moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
poniedziałek, 10 stycznia 2005

U fryzjerki rozmowa na temat hali targowej w naszej dzielnicy. Rzucam jakas uwage na temat Chinczykow, ktorzy maja tam dwa stragany z odzieza i butami, ze moze zostana nowymi Zydami: zajmuja sie handlem i sa inni. Fryzjerka bardziej przejmuje sie kwestia Cyganow, za ktorymi nie przepada i ktorych sie chyba boi. A ja mysle sobie dalej o Chinczykach. Ze jest ich tu kilkadziesiat tysiecy i nawet w malej biedbej wiosce na piaszczystej nizinie Wegierskiej, gdzie brat Sliwki ma dzialke, widzialem chinski sklep z ubraniami. Ze otwarto juz szkole z chinskim jako jezykiem nauczania. Ze wydzial policji ds cudzoziemcow, kiedy jeszcze musialem tam chodzic caly obwieszony byl chinskimi makatkami i kalendarzami (widac, jak staraja sie o te zezwolenia na pobyt). Ze najwiekszy bazar w Budapeszcie to faktycznie chinski bazar. Ze w Szolnoku wykupili w centrum miasta dom towarowy. Ze nawet jak ide na rentgena pluc w mojej dzielnicy to instrukcja na scianie gdzie polozyc podbrodek i kiedy wciagac powietrze jest po wegiersku, angielsku - i po chinsku. Przeciez oni stad nie wyjada. Przeciez oni robia sie coraz bogatsi. Przeciez z czasem pojawia sie wsrod nich starzy ludzie, niezdolni do pracy, coraz wiecej dzieci. Jak to bedzie?

piątek, 07 stycznia 2005

Przedwczoraj przyszedl do na kolacje pozegnalna Frank. Przyjechal do Europy wyslac swoje rzeczy do Waszyngtonu, gdzie teraz szuka pracy. Na szczescie mial czas sie z nami zobaczyc.

Jako ze Frank dlugo mieszkal na Balkanach poprosilem chlopaka, zeby wlaczyl Bjelo dugme, kiedy przyjdzie. Frank docenil nasz gest, potem sluchalismy kaset z wyborem jugoslowianskiego rocka, utkwila mi w glowie chorwacka Azra.

Frank przyjechal tutaj na poczatku lat 90tych. Byl jednym z pierwszych Amerykanow, zdaje sie, ze to byla jakas wymiana z tutejszym uniwersytetem. Jak wielu, zostal. Nauczyl sie wegierskiego, zreszta pewnie dzieki licznym dziewczynom, skonczyl historie na Uniwersytecie Europy Srodkowej, nauczyl sie po serbsku (/chorwacku/bosniacku jak ktos woli), potem pracowal w Serbii i Bosni. Teraz wraca, szuka pracy w Departamencie Stanu albo jakiejs podobnej instytuacji. Zaprzyjaznilem sie z nim kiedy razem pracowalismy, potem przyjal kota kiedy Sliwka, wielka fanka kotow, szukala dla niego pana, do dzisiaj zreszta go ma i teraz planuje jak go wezmie ze soba do Stanow.

Teraz fala cudzoziemcow, ktorzy przyjechali tu na poczatku lat 90tych, juz odplywa. Skonczyla sie bonanza ofert dla kogokolwiek kto tylko przyzwoicie mowi po angielsku, znikaja miedzynarodowe instytuacje, tutaj calkowicie, w bylej Jugoslawii coraz bardziej. Wyjezdzaja wiec ci, ktorzy nie osiedli na stale, najczesciej poprzez znalezienie zony albo meza, ciekaw jestem jaki ta ich znajomosc regionu i jezykow, ktora ze soba zabieraja, bedzie miala efekt w przyszlosci. Swoja droga interesujace, ze do Europy Wschodniej przyjezdzali glownie Amerykanie, Europejczykow bylo juz znacznie mniej.

