moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Wrzesień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
piątek, 28 sierpnia 2015

Przy samym moście Małgorzaty, po budańskiej stronie stoi okazały pomnik z lwem i jednym słowem „Przemyśl”, z kreseczką nad "s", jak najbardziej. Żadnych napisów, wyjaśnień, jasne jest, że dla oglądających skojarzenie powinno być oczywiste. Obecnie nie jestem tego pewien ale kiedy stawiano ten pomnik zapewne tak było i uważano, słowo „Przemyśl” na zawsze już wryło się w pamięci Węgrów jako symbol mężności i bohaterstwa.

tak mniej więcej pomnik widać z mostu Małgorzaty

Chodzi o walki wokół twierdzy Przemyśl w okresie pierwszej wojny światowej. Ta niezwykle ważna fortyfikacja - zamykała drogę do monarchii Austro-Węgierskiej od wschodu, oblegana była wówczas trzy razy. Po raz pierwszy, pomiędzy 17 września a 10 października 1914 roku, przez wojska rosyjskie, siły monarchii twierdzę utrzymały. Po raz drugi, między 2 listopada 1914 roku a 23 marca 1915 roku, tym razem wojskom rosyjskim udało się po wyczerpującym oblężeniu twierdzę zdobyć. Po raz trzeci twierdzę oblegały połączone siły monarchii i Niemiec a bronili jej Rosjanie. Oblężenie trwało od 31 maja to 3 czerwca 1915 roku i zakończyło się sukcesem oblegających. Pomnik odnosi się do drugiego oblężenia, w trakcie którego broniącym go wojskom monarchii zajrzał w oczy głód. Próba wyrwania się z oblężenia zakończyła się śmiercią ponad pięciu tysięcy żołnierzy. Przed poddaniem twierdzy wysadzono część umocnień oraz broni. Do niewoli trafiło ponad sto tysięcy żołnierzy, wywieziono ich wgłąb Rosji.

tekst na pomniku:

Ku chwalebnej pamięci rodaków, którzy ponieśli bohaterską śmierć w przemyskiej twierdzy
wznieśli towarzysze broni ze wsparcie mieszkańców stolicy
1932
"Walczyli jak lwy" u bramy Węgier
Niech ich przykład trwa na wieki

Co ciekawe, zdecydowana większość Polaków, z którymi rozmawiałem o pomniku - mimo jego prominentnej lokalizacji (a ma nawet artykuł w wikipedii)- albo wogóle nie była świadoma jego istnienia albo też tego co on upamiętnia. Seria artykułów na temat obrony twierdzy przemyskiej jaka się ostatnio ukazała z okazji rocznicy może to zmieni ale i tak mimo swojego pozornie polskiego charakteru pomnik nigdy nie będzie tak rezonował wśród Polaków jak wśród Węgrów.

Dla mnie to fascynujący przykład jak historia terytorium i jakiegoś państwa czy narodu może się rozmijać. Przemyśl leży w Polsce ale jego obrona jest dla Polaków czymś dość abstrakcyjnym, turystycznym może nawet dzięki interesującym ruinom. Co innego dla Węgrów: mimo, że miasto nawet nie ma węgierskiej nazwy przez swą obronę wspisało się silnie w węgierską pamięć historyczną, czego wyrazem jest ten pomnik.

To część zupełnie odmiennej pamięci historycznej pierwszej wojny światowej, o której pisałem wcześniej (przede wszystkim tu ale też tu, tu i tu). 

symbol tym razem może nie zwycięstwa ale męstwa

środa, 26 sierpnia 2015

Chodzimy z kolegą po ogrodzie przy jego domu w Kékkút nad Balatonem. To drugi dom kolegi, na stałe mieszka w Budapeszcie. Chodzimy, oglądamy drzewa aż tu słyszymy: koło domu ktoś woła nas. Patrzymy a to znajomy z Budapesztu. Typowa scenka bo w tej okolicy tak zwani „wszyscy” mają drugie domy, „cały Budapeszt” przeprowadza się tu na lato.

