moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
niedziela, 23 stycznia 2005

W ten weekend odbyla sie inauguracja Juszczenki jako prezydenta Ukrainy, ten wpis niech bedzie wiec o tym kraju. Kolor tla na czesc ich rewolucji:)

Za tytulowe pytanie odpowiadaja Andrej i Liera, moi ukrainscy znajomi. Zaden z nich nie jest Ukraincem z pochodzenia, oboje sa wielkimi patriotami jesli nie nacjonalistami ukrainskimi. Moze jednak nieco bardziej szczegolowo o kazdym z nich.

Andrej, albo tez Andrij, jak to sie oficjalnie teraz nazywa, przeciwko czemu zreszta nie protestuje, na Ukrainie znalazl dzieki wypadkowi losowemu. Jego ojciec probowal uciec do Finlandii, za kare zeslana go na glubinke, ktora, jak sie potem to mialo okazac, lezala na Ukrainie. Andrej ozenil sie z Ukrainka, nauczyl sie po ukrainsku, wyklada (po ukrainsku) na uniwersytecie bedacym bastionem ukrainskosci, wydal tez ksiazke w tym jezyku. A malo nie zapomnialem: aktywnie uczestniczy w seminariach dla tlumaczy na ukrainski, w ramach ktorych wypracowana jest specjalistyczna terminologia w tym jezyku, jego dziedzina jest filozofia Kanta.

Rodzice Liery pochodza z roznych czesci bylego Zwiazku Radzieckiego, z tego co pamietam obok krwi rosyjskiej ma w sobie mala domieszke krwi zydowskiej. Dla Liery, ktora jest mlodsza od Andrieja, Ukraina to jej kraj. Tez nauczyla sie po ukrainsku i twardo mowi w tym jezyku, wyjatkiem jest jej mama, z ktora mowi po rosyjsku. Dodac moze trzeba, ze na Ukrainie mnostwo ludzi nie mowi po ukrainsku albo sie wstydzi to robic, podobno nawet Janukowicz w debacie wyborczej mowil po rosyjsku bo inaczej nie potrafi. Bylem kiedys swiadkiem kiedy Liera zamawiala cos w restauracji, rzecz jasna po ukrainsku, uslyszala na to, ze nie musi sie wysilac, spokojnie moze mowic po rosyjsku.

Nie bardzo moge ich zrozumiec. Przeciez kultura rosyjska jest bogatsza niz kultura ukrainska. Rosja to potezniejsze panstwo niz Ukraina zarowno dzis jak i w historii. Mogliby po prostu byc Rosjanami popierajacymi demokracje na Ukrainie, ale nie, oni musza popierac ukrainskosc sama. Dlaczego? Jedynym wyjasnieniem jakie jestem w stanie wymyslec to to, ze ich swiadomy wybor ukrainskosci to po prostu wybor tego co poniekad przez przypadek akurat jest najblizej ich i co nie jest stara ideologia sowiecka, ktora odrzucaja. Moze od tresci wazniejszy jest sam akt wyboru w odroznieniu od pasywnego przyjecia tego w czym sie urodzili. Rzecz jasna nie wszyscy Ukraincy sa tacy jak moi Andriej i Liera, ale i tacy ludzie tam sa, i oni sie tez bardzo przyczynili do wlasnie zachodzacych tam przemian.

Na koniec anegdota, zeby byl tez cos wegierskiego. W swoim czasie, kiedy nie bylo nas tutaj, Andriej mieszkal w naszym mieszkaniu. Wracal kiedys do domu, a nasza dzielnica choc w miare spokojna bynajmniej nie jest najlepsza, kiedy zatrzymalo go paru brysiow i zazadalo pieniedzy. Andriej, ktory jest raczej chuderlakiem jak przystoi doktorowi filozofii, odpowiedzial spokojnie po rosyjsku, ze pieniedzy im nie da. Brysie popatrzyly i zostawily go w spokoju. Wydaje mi sie, ze padli ofiara przesadow tu panujacych, ze wszyscy Rosjanie to mafia, pewno uznali, ze skoro mowi po rosyjsku to lepiej z nim nie zadzierac.

czwartek, 20 stycznia 2005

Znow rocznica “katastrofy donskiej”. Pisze te nazwe w cudzyslowie, bo nie zgadzam sie z ukryta w tym wyrazeniu interpretacji wydarzenia. Moze jednak pare szczegolowo o czym mowa. Chodzi mi o rozbicie II armii wegierskiej w czasie drugiej wojny przez polaczone sily nacierajacej Armii Czerwonej oraz zimy nad Donem w styczniu 1943 Zginelo okolo stu tysiecy ludzi, odnoszac to do liczny ludnosci, byloby to porownywalne z bitwa, w wyniku ktorej ginie jakies trzysta-czterysta tysiecy polskich zolnierzy. Zdarzenie wiec potworne, czemu wiec nie katastrofa? Bo uzycie slowa “katastrofa” sugeruje jakies przyczyny, nad ktorymi czlowiek nie ma kontroli, los, cios natury. Tymczasem ta kleska byla wynikiem decyzji politycznych i wojskowych konkretnych ludzi, na przyklad, armia byla nieprzygotowana sprzetowo do zimy, ktorych odpowiedzialnosc okreslanie jej mianem “katastrofy” rozmywa. W swiadomosci Wegrow do dzis zreszta nie bardzo utrwalilo sie nazwisko ani jednego z owczesnych politykow czy generalow jako odpowiedzialnego za te kleske. I tak zostaje narzekanie na los, na ruskich, na ciagly wiatr w oczy.

Ukazala sie ksiazka o Henryku Slawiku, ktory dzialajac wsrod uchodzcow polskich na Wegrzech podczas drugiej wojny przyczynil sie do ocalenia okolo pieciu tysiecy Zydow. Fakt jego dzialanosci byl w zasadzie nieznany i pozycja ta ma szanse wreszcie zwrocic uwage na te bohaterska postac. Dodac moze warto, ze ukazala sie ona przy wsparciu nie jakiejs panstwowej instytucji ale kilku prywatnych osob w dodatku pod patronatem Rzepy oraz telewizji Polonia wiec wydawaloby sie, ze to tym bardziej godna pochwaly rzecz. Tak ale gdyby tylko nie byla tak strasznie napisana...

Autorem jej jest Grzegorz Lubczyk, dziennikarz i dlugoletni korespondent na Wegrzech a takze przez jakis czas ambasador tutaj. Zastanawia mnie, co mnie tak irytuje w jego pisaniu, udalo mi sie wyluskac dwie rzeczy.

  • Tekst jest zaangazowany a moze nawet natchniony. Graficznie wyraza sie wielka iloscia wykrzyknikow, bywa, ze i trzy na koncu jednego zdania. Ponadto sporo jest podnioslych przymiotnikow. Tekst robi wrazenie inspirowanego kiepska literatura hagiograficzna. Zero dystansu do tematu, zero podejscia krytycznego.
  • Tekst jest niechlujny. Wiekszosc miejsca zajmuja spisane jak leci wywiady z roznymi osobami oraz dokumenty czesto bardzo luzne zwiazane z tematem. Sam tekst w duzej czesci mowi o dzialalnosci Slawika wsrod uchodzcow polskich, co czesto nie ma niczego wspolnego w tytulowym ratowaniem Zydow. Brakuje planu, fakty dotyczace jego zycia sa rozrzucone chaotycznie po calej ksiazce. Zamieszczone zdjecia nie wydaja sie byc dobrane tak aby ilustrowac oraz dopelniac tekst, na przyklad mamy zdjecie tesciowej Slawika ani razu nie wspomnianej w tekscie.

Szkoda mi, ze ta ksiazka jest jaka jest. Slawik byl czlowiekiem duzego formatu i racje ma Lubczyk piszac, ze jego dzialanosc na Wegrzech byla szczytowym okresem jego zycia. Szkoda, ze tak ulomnie ja opisano.

wtorek, 18 stycznia 2005

Z Ryskiem czesto rozmawiam o ksiazkach. Sporo czyta wiec sluzy mi jako nieformalne zrodlo informacji o tym co jest interesujace. Staram sie rewanzowac i co jakis czas polecic mu cos co mi sie spodoba. Kiedy tu byl dalem Zasypie wszystko, zawieje ...

Odojewskiego, ktore niedawno przeczytalem. Urzekl mnie w tej powiesci ten nieco dziewietnastowieczny rozmach, opisy miejsc, ktorych nie znam, wszystkie nieznane mi dotad (a zreszta i teraz czesto niezrozumiale) slowa, swiat, o ktorym tylko slyszalem, a o ktorym nic nie wiem. Nie przeszkadzala mi oczywista “nienowoczesnosc” ksiazki. Rysio inaczej. Jak mi napisal


“przyznam Ci sie, ze zarzucilem tego odojewskiego - tak naprawde, to nie mialem przekonanai, ale jesli polecales... zaczalem czytac w pociagu z budapesztu, nie wciagnelo mnie, wiec wracalem co jakis czas, ale bez drzenia w kolanach. moze gdtbym czytal to w latach 60, gdy powstalo, tooczywiscie innaczej bym to odebral. a tak, to bardzo archaiczny sposob pisania, stylizowanie sie na styl, a czytelnik ma wrazenie strasznej rozlazlosci tekstu - za duzo slow, krotko mowiac! po co tyle ozdobnikow, po 3 razy opisywanuy ten sam krajobraz, zbyt szczegolowe opisy najdrobniejszych rzeczy. Nie buduje to ani nastroju, ani nie posuwa akcji, a jedynie nuzy. Poza tym - znowu grzech epoki - te patetyczne zwroty, i zlepki okreslen tracacyhc o banal. Tak wiec, gdy doszedlem do opisu klamki u drzwi, ktorej poswiecil pol strony, jak to ona odchylala sie w te i we wte, jak gdyby zastanawiajac sie (ona, ta klamka, czyli jakas absurdalna personifikacja) wybacz, ale zrezygnowalem. Byc moze stracilem dalsze ciekawe opisy, ale styl jest dla mnie zbyt nurzacy, i napisany zupelnie bez smaku. “


Widze, jak dryfuje moj gust czytelniczy. Od kiedy zamieszkalem na Wegrzech coraz bardziej podobaja mi sie rzeczy ladnie napisane po polsku, z bogatym slownictwem i wyrazeniami, dajmy na to Widnokrag. Brakuje mi jezyka na co dzien wiec bardziej moge sie nim nacieszyc czytajac. Zauwazylem, ze czytam glwonie literature polska, mniej pociagaja mnie tlumaczenia, w ktorych zazwyczaj wyczuwa sie pewna wtornosc a w niektorych miejscach i topornosc. Wyjatkiem jest tu moze Baranczak (ostatnio czytamy z Chlopakiem dr. Seussa).


Co do jezyka to brakuje mi tez slangu z jego kreatywnoscia i humorem, tego niestety w zaden sposob nie da sie zastapic nie mieszkajac w Polsce.

niedziela, 16 stycznia 2005
W Rzeczpospolitej wywiad z Janosem Hayem na temat jego sztuki Géza-dzieciak, ktora wlasnie przedstawilo studium teatralne TV2. Wywiad sciagnalem i mozna go rowniez przeczytac sobie http://jezwegierski.blox.pl/resource/kultura_a_1.html.

Zajrzala wczoraj Franka i przy kolacji rozmowa jakos zeszla na plaze, a raczej kulture plazowa. W Europie Wschodniej jakos przyjelo sie, ze czlowiek na plazy zachowuje sie jak prymitywnie i takie tez ma potrzeby. Jedzenie w bufetach to ociekajaca olejem smazona ryba, langos, smazona kielbasa albo kaszanka, ogorki kwaszone oraz nalesniki, ktore popija sie slodzonymi napojami gazowanymi albo kawa z termosu. Muzyka to albo techno albo disco, i to w dodatku z rodzaju tych mniej skomplikowanych. Do kupienia chinskie artykuly plazowe i stroje kapielowe, z gazet sporo krzyzowek i popularnych tygodnikow, ksiazki – romantyczne serie oraz kryminaly. Ponadto krzyzy, z moze raczej wrzeszczy, sie chlapie na potege, mlaska i cmoka i glupio chichocze. Nad Balatonem nie spotkalem jeszcze bufetu, ktory sprzedawalby ryby z tego jeziora (jesli nie wiedzieliscie to kroluje tam hekk, czyli mrozona ryba morska). W jakims hotelu nad samym jeziorem podano mi kiedys raczej potworne wino, mimo ze Balaton to jeden z tradycyjnych regionow produkujacych wino, a w dodatku po drugiej stronie byla winnica sprzedajaca zupelnie nadajace sie do picia wino. Wszystko ustawione pod najnizsze gusty.


Czy jednak musi tak byc? Bedac w Genewie w zeszlym roku poszlismy na plaze, gdzie wieczorem ze zdziwieniem zauwazylem przygotowania do koncertu klasycznego na pomoscie (byly akurat dni Genewy). Pomysl niezly: jest lato, jest goraco, czemu nie posluchac sobie dobrej muzyki pod golym niebiem w kapielowkach. Z jedzenia byl marokanski couscous i jeszcze jakies inne ciekawe rzeczy. Czyli, mozna inaczej.


Rozmarzylismy sie. Pomyslelismy co byloby, gdyby ktos nad Balatonem w ramach walki o klientow zrobil nieco inna plaze. Z zaprojektowanymi pomostami i lawkami. Z ksiegarnia albo biblioteka z dobrym wyborem ksiazek. Z ciekawa muzyka – moze nawet klasyczna. Ze zroznicowanym jedzeniem. Z koncertem albo przedstawieniem wieczorami. Albo degustacja lokalnego wina. Albo kolacja pod golym niebem. W taki sposob moznaby odroznic te plaze od innych i jako taka moze nawet reklamowac? Festiwal kulturalny na plazy? W bikini lub topless ciesz sie kultura?

wtorek, 11 stycznia 2005
Cos ponad rok temu wybuchl tu skandal zwiazany z korupcja w sluzbie zdrowia. Bardzo streszczajac, ktos na stronie internetowej opublikowal informacje na temat ktory lekarz ile bierze. Napisalem na ten temat artykul, ktorym zadna gazeta nie byla zainteresowana. Pomyslalem, ze opublikuje go tutaj. Oto on.
poniedziałek, 10 stycznia 2005

Znow Amadinda, znow Akademia Muzyczna. Tym razem idziemy z chlopakiem, bo zaczyna sie seria koncertow dla dzieci tego zespolu. Calosc opracowana, teraz pokaz instrumentow muzycznych, potem ma byc wprowadzenie w rytm, potem co jeszcze a na koncu "podroz dokola swiata".

Akademia znow pelna, dzieci glownie kolo dziesieciu lat choc widze tez niemowle (przespi kolo nas spokojnie najglosniejsze walenie w bebny). Chlopak liczy utwory, troche kreci sie, a po koncercie powie, ze najbardziej podobaly mu sie ... kompakty w westybulu.

Bardzo podoba mi ile tutaj tych koncertow dla dzieci. Bylismy juz kiedys na "koncercie z kakao" danym przez orkiestre festiwalowa, chyba najlepsza orkiestre tutaj, i poprowadzonym osobiscie przez Ivana Fischera, ktory ma na Wegrzech status sredniego poziomu boga. (Tytulowe kakao dostalismy wszyscy po koncercie). Dzieci maja gdzie sie osluchac z muzyka a moze nawet i gdzie ja polubic. Z mojej mlodosci nie bardzo przypominam sobie podobne inicjatywy.

U fryzjerki rozmowa na temat hali targowej w naszej dzielnicy. Rzucam jakas uwage na temat Chinczykow, ktorzy maja tam dwa stragany z odzieza i butami, ze moze zostana nowymi Zydami: zajmuja sie handlem i sa inni. Fryzjerka bardziej przejmuje sie kwestia Cyganow, za ktorymi nie przepada i ktorych sie chyba boi. A ja mysle sobie dalej o Chinczykach. