomnienia kawałek pt. Polak-Wenger wykonywany akurat przez inny zespół (Pál utcai fiúk) z tekstem w pełni po polsku.

czwartek, 27 lipca 2017

O sprawie CEU dotąd nie pisałem. W gorącym okresie kiedy demonstracje odbywały się co chwila po prostu nie dawałem rady, teraz kiedy sytuacja się uspokoiła (choć sprawa wcale nie jest skończona) wreszcie zabrałem się żeby napisać coś na ten temat. W kontekście niedawnych protestów w Polsce pouczające może być analizowanie podobieństw i różnic.

Jak wiadomo, uchwaloną w kwietniu ustawą rząd efektywnie próbuje zmusić ten uniwersytet do wyniesienia się z Węgier. Całość, od pomysłu do przegłosowania przez parlament, zajęła Fideszowi (wymienne ze słowami rząd czy też Orbán) około tygodnia, prezydent też ochoczo podpisał szybko ustawę. Na rządzie jak dotąd wrażenia nie zrobiły ani protesty miejscowe ani napływające z zagranicy i na to wygląda, że Węgry są na najlepszej drodze do pozbycia się swojego najlepszego według wielu rankingów uniwersytetu, to robi wrażeme.

Sam jestem absolwentem CEU, studia na tym uniwersytecie należą do jednego z najwspanialszych doświadczeń edukacyjnych w moim życiu, ogromnie skorzystałem na nich pod wieloma względami. Zamysł  wyrzucenia CEU z Węgier dotknął mnie poniekąd osobiście, staram się brać udział we wszystkich istniejących formach protestu. Poniżej zebrałem krótki przegląd tego co tu się pod tym względem dzieje.

Pierwszy protest został zorganizowany przez facebookową grupę 2 kwietnia. Wtedy ustawy nie podpisał jeszcze prezydent Áder. Na demonstrację wybraliśmy się licząc na obecność może kilkuset osób - iluż może obchodzić zamknięcie anglojęzycznego, elitarnego, małego, międzynarodowego uniwersytetu finansowanego w dodatku przez Sorosa, który ostatnio jest obiektem kampanii nienawiści? Kilkudziesięcznotysięczny tłum, który się pojawił zupełnie mnie zaskoczył. Hasłem demonstracji było "Wolny kraj, wolny uniwersytet" i czuło się, że chodzi tu o więcej niż samo CEU.

Logo a zarazem hashtag protestu stworzone przez CEU

IstanwithCEUJesuis242

Połączenie sprawy zamknięcia Népszabadságu, CEU oraz Charlie Hebdo

Następna demonstracja - łańcuch solidarności wokół budynków uniwersytetu, miała miejsce parę dni później. Mimo, że był to środek tygodnia znów pojawiła się masa ludzi.

W międzyczasie podpisywaliśmy się pod petycją na change.org, słaliśmy listy do Ministerstwa Zasobów Ludzkich, pod które podlega system edukacji oraz do posłów w parlamencie. Ministerstwo przysłało mi nawet standardową, ogólnikową odpowiedź, która, jak wykazał CEU, roiła się od nieścisłości i nieprawd.

Na kolejną demonstrację nie trzeba było długo czekać: odbyła się 9 kwietnia. Tym razem trasa prowadziła od ogrodów zamkowych na plac Kossutha i pojawiła się masa ludzi - według niektórych szacunków nawet 80 tysięcy. Widać już było jasno cechy charakterystyczne tej fali protestów: masowa obecność młodych ludzi, nawet licealistów (koledzy Chłopaka na demonstracje chodzili grupami), wielka ilość jednoosobowych transparentów robionych często chałupniczymi metodami, dużo humoru.