Hurra!! SkyEurope pieciokrotnie zwiekszylo liczbe przewiezionych pasazerow i kosi konkurencje na Slowacji az milo, czyli nie powinno zbankrutowac wkrotce, czyli swietnie, dalej latamy tanio do Polski. Po wegiersku mozna poczytac sobie o tym tutaj, po polsku tez gdzies widzialem cos na ten temat ale teraz nie moge znalezc. Na linii Budapeszt-Warszawa, a moze i gdzie indziej, jak rowniez w centrali w Bratyslawie, pracuje Wegrzy - glownie Wegierki - ze Slowacji mowiacy po wegiersku ze slicznym slowacko-ogolnoslowianskim akcentem. Zawsze milo kiedy slysze bo mam podobny akcent po wegiersku a oni to przeciez native speakerzy.

wtorek, 04 stycznia 2005

Och, prasa wegierska. Moim zdaniem generalnie rzecz biorac gorsza niz w Polsce. Dzienniki: dwa najwazniejsze (Nepszabadsag i Magyar Nemzet) to w zasadzie gazetki partyjne. Ten pierwszy niegdys tutejsza Trybuna Ludu i do dzis chyba najpopularniejsza gazeta, jest w dalszym ciagu prowegierskopartiosocjalistyczna, o przepraszam, lewicowa. Przy czym nie jest to tak, ze przed wyborami napisze "Glosujcie na Wegierska Partie Socjalistyczna poniewaz ..." [nastepuja argumenty] ale tak ogolnie daje to do odczucia. Magyar Nemzet jest rezultatem "wyrownywania liberalnego skrzywienia" prasy przez poprzedni rzad Orbana. Gazete przejeli, obsadzili kim trzeba, firmy panstwowe sypnely reklamami i juz mamy gazete w stylu "polgari" (ulubione slowo w orbanowskiej propagandzie, ma dwa znaczenia: obywatelski oraz z klasy sredniej). Jesli chce znalezc wiadomosci to juz jednak wole Nepszabi, jak to gazete nazywa lud, pracownicy MN bardziej chyba lubia czysta propagande.

Ciekawostka: raczej liberalny Magyar Hirlap zamknal pare miesiecy temu wydawca twierdzac, ze ma juz dosc finansowania pisma, ktore wylacznie przynosi straty. Dziennikarzom udaje sie jakos dalej wydawac gazete w nieco mniejszym formacie ale dawno nie mialem jej w rekach wiec trudno mi powiedziec co to jest obecnie.

Z tygodnikow uwage moja przykuwaja dwa. Pierwszy to HVG stylizujacy sie na lokalna odmiane The Economist-a. Piekny jezyk, bardzo lubie ponadto analizy polityczne i artykuly o detalach historii najnowszej. Gorzej jest z korespondecjami z zagranicy. Pare razy udalo mi sie trafic na teksty, ktore pamietalem czytalem wczesniej w Spieglu czy tez wlasnie Economiscie. Kiedys na jakims spotkaniu w rocznice matury Sliwki (bardzo skrupulatnie obchodzona rzecz na Wegrzech) spotkalem jej bylego kolege obecnie dziennikarza HVG. Spytalem go o te podejrzanie podobne - nigdy, bron cie Panie Boze, doslowne tlumaczenia - teksty i powiedzial mi, ze mam racje, korespondenci rypia z zagranicznych gazet az milo. W redakcji nawet nazywaja oddzial zagraniczny "oddzialem tlumaczen" z tego powodu. Co do HVG to dodalbym tylko, ze jest to tygodnik slawny ze swoich okladek. Od lat osiemdziesiatych maja chyba tego samego grafika, ktory robi nie zawsze ale czesto inteligentne i dowcipne ilustracje na okladki, ktore w formie plakatu co tydzien reklamuja pismo. Bylem nawet kiedys na wystawie okladek HVG i to nie byle gdzie bo w Mucsarnok, takiej tutejszej Zachecie. W linku, ktory wlasnie podalem mozna wyszukac okladke z numeru 1998/24 kiedy Orban uzgodnil koalicje z Torgyanem, populistycznym prawicowym politykiem. Inna, tez raczej popularna, to okladka numeru 1999/50 o zmianach w Fideszie prezentujaca liderow partii jako wloska "rodzine".