Trochę o geografii: tak dokładniej to Kékkút nie leży nad Balatonem ale w kotlinie Káli znajdującej się parę kilometrów na północ od jeziora. Káli jest obłędnie piękna. Ma koło dziesięciu kilometrów w przekroju, okalają ją niskie góry, na horyzoncie jawi się parę powulkanicznych, bardziej stromych gór-ostańców. Malowniczy krajobraz, wijące się drogi, falujące trawy na łąkach, pocztówkowe wioski.

No i przyjezdni, czyli jak się ich tutaj nazywa, bebírók (prztlumaczyć to można jako ktoś wciskający się). W kotlinie Káli jest ich masa, tu swoje wylizane na tradycyjnie ludowe domy ma elita Budapesztu, a pewnie i całego kraju bo to w końcu to samo. W lecie, w długie weekendy co chwila natyka się na budapeszteńskich znajomych, cześć-cześć, można dalej prowadzić przerwane rozmowy. By tu mieć dom trzeba mieć samochód, byle kto tu więc nie trafi, plebs odpoczywa bezpośrednio nad Balatonem. Jest to troszkę tak jak z wyspami w Chorwacji: są na nich ci, których stać na motorówkę czy jacht.

Bebírók skolonizowali kotlinę Káli. Miejscowi zredukowani są do pracy w winnicach – no i obsługiwania bebírók, ktoś musi przecież strzyc te trawniki, remontować domy i utrzymywać infrastrukturę. Tak wogóle to miejscowi są mało widoczni. W każdej wsi liczą się natomiast celebryci, którzy tam kupili sobie dom: u nas jest aktor X, u nas polityk Y a u nas reżyser Z. Dla bebírók pootwierały się dobre restauracje prowadzone przez restauratorów znudzonych życiem w Budapeszcie. Dla nich otwiera się sklepy delikatesowe, oni robią zakupy na oszałamiająco drogim rynku w Káptalantóti, gdzie ceny przebijają często ceny w Budapeszcie.

Káli zawdzięcza bebírók jednak nie tylko małodyskretny powiew luksusu. Są oni również aktywni kulturalnie, najbardziej znanym przedsięwzięciem z nimi kojarzonym jest odbywający się od 1989 roku festiwal Művészetek Völgye (Dolina Sztuk) w Kapolcs. Bebírók dają publiczność na organizowanych w okolicy wydarzeniach muzycznych czy teatralnych.

Bebírók stworzyli sobie własny świat funkcjonujący równolegle do świata miejscowych. Jaskrawie stanęło mi to przed oczyma w lokalnym barze, zresztą raczej romkocsmie niż wioskowym lokalu, w Mindszentkála gdzie, przesiedlony rzecz jasna z Budapesztu, karczmarz podobno stosuje inną (niższą) taryfę dla tubylców niż dla bebírók. Kto jest kto jest zresztą oczywiste na pierwszy rzut oka, nie trzeba wszystkich znać osobiście. Tak utrzymuje się tu spokój społeczny.

romkocsma w Mindszentkála

niby na wsi ale miejska w charakterze

Fascynujące są te równoległe światy z wyraźnie podzielonymi rolami. Na Węgrzech chyba tylko tutaj funcjonuje ten fenomen.

środa, 12 sierpnia 2015

Ośmioipółmetrowa figura Jezusa z Tarcalu zwróciła na siebie uwagę wymiarami. Czegoś takiego (tak wielkiego) dotąd na Węgrzech nie było.

widok z przodu

widok z boku

Figurę sprezentował tej leżącej w tokajskim regionie wiosce lokalny przedsiębiorca branży kamieniarskiej Attila Petró. Nic o jego motywacji czy też pochodzeniu figury nie udało mi się znaleźć. Wieś prezent przyjęła i postawiła go na wzgórzu na zboczu góry Tokaj na miejscu gdzie poprzednio stała gigantyczna butelka reklamujące ten najbardziej znany produkt regionu (takich butelek jest zresztą w okolicy parę i nikt ich nie lubi). Figura dzięki swojemu położeniu jest dobrze widoczna z daleka.

widok z daleka

kiedyś stała tu butelka, też dobrze widoczna z daleka

Jezus (autorstwa rzeźbiarza z sąsiedniego Szerencsu Sándora Szabó) szybko stał się lokalną atrakcją. Wielu odwiedza Tarcal po prostu by go zobaczyć i na drodze prowadzącej do figury ciągle można spotkać auta i ludzi. Samorząd właśnie kończy budować sieć asfaltowanych dróżek wokół niej.

Chociaż Jezus z Tarcalu wykonany jest z solidnego kamienia, czym przewyższa swojego siatkobetonowego świebodzinskiego odpowiednika to jednak wymiarami się do niego nie umywa bo Jezus świebodziński jest trzy razy większy. Ustawiłem je obok siebie, na zdjęciu razem wyglądalyby tak.

Coraz więcej Polaków odwiedza region tokajski, zwłaszcza w lecie, warto wiedzieć o takiej nowej atrakcji turystycznej. Nie jestem pewien na ile ta zamiana butelki na Jezusa odzwierciedla wewnętrzną przemianę tarczalan ale zewnętrznie wieś się na pewno zmieniła.

niedziela, 19 lipca 2015

Rządowa kampania antyimigrancka na ulicach widoczna była dzięki billboardom z hasłami “Jeśli przybywasz na Węgry nie możesz odbierać Węgrom pracy”, “Jeśli przybywasz na Węgry musisz szanować naszą kulturę” oraz “Jeśli przybywasz na Węgry musisz szanować nasze prawa”. Warto zauważyć, że wogóle niezwracająca w kontekście polskim uwagi forma “ty” w języku węgierskim nie jest używana w reklamach (w tym i na billboardach), gdzie używa się formy “pan-pani”, na ty mówi się do dzieci – i do cudzoziemców - co w obu przypadkach jest protekcjonalne.

Na odpowiedź nie trzeba było czekać długo. Aktywiści zaczęli je zrywać i zamalowywać – a policja ich ścigać. W internecie pojawiła się masa prześmiewczych memów (plakaty wersji oryginalnej i zaatakowane oraz memy można oglądać tu).

Najambitniejszą inicjatywą jednak odznaczył się blog Vastag bőr oraz Partia Psa o Dwóch Ogonach (pisałem o niej już tu, tu i tu), które rzuciły wyzwanie: zbierzmy trzy miliony fonritów i powieśmy nasze antyplakaty.

Kampania udała się świetnie: zamiast trzech milionów zebrano ich ponad trzydzieści trzy. Z tych pieniędzy zaczęto rozmieszczać w całym kraju – i niektórych miastach za granicą – anty-antyimigranckie plakaty. Zebrałem je, poniżej podaję ich tłumaczenia.



Come to Hungary, we've got jobs in London!
Zapraszamy na Węgry, my mamy pracę w Londynie
Nawiązanie do innego niedawnego ruchu migracyjnego: Węgrów na zachód

Sorry about our Prime Minister!
Przepraszamy na naszego premiera

Welcome to Hungary (closed on Sundays)
Witamy na Węgrzech (nieczynne w niedziele)
Nawiązanie do niedawno wprowadzonego zakazu handlu w niedzielę

Én jönnni Magyarország, nem elvenni tied munka
Ja przyjechać na Węgry, nie zabierać praca twoja

A bevándorlók nem dolgoznak és elveszik elölünk a munkát!
Immigranci nie pracują i zabierają nam pracę



“Az egy nyelvű és egy szokású ország gyenge és esendő”
Szent István intelmei Imre herzeghez
“Kraj z jednym językiem i jednolitymi obyczajami jest słaby i łatwo może upaść”
Przestrogi świętego Istvána dla księcia Imrego

Ha Magyaroszág miniszterelnöke vagy, be kell tartanod a törvenyeinket!”
Jeśli jesteś premierem Węgier musisz przestrzegać szanować nasze prawa

“Mert éhes voltam, és ti ennem adtatok; mert szomjas voltam és ti innom adtatok; idegen voltam, és ti befogadtatok” Mt. 25.35
“Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie” Mt. 25.35
Złośliwe nawiązanie do oficjalnie głoszonego chrześcijańskiego charakteru Węgier

BTK 332. §
Aki nagy nyilvánosság előtt
a) a magyar nemzet ellen,
b) valamely nemzeti, etnikai, faji, vallási csoport ellen, vagy
c) a lakosság egyes csoportjai ellen – különösen fogyatékosságra, nemi identitásra, szexuális irányultságra tekintettel -
gyűlöletre uszít, bűntett miatt három évig terjedő szabadságvesztéssel büntetendő.

Kodeks Karny § 332
Osoby nawołujące publicznie do nienawiści wobec
a) narodu węgierskiego,
b) dowolnej grupy narodowościowej etnicznej, rasowej, wyznaniowej lub
c) dowolnej grupy społecznej – ze szczególnym uwzględnieniem niepełnosprawności, tożsamości płciowej, orientacji seksualnej
podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech.

Konzultáljunk!
Paks2?
Ügynökakták?

Prowadźmy konsultacje!
Paks 2?
Akta agentów?
Nawiązanie do niekonsultowanej decyzji rządu by rozbudować elektrownię atomową w Paksie przy pomocy Rosji oraz niechęć wszystkich dotychczasowych rządów by udostępnić dostęp do akt tutejszej bezpieki

Kampania plakatowa pokazuje siłę sprzeciwu przeciwko judzeniu antymigranckiemu, humor oraz nieraz intelektualną błyskotliwość. Niestety także i to, że jak poprzednio to rząd zwykle narzuca tematy, na które toczy się dyskurs publiczny. 

A co do samej opozycyjnej kampanii plakatowej to szykują się już nowe. Często od razu zrobione są jak memy albo plakaty przemalowane, można je oglądać tu [HU].

piątek, 17 lipca 2015

Zespół Kontroll nie jest pewnie znany szerokim rzeszom Polaków. Nie zna go też zbyt wielu Węgrów, bo z jednej strony ta alternatywna grupa aktywna była dawno, w latach 80-tych, z drugiej zaś, jako że należała do kategorii “tolerowane” (w kulturze były wówczas trzy takie kategorie: popierane, tolerowane, zakazywane, co się po węgiersku ładnie aliteruje támogatott, tűrt, tiltott) jej pierwsza płyta ukazała się dopiero w latach 90-tych. W ówczesnej kulturze zdecydowanie należała do nurtu opozycyjnego.

A jednak to ta właśnie grupa zrobiła coś co Polacy powinni dostrzeć i docenić. Na początku lat 80-tych, “kiedy jeszcze nie było wolno”, wykonywała dwie piosenki popierające Solidarność, jedną z nich w dodatku całkowicie po polsku!

A więc po kolei, pierwsza piosenka to Polak-Wenger (tak się po węgiersku zapisuje ten tytuł). Tekst ma następujący:

Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk!

Polak-Węgier dwa bratanki
I do szabli i do szklanki

Dobzse, dobzse, dobzse, dobzse, dobzse

Tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak

“Dobrze” zapisuję jako “dobzse” bo tak się to słowo pisze w węgierskim od czasów króla László Dobzse:)



Ciekawe, że utwór wykonywał też co najmniej jeszcze jeden zespół a mianowicie Pál Utcai Fiúk czyli Chłopcy z placu Broni.



Nie znam innej piosenki napisanej i wykonywanej przez zagraniczny zespół po polsku.

Druga piosenka to wykonywana a capella Szeretlek (Kocham cię).

  

Tekst, autorstwa Pétera Ivána Müllera) jest po węgiersku, podaję go poniżej z tłumaczeniem.

Nem ír az újság rólad már
Élszz-e még vagy meghaltál
Nem engednek, nem engednek hozzád
Nem engednek
A tavalyi év embere
Szeretlek-lek-Lech-Lech-Lech-Lech

Nie pisze gazeta o tobie
Czy żyjesz jeszcze czy umarłeś
Nie puszczają, nie puszczają do ciebie
Nie puszczają
Zeszłoroczny człowiek roku
Kocham cię Lechu, Lechu, Lechu

Dla mnie niezwykła historia – nie zapomnijmy, że mowa jest o początku lat 80-tych, który były tu dużo brutalniejsze niż w Polsce, takie piosenki wymagały nie byle jakiej odwagi.

Postanowiłem dowiedzieć się więcej na temat tych piosenek i spotkałem się z Ági Bárdos Deák, współzałożycielką i wokalistką Kontroll (na zdjęciu w pierwszym klipie stoi pośrodku). Opowiedziała mi o obu utworach i kontekście ich powstania.

Ági, jak wielu Węgrów wówczas, była zakochana w Polsce - i jak w przypadku wielu Węgrów wówczas ta forma uczucia spersonifikowała się w postaci polskiego ukochanego. Do Polski jeździli chętnie i dużo, podróżowali autostopem, nie mogli się nasycić polską atmosferą. Ági jako aktorkę teatru alternatywnego interesowała polski teatr eksperymentalny, jeździła do Wrocławia na spektakle Grotowskiego. Fascynowali się Szajną, jazzem. Przy okazji łapali język, przede wszystkim powtarzane przez wielu powiedzonko Polak-Węgier.

Zespół Kontroll założyli w 1980, pierwszy koncert miał w sylwestra tego roku w domu ef. Istvána Zámbó w Pomázie. Tam po raz pierwszy też zaśpiewali piosenkę Polak-Wenger, jeden spośród pięciu utworów wówczas wykonanych. Ági jest autorką tekstu, muzykę napisała razem z Csabą Hajnóczym. Hajnóczy wykonywał napisaną w 1982 roku piosenkę Szeretlek.

Występować mogli tylko w domach kultury, bywało, że gdy o koncercie dowiedział się ktoś z miejscowego komitetu to go zakazywano. Dlatego niekiedy występowali pod pseudonimem Ági és a fiúk czyli Ági i chłopaki, który mniej rzucał się w oczy. Zespół jakoś tolerowano ale na ich występy przychodziła milicja niejednokrotnie bijąc uczestników. Na takich koncertach wykonywali, ku wielkiemu aplauzowi publiczności, te dwie polskie piosenki.

Płyty wydać nie mogli, ale w domu kultury Ikarusz w Angyalföld, gdzie często występowali bo ich muzykę lubił tamtejszy kierownik, profesjonalnie nagrywano ich koncerty. Zespół dostawał te nagrania, które potem rozchodziły się w kopiach magnetofonowych, stąd też obecnie dobrej jakości klipy na youtubie.

Spytałem Ági, czy doczekali się jakiejś reakcji ze strony Polaków, wtedy czy też obecnie. Opowiedziała mi, że w 2008 roku zaproszono ją by wykonała Polak-Wenger w Instytucie Polskim, co było dla niej wzruszającym przeżyciem, poza tym w żaden sposób ich za ten gest solidarności i odwagi nie uhonorowano. Wiem, że Rok Wolności dobiegł już końca ale może można by to zrobić teraz. Zasługują na to. 

wtorek, 14 lipca 2015

Dwa filmy ostatnio widziałem, które zrobiły na mnie wrażenie, jakiego dawno nie doświadczyłem wobec filmów węgierskich (o innych ciekawych, choć nie aż tak, filmach pisałem tu).

Pierwszy to oskarowy Syn Szawła (Saul fia, reż. László Nemes). Opowiada historię więźnia obozu koncentracyjnego pracującego w krematoryjnym sonderkomandzie. W pewnym momencie postanawia pochować młodego chłopaka, który przeżył gazowanie i został potem uduszony przez Niemca. Utrzymuje, że to jego (tytułowy) syn. W międzyczasie szykuje się bunt więźniów: wiedzą, że wkrótce na nich przyjdzie pora i poza powstaniem nie widzą dla siebie żadnej szansy (najwyraźniej historia nawiązująca do wydarzeń w Sosiborze). Powstanie wybucha, więźniowie uciekają, nasz bohater jednak ginie, nie udaje mu się też dokonać pochówku chłopaka, którego zwłoki zabiera ze sobą podczas ucieczki. Nie ocala życia, nie ratuje też, symbolicznie, godności mordowanych dając choć jednemu z nich pogrzeb.

Ten film w przejmujący sposób pozwala przeżyć tragedię obozów koncentracyjnych, wczuć się w tam cierpiących więźniów. Głównie oddziaływuje sugestywnymi zdjęciami (Mátyás Erdély) i grą głównego aktora (Géza Röhrig). Po takich filmach z kina wychodzi się w milczeniu, trudno się o nich pisze.

Zupełnie inaczej zadziałał na mnie Biały bóg (Fehér isten, reż. Kornél Mundruczó). Jego akcja dzieje się w Budapeszcie dziś choć to inne miasto niż jak je znamy. Ważnym elementem tła jest kampania przeciwko kundlom: za ich posiadanie płaci się wysokie kary, na ulicach łowią je hycle, powszechnie są nienawidzone. Dziewczynka, która z powodu wyjazdu matki trafia na trzy miesiące do ojca, z którym jej matka się rozeszła, posiada właśnie takiego kundla-owczarka, jej wielkiego przyjaciela. Gwałtowny i nie potrafiący nawiązać kontaktu z nastoletnią córką ojciec, wyrzuca go na ulicę, Lili wpada w rozpacz. Losy wyrzucone psa i historia jego poszukiwań przez Lili stanowią treść filmu.

Mundruczó nie stroni od trudnych tematów – jako reżyser teatralny zajmował się handlem kobietami, eutanazją, chorobami psychicznymi – i nie boi się mówić o nich brutalnym jak one językiem (o jednym z jego spektakli pisałem tu). I tym razem widzimy przemoc, psychiczną i fizyczną, bezwzględność, a nade wszystko przerażające społeczeństwo, które temu patronuje.

Pies, o wagnerowskim imieniu Hagen, unika schwytania przez hyclów tylko po to by trafić w ręce trenującego do walk psy mężczyzny. Przechodzi przez piekło takich przygotować i w walce zagryza przeciwnika. W zamieszaniu ucieka, ale jego wolność jest krótka bo łapią go hycle.

W podejrzanym schronisku dla psów po selekcji, w wyniku której trafia do “gorszej” grupy zwierząt (można tylko zgadywać co je czeka) staje na czele buntu. Banda psów wybiega do miasta i zabiera się za systematyczne mordowanie swoich uprzednich ciemiężycieli. Przeciwko nim mobilizowana jest policja strzelająca ostrymi kulami.

W ostatniej scenie Lili i Hagen się spotykają. Pies się zmienił: warczy na swoją dawną panią, szczerzy zęby i szykuje się do ataku. Ta w ostatniej chwili wyciąga trąbkę (gra w orkiestrze młodzieżowej) i – jak kiedyś – grą uspokaja Hagena i zebraną za nim psią bandę.

Film przeraża jako alegoria. Oglądając go w trakcie rządowej kampanii nienawiści wobec imigrantów nie sposób nie odczytać go jako opowieści o zbiorowym Woyzecku: groźny bunt ze strony poniżanej, dręczonej dotąd bezkarnie, zdawałoby niezdolnej do takiego buntu, grupy społecznej. Te psy to nie ludzie, można powiedzieć – o ilu grupach w społeczeństwie panuje taka opinia? Akurat pisałem o żydach, dla nazistów podludziach, a są przecież są i Cyganie, są migranci, są i inne grupy, które, tak jak psy, nie przychodzą nam do głowy jako odczuwające - i zdolne do rebelii. Ten film to profecja, nie wiadomo tylko jak zostanie wypełniona.

Zwykle narzekam, że kino węgierskie cierpi od pięknoduchostwa i niezdolne jest by opowiedzieć coś o rzeczywistości. Biały bóg, choć przedstawia ją w zniekształconej postaci, mnóstwo nam o niej mówi.

Tagi: kultura
21:16, jezw
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 06 lipca 2015

Spacerując niedawno po obrzeżach Szolnoku zauważyłem gołębnik nad zagrodą. Popatrz, powiedziałem do Śliwki. A tak, ona na to, kiedyś wszyscy trzymali gołębie i wszyscy gołębie jedli. Był rosół, zawsze jedliśmy ją u dziadków, były też faszerowane gołębie.


znikający składnik kuchni węgierskiej


Zdziwiło mnie to bo gołębnik to widziałem chyba po raz pierwszy od kiedy mieszkam na Węgrzech. Wygląda na to, że w ciągu jednego pokolenia gołąb znikł zupełnie z kuchni węgierskiej. I to nie mam tu na myśli jakich pańskich frykasów ale normalne, może nie codzienne ale przynajmniej niedzielne, danie zupełnie zwykłych ludzi żyjących na wsi. Dlaczego tak się stało – pojęcia nie mam. To kolejny niestety przykład zubożenia kuchni węgierskiej w ostatnim stuleciu.

Na pociechę podaję dwa przepisy na danie z gołębia z książki kucharskiej Mariski Vízvári. Ta aktorka grająca do lat 50-tych napisała też to kultowe dzieło. Niestety nie ma tu proporcji składników ale w miarę można je odgadnąć.



Duszone gołębie

Młode, tłuste gołębie oczyścić, starannie umyć, posolić i rozkroić na połówki. Włożyć do rondla i zalać gorącym smalcem lub masłem. Na każde trzy gołębie wlać po 100 ml białego wina lub wody. Kiedy gołębie będą już niemal całkiem miękkie dodać grzyby pokrojone na plasterki i dalej gotować aż do niemal całkowitego wygotowania sosu. Wyjąć gołębie, dodać mąkę, dusić aż złapie kolor, dodać pokrojoną natkę pietruszki oraz rosół i ponownie włożyć gołębie. Gotować aż sos zgęstnieje. Podawać ze śmietaną.



Gołąb w śmietanie z cytryną

Oczyścić cztery młode gołębie. Posolić i pozawijać w cieńkie plasterki bekonu. W rondlu rozgrzać smalec, włożyć gołębie i zalać je ½ dl białego wina z cytryną. Gotować po przykryciem aż zmiękną. Przełożyć wówczas do naczynia do pieczenia, dodać 2 dl śmietany i włożyć do rozgrzanego piekarnika aż się zrumienią. Podawać z ryżem z grzybami.



Köszönet Andreának a receptek beszkenneléséért!

wtorek, 23 czerwca 2015

Skąd to pytanie? Pojawiło się ono po obejrzeniu przez nas filmu Bliskie spotkania trzeciego stopnia. Kto widział może pamięta jak jeden z naukowców pokazuje gestami metody Kodálya [EN] melodię kosmitów a potem wykonuje te same gesty podczas spotkania z kosmitami, które potem jeden z kosmitów powtarza. Oto stosowne fragmenty filmu

 

A dla dociekliwych muzycznie zapis tej prostej ale i urokliwej samej melodii.

Skąd kosmici znali metodę Kodálya? Czy dlatego, że i on był kosmitą?

To rzecz jasna dość trudne pytanie, nad którym jeszcze muszę pomyśleć. Warto się też spytać skąd akurat Kodály wziął się w tym filmie. Sugestię tu może dać osoba operatora, którym był Węgier z pochodzenia, zdobywca Oscara za zdjęcia do tego akurat filmu, Vilmos Zsigmond.

Zsigmond to ciekawa postać. Z Węgier uciekł wraz z przyjacielem László Kovácsem w 1956 roku. Zrobił potem karierę w Hollywood kręcąc zdjęcia do takich między innymi filmów jak Łowcy jeleni. A dowiedziałem się o nim z wystawy jego fotografii jaką do niedawna można było obejrzeć w Ludwig Muzeúm.

Na temat czy Kodály pojawił się w filmie dzięki Zsigmondowi mogę tylko spekulować. Kwestią czy wszyscy Węgrzy są kosmitami ewent. węgierskimi wpływami w kosmosie zajmę się może kiedyś w przyszłości.

czwartek, 18 czerwca 2015

Tak można przetłumaczyć hasło kampanii promującej życie zakonne (tak, tak, mamy rok zakonów jakby co): rendben vagyok to gra słów oznaczająca zarówno jestem w zakonie jak i jestem w porządku czyli właśnie nie jestem świrem, 

W ramach kampanii na ulicach pojawiły się plakaty z dwiema zakonnicami oraz dwoma zakonnikami z nader zwyczajnymi przedmiotami w rękach: aparatem fotograficznym, rowerem, rakietką do kometki czy kaskiem motocyklowym. Chodzą po ziemi, patrzą w niebo (A földön járnak, az égre néznek) to kolejne hasło kampanii. 

brat Didák z aparatem foto jest w porzo

Bohaterowie tej kampanii to, nawet wliczając te plakaty, jedne z nielicznych postaci w habitach, które zobaczyć tu można na ulicach. Księża w sutannach, zakonnicy, zakonnice to rzadkość, a jak ich widzę to jakoś zawsze przychodzi mi do głowy, że to pewnie Polacy. Dzięki temu właśnie ta kampania jest zauważalna. Ciekaw jestem na ile odniesie sukces czyli spopularyzuje życie zakonne.

sobota, 13 czerwca 2015

Rzadsze na Węgrzech, niż restauracje indyjskie: co to jest? Ano smażalnie świeżych ryb. Podkreślam, świeżych, bo smażalni mrożonych morszczuków (hekk) jest tu sporo. Nieco to zadziwiające bo przecież na Węgrzech wody jest dużo, ryb teoretycznie też ale jak chce się zjeść świeżą, tutejszą rybę to się wydaje, że się człowiek znajduje w jakimś afrykańskim pustynnym, odciętym od morza i rzek, państewku.

A ja odkryłem taką smażalnię świeżych ryb, mieści się w miejscowości Timár nad Cisą. Człowiek, który ją prowadzi jest też rybakiem, na dowód łódka z jego nazwiskiem stoi przycumowana do pomostu przy smażalni.

Timar

tu się zamawia

Timar

a tu - z widokiem na Cisę - je

Klimaty bardzo cisańskie. Topole, brunatna woda, gliniaste brzegi. Jadłospis nieskomplikowany: smażone karpie, leszcze, sumy i sandacze – no i frytki. Podawane jest to z ogórkami konserwowymi oraz chlebem. Jak się poprosi jest i ketchup. Je się rękoma, które potem można umyć w zlewie na ścianie budynku ubikacji.

Timar

jadłospis: keszeg - leszcz, ponty - karp, harcsa - sum, süllő - sandacz

Timar

pani niesie kolejne zamówienie

Timar

nieco sztuki

Miejsce jest popularne, czekaliśmy z dwadzieścia minut zanim usmażyło się nasze zamówienie. Jak się dowiedzieliśmy sandacze trzeba zamawiać z góry przez telefon, z pozostałymi rybami natomiast nie ma kłopotu.

Przyznam, że poza Timárem nie znam ani jednego miejsca na Węgrzech gdzie można by zjeść świeżą rybę od rybaka. Jak ktoś zna niech poda namiary w komentarzach. Dzięki!

Timar

łódki nad Cisą

Timar

można jeść i na wodzie

Timar

tak to wygląda z poziomu wody

Timar

niezły widok na górę Tokaj

Timar

bonus: pisklaki z gniazda, które ptaki zbudowały sobie pod dachem smażalni. widać, że, w przeciwieństwie do ryb, czują się tam bezpiecznie

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100