demo942017

Orbána trzeba zamknąć a nie CEU

demo9420171

Przerobiony motyw ówczesnej kampanii Zatrzymać Brukselę

Kolejna demonstracja (12 kwietnia) odbyła się w obronie organizacji społecznych: parlament rozpoczął prace nad ustawą zmuszającą je do publicznego deklarowania, że są "finansowane z zagranicy" (sam pomysł pochodzi "z zagranicy" - rosyjskiej - ale o tym Fidesz milczy) w przypadku gdyby dostały ponad kwotą równoważną 10 000 złotych z zagranicznych źródeł. Ta demonstracja pełna była haseł związanych z CEU. W jej trakcie uczestnicy uformowali wielkie serce z napisem Civil (po węgiersku słowo to oznacza NGOsy), które media fotografowały ze specjalnie ustawionego dźwigu. 

civil1

Nowa wersja "Krzyku" Muncha, takich kreatywnych transparentów było dużo więcej

civilserce1

Serce, źródło: Vaol.hu

Po demonstracji tłum ruszył pod pobliską siedzibę Fideszu, którą obrzucano papierowymi samolotami w odpowiedzi na wypowiedzi polityków rządowych iż uczestnicy protestów przysyłani są tutaj z zagranicy właśnie  samolotami.

Potem tłum przeniósł się na Oktogon, który zablokowano siadając na jego środku. Tak narodziła się tradycja blokowania tego ważnego skrzyżowania po kolejnych demonstracjach. Policja uprzejmie kierowała ruch w boczne ulice, z bluetoothowych głośniczków rozbrzmiewała goa, która z czasem stała się symbolem protestów ("rewolucja techno").

civil21

Blokada Oktogonu. Transparent głosi "Wąsate gówno": w tym momencie (wąsaty) prezydent Áder podpisał już ustawę o CEU mimo demonstracji domagających się jego sprzeciwu. 

Demonstracja grupy Nie będziemy milczeć (Nem maradunk csendben) została zorganizowana 15 kwietnia - w Wielką Sobotę. Nie przeszkodziło to tłumowi wypełnić plac Szabadság. Charakter manifestacji był zdecydowanie młodzieżowy: DJ puszczał muzykę, wystąpił aktywista-muzyk reggae, dużo, młodych, demonstrantów tańczyło.

Gwiazdami wieczoru byli dwaj aktywiści Márton Gulyás i Gergő Varga, których sąd dopiero co skazał na prace społeczne za próbę obrzucenia pałacu prezydenckiego pojemniczkami z (wodnymi) farbami w czasie spontanicznego protestu po podpisaniu przez prezydenta ustawy o CEU. Gulyás ogłosił powstanie ruchu na rzecz sprawiedliwego systemu wyborczego.

Sama demonstracja przebiegła spokojnie ale po niej pobito wracającego do domu Arka Karskiego, polskiego aktywistę mieszkającego w Budapeszcie za to, że w niej wziął udział.

 

Tłum tych co nie chcą milczeć

Kreatywność przechodząca w absurd: jeden z, hmm, pewnie obiektów raczej niż transparentów na demonstracji

Dwaj bohaterowie

Charakterystyczny dla nastroju demonstracji był taniec z flagami w wykonaniu dwojga punków

Potem nadszedł Pochód pokoju Partii Psa o Dwóch Ogonach (Magyar Kétfarkú Kutyapárt - było o nich tu i tu) czyli współczesnej węgierskiej Pomarańczowej Alternatywy. Pochód pokoju to nazwa prorządowej demonstracji zorganizowanej przez nadworne GONGO Fideszu CÖF. Partia Psa wyszydziła ideę jak trzeba przebijając w szyderczym wiernopoddaństwie największych wielbicieli Fideszu.

Demonstracja (22 kwietnia) była bardzo prorosyjska (nie chcemy euro - żądamy rubla!) i gorliwie popierała rząd we wszystkich jego aktualnych kampaniach. Tak na marginesie, opozycja zaczyna się definiować na linii Rosja-Europa, gdyby ta dychotomia stała się głównym tematem przyszłorocznych wyborów byłoby ciekawie. Marsz przeszedł przez śródmieście i zakończył się wysłaniem e-maila wypowiadającego wojnę "Brukseli" na placu Erzsébet.

Czoło pochodu, nawiązanie do pochodów prorządowych

Towarzysze, zaczyna się! - nawiązanie do kultowego plakatu sprzed ponad 25 lat

Propozycja nowego godła oraz, świetnie zrozumiałe dla Polaków, hasło "Rower to pojazd diabła"

No i na końcu mój ulubieniec: Nie kupuj u CEU

Nie dałem rady wziąć udziału ale muszę wspomnieć proeurpejską demonstrację zorganizowaną 1 maja przez, obecnie przynajmniej, młodzieżową partię Momentum. Ta partia swoją inicjatywą referendum w sprawie olimpiady w Budapeszcie doprowadziła do rezygnacji przez rząd z planów jej organizacji. Taki sukces to rzadka rzecz na Węgrzech, podobnie jak i masowa demonstracja organizowana przez partię opozycyjną. Momentum warto obserwować. 

W wartki rytm kolejnych demonstracji wpisał się protest przeciwko przemocy, której poddano dziennikarkę portalu 444 podczas lokalnego forum Fideszu. Demonstracja odbyła się 6 maja przed jednym z budańskich biur tej partii, którego przewodniczący zabrał jej telefon i próbował skasować tam zdjęcia podczas tego forum.

Jedno z przemówień, na plecaczku chłopaka zestaw opozycyjnych plakietek

Oklejanie drzwi biura materiałami krytycznie odnoszącymi się do rządzącej partii

Demonstracja 21 maja w obronie organizacji społecznych oraz CEU okazała się być ostatnią w serii (jak dotąd). Rozpoczęła się przed Politechniką.  Jednym z mówców była Katalin Lukács, była posłanka Fideszu (chadeczka), która krytykowała rząd właśnie z pozycji chrześcijańskich. Rzadkie jest zarówno opuszczanie obozu Fideszu jaki i ten rodzaj krytyki więc warto sobie tę polityczkę zapamiętać zwłaszcza, że zdaje się, że trwale zagościi ona w kręgach opozycyjnych. Przemarsz zakończył się na placu Kossutha.

opozycyjna deskorolka

zbiórka na koszt demonstracji

Goebbelsi: Rogán Antal (z prawej), jeden z przywódców Fideszu, oraz Árpád Habony, formalnie nie pełniący żadnych funkcji w partii ale faktycznie bardzo wpływowy doradca

Na razie na Węgrzech panuje spokój choć partia Együtt ogłosiła demonstrację w święto narodowe 20 sierpnia. Jeśli chodzi o CEU to rząd formalnie prowadzi negocjacje ze stanem Nowy Jork, gdzie uniwersytet jest zarejestrowany. Tempo tych negocjacji jasno wskazuje na to, że rząd nie szuka rozwiązania a po prostu przeciąga czas: jeśli problemu nie uda się rozwiązać do października-listopada, kiedy trzeba ogłaszać nabór, CEU wyniesie się najprawdopodobniej, zapewne do Wiednia. Protesty wtedy znów mogą się zacząć. Choć może pojawi się w międzyczasie dla nich jakiś inny pretekst.

wtorek, 25 lipca 2017

Moja siódma dzielnica żyje w sławie dzielnicy rozrywki (bulinegyed) jako że mieści się w niej masa romkocsm, barów, restauracji, itp. To magnes przyciągający do Budapesztu wielu turystów, część których jednak doprowadza stałych mieszkańców dzielnicy do wściekłości.

Są to grupki, głównie młodych facetów, przylatujące tu tanimi liniami w celu schlania się. Bywa, że jest to wieczór kawalerski lub panieński, bywa, że tak po prostu, bez okazji. Nocują w tanich hostelach lub mieszkaniach do wynajęcia (u nas w domu są dwa takie, w jednym stoją piętrowe, żelazne łóżka), noc spędzają na jakimś pub crawl oferowanym przez szereg specjalizujących się w tym firm. Na ulicach widać takie duże, kilkudziesięcioosobowe grupy prowadzone z pubu do pubu przez przewodniczki (zwykle to kobiety). Są miejsca, w których za określoną kwotę można pić przez godzinę ile się chce. Ofertę rozrywkową uzupełniają dilerzy i prostytutki.

W efekcie ulice nocą rozbrzmiewają nie tyle od szumu rozmów ile od ryku pijanych (mieliśmy kiedyś o północy okazję wysłuchać Marsyliankę w wykonaniu pijanej w trupa francuskiej ekipy słyszalną znakomicie przez zamknięte okna), walenie w kubły na śmiecie, itd. Mimo upału nie da się otworzyć okien. Pijani „turyści” skaczą po samochodach, łamią lusterka, zdarzyło, że jeden przewrócili. Sikają gdzie się da. Ale nie tylko: sąsiadka znalazła kiedyś na klatce schodowej spodnie z gaciami i kupą w środku, biedna, wyniosła je do kubła na kiju. Na ulicach rano jest masa śmieci i śladów rzygania. A trzeba dodać, że poza naszą dzielnicą na Węgrzech pijanych spotykam niezwykle rzadko – rzadziej jak w Polsce.

Reakcji policji czy służb porządkowych w zasadzie nie ma. Dzwonienie w nocy o pomoc nie za bardzo przynosi efekty. Część barów (te normalne, które nie żyją z tego rodzaju turystyki) wystawia tablice „No stag parties” („Nie obsługujemy wieczorów kawalerskich”). Niektóre bary, te głośne, oferują pobliskim mieszkańcom opłacenie okien z izolacją akustyczną tak to było rozwiązaniem a nie zaprowadzenie ciszy na ulicy w nocy. Samorząd stać było na zakazanie beerbike-ów, które zatykały wąskie uliczki, poza tym umywa ręce. Mieszkańcy dzielnicy żyją w coraz większej frustracji, część się wyprowadziła, inni o tym myślą.

Ostatnio jednak coś się ruszyło. W dzielnicy powstała facebookowa grupa Élhetőbb Erzsébetváros (Erzsébetváros lepszy do życia), która poza zwyczajowym utyskiwaniem w internecie zajęła się działalnością na rzecz ukrócenia powyższych zjawisk. Zorganizowali sprzątanie dzielnicy po jednym z upojnych weekendów a worki ze śmieciami złożyli przed wejściem do budynku samorządu. Zwołali forum dla mieszkańców, na które przyszło 150 osób, zabrakło tylko burmistrza lub jego przedstawicieli. A na 27 lipca w nocy ogłosili demonstrację protestującą przeciwko braku spokoju w nocy.

Bardzo ciekawa inicjatywa, kibicuję jej. Poznawszy zaangażowanych w nią ludzi wierzę, że nie chodzi im o serię zakazów: zmianę chcą osiągnąć we współpracy trójkąta samorząd-mieszkańcy-właściciele barów. A że wybory samorządowe już blisko (jesień 2018) jestem przekonany, że samorząd obudzi się i w jakiś sposób zareaguje.

To może być koniec dzielnicy rozrywki jaką znamy - choć zarazem na pewno początek, mam nadzieję, czegoś ciekawszego.

erzs1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


plakat z zaproszeniem na forum mieszkańców, niestety, nie zauważył go burmistrz

erzs22

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Dość tego - demonstracja już tuż

poniedziałek, 24 lipca 2017

Dzisiaj rano na facebooku przyszło zaproszenie na "Spacer przed polską ambasadą w Budapeszcie" o 20. W końcu i Budapeszt przyłącza się do protestów. Niezwykle skutecznie: może godzinę później pojawiła się wiadomość, że prezydent Duda zawetował dwie z trzech ustaw sądowych PiSu. Aż nie śmiem myśleć, że stało się pod wpływem informacji o tutejszym proteście.

Na demonstrację przyszło około 30 osób, w większości Polaków choć byli i Węgrzy a także cudzoziemcy: wiem o przynajmniej jednej Rosjance i Norweżce.

Pojawiły się, jak w Polsce, świeczki, białe róże a także kreda, którą porobiliśmy napisy na chodniku przed ambasadą (Wolne sądy, Solidarność, 3xNIE i ich węgierskie odpowiedniki). Organizatorzy (aktywiście partii Razem) wygłosili krótkie przemówienia po angielsku by były dla wszystkich zrozumiałe, poskandowaliśmy Solidarność naszą bronią oraz Jeszcze jedno (weto) i paru Węgrów shackowało plakat z Orbánem - efekt poniżej. 

Jak trzeba będzie to znów się zbierzemy.

demonstrantki

Świeczki, białe róże

wolnesady21

Świeczki

wolnesady11

Może nie tłum ale grupa uczestników

wolnesadyprzemowienie1

Przemówienie

wolnesadyorban
Shackowany Orbán z plakatu

czwartek, 23 marca 2017

Było lato, a Rudabánya dojmujące i dołujące, upadłe i upodlone. Wjeżdzając od strony Szendrő, spodziewałem się zaniedbanego, zapomniajego miasta, ale jednak nie krajobrazu postapokalipsy. Przy wjeździe stały poszarzałe z rozpaczy niskie bloki, wokół nich ciągnęło się pochyłe klepisko i wszystko było w odcieniach szarości, brązu i czerni, nawet suszące się na sznurach pranie, jak ubrania w reklamach proszków do prania, gdy z jednej stron ekranu pokazuje się zszarzałą koszulę, a z drugiej śnieżnobiałą. W Rudabánya żaden proszek nie dałby rady. Pod jednym z bloków obwieszonych praniem i pordzewiałymi antenami stała śmiertelnie wychudzona, szara koza, która napierała na ścianę, nieomał się w nią wciskając, bo w to rozpaczliwie upalne popołudnie tam padał akurat maleńki skrawek cienia. W czymś, co trzeba by było chyba nazwać centrum miasta, odnowione i pomalowane były muzeum historii górnictwa i szkoła podstawowa, reszta wyglądała jak zęby zawziętego palacza. Patrzyłem i myślałem, że żadna wieś, żadna tanya, żadna upadła spółdzielnia rolnicza, żadne najstraszliwsze pusztańskie zadupie nie jest tak upiorne jak upadłe miasteczko poprzemysłowe.

Młodzi chłopcy siedzieli w oknach mieszkań na paterze i majtali nogami przerzuconymi przez parapet. Niektóre z okien pozbawione były nawet szyb, a mieszkańcy wyglądali jak uchodźcy. Gdyby przybyli tu ci prawdziwi, pomyślałem, natychmiast wróciliby do swoich objętych wojnami krajów. Pojechaliśmy kawałek wzdłuż potoku Ormos, a potem zawróciłem i z ulgą opuściliśmy Rudabánya, miasteczko zapomniane przez resztę świata, jakby było kolonią skazańców. Nie dałoby się tu trafić przypadkiem, bez mapy, ale czy choćby z mapą udało się komuś stąd uciec?

To fragment najnowszej książki Krzysztofa Vargi o Węgrzech (po Gulaszu z turula i Czardaszem z mangalicą) zatytułowanej Langosz w jurcie. Zacytowałem go bo zrobił na mnie największe wrażenie. W swoich podróżach po Węgrzech Varga dociera niekiedy do miejsc gdzie nikt inny nie zagląda jak ta właśnie Rudabánya. Nie odwiedzają ich turyści, nie jeżdzą tam dziennikarze tak bardzo niczego tam nie ma i nic się nie dzieje. A Varga te miejsca w dodatku opisuje tworząc ich unikalne, literackie portrety, zapisuje tak ich istnienie, którym nikt inny się nie zainteresuje.

Od ukazania się poprzednich książek z tej serii wiadomo Węgry Vargi różnią się od powszechnego wyobrażenia czy też stereotypów dotyczących tego kraju. Są one zwyczajne, może rozczarowujące ale autentyczne – prawdziwsze niż te z opisów katalogów turystystycznych czy wizji polskich lub węgierskich nacjonalistów.

Lektura książki była dla mnie, i zapewne innych freaków węgierskości, fascynująca. Jednak pewnie nie wszystkich jest w stanie urzec tak samo ze względu na masę nawiązań kulturalnych i historycznych, słów i nazw węgierskich: dla czytelników nieprzyzwyczajonych do tego języka zlewają się pewnie one w jedno wielkie áűúőéöüőíáóüűéíéá. Mam kolegę, który padł w trakcie książki właśnie z powodu braku tej znajomości świata węgierskiego.

Po ukończeniu książki pozostałem z pytaniem: a co na to wszystko Ewa, której Langosz jest dedykowany i która "była tam ze mną" jak pisze autor. Bardzo chciałbym przeczytać kiedyś jakiś wywiad z nią na temat jej wrażeń z tych podróży, włączając w to oczywiście wszystkie przygody kulinarne autora, o których pisze w liczbie pojedyńczej – a może po prostu ją samą o to wypytać.

A wyrażenie "wieprzowo-piwna ciąża" w odniesieniu do brzuchów robotników budujących drogę, na których natknął się Varga zostanie ze mną i zawsze będzie kojarzyć się z tą książką.

niedziela, 19 marca 2017

Ten nagrodzony ostatnio Złotym Niedźwiedziem film Ildikó Enyedi opowiada o miłości ale nie dla tych, którzy źle znoszą widok krwi. W zasadzie mógłby mieć spokonie inny tytuł, na przykład Miłość w rzeźni czy może Miłość wśród krwi. Bo dzieje się on właśnie w rzeźni i niewiele szczegółów uboju oszczędzonych jest widzowi, nie mówiąc już o realistycznej scenie samobójstwa.

Ta krwawość, obok humoru, o którym zaraz, chroni liryczną opowieść o miłości pomiędzy dwoma bohaterami przed topielą w cukiernicy. Ich historia, kontrapunktowana paralelnymi wątkami miłosnymi pobocznych bohaterów, odgrywa się w napięciu między cielesnośnią a duchowością właśnie.

Bohaterka jest autystką (to co najmniej drugi węgierski film z autystami w rolach głównych w ciągu ostatnich paru lat), która zaczyna pracę w rzeźni. Mimo świetnej pamięci fatalnie radzi sobie z kontaktami z innymi ludzi, uczy się budowania relacji jak się uczy matematyki. Niezdolna do spontanicznej więzi psychicznej uczyć się musi nawet dotyku i cielesności (ogląda w tym celu pornosy) – a jednak potrafi się zakochać.

Jej partnerem jest starzejący się mężczyzna po przejściach. Ma bezwładną rękę, co nie pomaga w relacjach z kobietami. Mimo, że wcześniej uznał, że niczego już nie oczekuje w życiu uczuciowym nagle zaczyna się interesować nową, dziwną pracowniczką. (Ciekawostka: postać tę gra nie zawodowy aktor ale dramaturg, który pierwszy raz w życiu zagrał w filmie).

Zbliżają ich sny: przypadkiem okazuje się, że oboje w snach są jeleniami i razem chodzą po lesie (sekwencje ich snów są najpiękniejszą częścią tego filmu).

Kiedy w końcu, pomimo oczywistych w tej sytuacji perypetii, trafiają do łóżka ich seks jest wymęczony: mężczyzna dyszy ale raczej z wysiłku niż z podniecienia a kobieta zdaje się, z pewnym zaciekawieniem, przyglądać temu co dzieje raczej niż brać w tym udział. Ten rodzaj spełnienia nie jest prostym happy endem, widać, że nic się do końca nie rozwiązało.

W filmie ważny jest humor. Wynika on najczęściej ze zderzenia autystycznych zachowań bohaterki ze światem nie-autystów ale pojawia się czarny humor w scenie samobójstwa (szczegółów nie zdradzę). Zabawny jest też psycholog pracujący z bohaterką w przychodni dla dzieci i bardzo zażenowany sytuacją.

Miłość jest wszędzie, jeśli nie są dla niej przeszkodą autyzm, rzeźnia, wiek ani bezwładna ręka gdzie i kiedy nie byłaby możliwa?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107