Drugi tygodnik to Magyar Narancs czyli Wegierska pomarancz. Poczatki pisma lacza sie z powstaniem Fideszu, i do dzisiaj zachowalo ono owczesny styl tej partii, czyli mlodziezowo-kulturalno-niepokorny. Sam tytul to aluzja do kultowego filmu z lat 60-tych Swiadek (A tanu) Petera Bacso. W wegierskim PGRze probuja wyhodowac pomarancze, na dzien przed otwarciem pospiesznie wymieniaja nedzny krzaczek pomaranczy pozbawiony owocow na cytryne z, a jakze, owocem. Kiedy sekretarz partii probuje i krzywiac pyta sie czemu ta pomarancz taka kwasna pada odpowiedz bo to jest wegierska pomarancz. Tygodnik poza upartym przelamywaniem roznych tabu (na przyklad w okolicach aferty Moniki Lewinsky zamiescil szereg artykulow na temat seksu oralnego w tym i analize smaku spermy) dal sie zauwazyc bogatym, kwiecistym silnie bazujacym na slangu jezykiem.

Z innych mediow to lubie zajrzec na index.hu, ktory tez oferuje przestrzen do pisania blogow oraz dwie stacje radiowe: Inforadio oraz Klub Radio. Oba maja duzo informacji, przy czym Inforadio ma moje ulubione godzinne wywiady (zawsze o 19-tej) z mozliwoscia zadania pytania egzaminowanemu politykowi. Godzina umozliwia znacznie glebsze wejscie w temat niz zwykle ma to miejsce a i polityce mowia sensowniej kiedy wiedza, ze nie musza rzucac tylko soundbites.

Tagi: media
17:37, jezw
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 stycznia 2005

Sylwestra spedzilismy na Akademii Muzycznej na koncercie Amadindy. Amadinda to grupa perkusyjna grajaca muzyke klasyczna (fascynuja sie Johnem Cagem tak na przyklad) ale przy tym potrafiaca zagrac bardzo rozrywkowo i to wlasnie zrobili w te noc Sylwestrowa. Sa ponadto wirtuozami z trudem dajacych sie policzyc instrumentow pojawiajacych sie na scenie a ze maja poczucie humoru zdolni sa do rzadkiego raczej humoru muzycznego, ktory, jak wszystkie inne przyklady humoru niewerbalnego, bardzo lubie.

 

Koncert zaczal sie o 11 w nocy. Sala pelna, towarzystwo raczej inteligenckie, widze nawet ambasadora polskiego (zniknie potem przed koncem koncertu). Pierwsza czesc – do polnocy – wypelniona muzyka klasyczna przepisana na intrumenty perkusyjne: madrygaly renesansowe, Ravel, fragmenty Dziadka do orzechow, wspolczesna kompozycja japonska, po czym Zoltan Racz, lider grupy, zaczyna grac na fortepianie hymn wegierski. Wszyscy wstaja, spiewaja. Rysio zdziwiony, tlumacze mu, ze to tutaj tradycja, zawsze spiewa sie hymn o polnocy w Sylwestra. Bylem kiedys na balandze, gdzie hymn ryczaly pijane dwudziestolatki, nic takiego. Po hymnie wszyscy przenosza sie do przedsionka, gdzie stoja stoly z szampanem i odbywa sie pol godziny picia. Widze nieco Japonczykow, Rysio ustawia sie, zebym mu zrobil zdjecia jak goruje na grupa raczej niewysokich Japonek.

 

Druga czesc jest juz luzniejsza. Zaczyna sie brawurowym wykonaniem polki Straussa, potem wystepuje kwartet uczniow czlonkow Amadindy z utworem wspolczesnym wspaniale wykonanym i swietnie przyjetym. Schody zaczynaja sie pozniej kiedy pojawia sie Gabor Presser niegdys z zespolu Locomotiv GT jesli ktos pamieta. Zaczynaja kompozycja pozbawiona slow i melodii pelna natomiast dzwiekow wydawanych przez instrumenty Amadindy oraz gardlo Pressera. Nie bardzo rozumiem o co chodzi, w miare potworne, wszyscy jednak uprzejmie klaszcza. Potem jest lepiej, zespol gra kawalki Lokomotivu przepisane na klasyczne instrumenty perkusyjne, wegierska czesc publicznosci bawi sie swietnie, Japonczykow nie widze. Koncert konczy sie o drugiej przy z klaszczaca jak oszalala, gwizdzaca oraz tupiaca publicznoscia, niezle jak na Akademie Muzyczna.

 

Odprowadzany Sliwke spac, do nastepnego, albo raczej juz tego, dnia pracuje a my z Rysiem ruszamy jeszcze w miasto. Ulice zaslane rurkami petard oraz fajerwerkow, w paru miejscach sceny na ulicach i tanczacy tlum wsrod rozbitych butelek i innych smieci. Punkty sprzedajace gyros otwarte, robia swietny interes. Wszyscy w miare zapruci mimo tego, ze grzane wino sprzedawane kolo scen jest dosc silnie rozcienczone. Rysio zdziwiony, ze tlum jest calkowicie nieagresywny. Tlumacze mu, ze na Wegrzech zawsze tak jakos jest, choc pojecia nie mam jak to robia.

 

piątek, 31 grudnia 2004

Rysiek przyjecha odwiedzic nas z Warszawy. Zabralismy go na wycieczke miedzy innymi do Zsambeku, gdzie znajduja sie ruiny premonstraterskiego kosciola zbudowanego w stylu romanskim. To juz samo w sobie jest rzadkie, bo Turcy a potem pewnie i Austryjacy tyle zburzyli w ciagu swych rzadow, ze zabytkow na Wegrzech, przynajmniej z porownaniu z Polska, jest duzo mniej. (Ciekawostka jest fakt, ze duzo piwnic winnych ma po kilkaset lat, kiedys bylem w piwnicy ponadsiedemsetletniej, do dzis zreszta uzywanej). Druga interesujaca rzecza jest to, ze kosciol zniszczylo trzesienie ziemi w 1763 roku. Ruiny robia niesamowite wrazenie i wciaz woze tam gosci. Zobaczcie zreszta sami.

Rysiek przywiozl pare filmow dolaczanych do czasopism. Wie, ze zbieram je bo z powodu Chlopaka trudno nam sie chodzi do kina. W Polsce sa one jakies trzy-cztery razy tansze niz na Wegrzech, nie mam pojecia czemu tak jest. Zeby tylko miec to kiedy ogladac!

 

Rysiek poszedl sobie do kapieli Szechenyego. Tlum wielki, mowil, musial czekac na wolna szafke. Pewnie ludzie, ktorzy przyjechali tu na Sylwestra. Sporo Polakow, Rosjan oraz Ukrancow, tym razem latwych do rozponania po pomaranczowych szalikach i wstazkach.

środa, 29 grudnia 2004

Ciezkawo nieco przed Sylwestrem. W miescie - az do drugiego stycznia - poza zamkiem oraz wyspa Malgorzaty mozna parkowac bezplatnie w zwiazku z tym hulaj dusza, wszystko zatkane. Pojechalem z Chlopakiem wykorzystac kupony do sklepow Match, ktore Sliwka dostaje w pracy i ktore przychodza jej do glowy dopiero w ostatnich dnia roku tuz przed utraceniem waznosci, a tu na Andrassy nawet mazyc nie mozna o zaparkowaniu i nawet West End, ku memu wielkiemu zaskoczeniu, bez miejsc na parkingu. Wracamy z pustymi rekoma.

Na dodatek wyczerpala mnie poczta. Przyszla paczka z Debreczynu i z Polski, po kazda trzeba isc na inna poczta, w dodatku zadna z tych poczt nie jest blisko naszego domu. Klopoty z parkowaniem, w dodatku wszystko w ulewnym deszczu. Ponadto mam poplacic rachunki przelewani, na zadnej z tych poczt nie jest to mozliwe. I zeby mnie juz calkiem dobic, jak zawsze nie daje rady zgadnac czy stanac w ogonku do okienka z numerem mojej dzielnicy czy tez do numeru sasiedniej, zreszta nigdy mi sie to nie udaje. Stojac w kolejce klne bezglosnie bo jestem na kolejku uwarunkowany negatywnie przez lata socjalizmu i wymyslam kary dla poczty, ktora nie moze tak zorganizowac swojego funkcjonowania, zebym ja jako pojedynczy czlowiek mogl korzystac z jej uslug w jednym miejscu w jednym czasie, najokrutniejsze wydaje mi sie demonopolizacja z jakims prywatnym menedzerem, ktory zacznie od wywalenia polowy personelu za nieuprzejmosc. Nie, poczta nie jest moim ulubionym miejscem przebywania.

Podobny stres w kolejce na lodowisko. Chlopak zaproponowal, zeby pojsc na lyzwy, swietnie. Ruszamy do lasku miejskiego, gdzie zima na sztucznym stawie jest sztuczne lodowisko. Bardzo ladne, kolo mostu, kasy i przebieralnia w pawilonie z przelomu XIX i XX wieku. W przeciwienstwie do dnia wczorajszego, kiedy bilety kupilismy w przeciagu trzech minut dzis pol godziny stania. I znow bolesne wspomnienia, tym razem nie z socjalizmu ale z Londynu z kolejarzami sprzedajacymi bilety z torby zeby rozladowac ogonek. Z chlopakiem jezdzimy za reke przez jakies pietnascie minut, potem mowi mi, ze juz dosyc, wracamy do domu.

Mile wspomnienie z rynku bio (nie jestem pewien czy tak mowi sie po polsku czy tez inaczej, po angielsku jest to organic food). Kupuje owoce dla Chlopaka jednoczesnie rozmawiajac ze sprzedawca oraz odpowiadajac na pytania Chlopaka. Nie ma drobnych, sprzedawca mowi po polsku dziekuje oraz, ze nie mam dalej szukac, wszystko jest ok. Wyglada to na jeszcze jeden przyklad praktycznego aspektu przyjazni polsko-wegierskiej. Kiedys, pamietam, lekarz, ktory robil mi EKG nie chcial przyjac zwyczajowej koperty cytujac Polak Wegier dwa bratanki. Zawsze mowie, ze jesli ktos chce emigrowac do kraju gdzie po prostu lubia Polakow powinien przyjezdzac tutaj. Jak tylko sie zorientuja skad pochodze zaraz sie ciesza.

wtorek, 28 grudnia 2004

Zaczynam! Ten blog to cos w rodzaju postanowienia noworocznego. Od ladnych paru lat mieszkam juz na Wegrzech i czuje potrzeba opowiadania innym tego co tu widze o co tym co widze sobie czasem mysle. Mam pare osob na mysli, dla ktorych to glownie robie i ktore o tym blogu zawiadomie ale ucieszylbym sie gdyby blog ten czytali tez inni ludzie, ktorych w taki czy inny sposob Wegrami sie interesuja. Mam tez nadzieje, ze pisanie po polsku pomoze mi zachowac pewna sprawnosc w tym jezyku, nawet jesli robic to bede bez polskich liter, ktorych poki co nie potrafie jeszcze bez problemu uzywac na tym moim komputerze. Nie bardzo w to kiedys wierzylem, ale nawet czlowiek w pelni wyksztalcony w Polsce moze zaczac (mam nadzieje, ze tylko tyle:) zapominac jezyk. Od kiedy Chlopak sie urodzil mam z kim mowic po polsku regularnie, z pisaniem pozostaja sztywnawe listy do rodziny oraz krotkie choc na szczescie zywe e-maile do kolegow.

Mala uwaga: pozostaje anonimowy a wszystkie imiona wspomniane na tym blogu nie sa rzeczywiste. Moi znajomi, koledzy, przyjaciele, rodzina maja prawo sami decydowac jak bardzo publicznymi osobami byc zechca.

1 ... 106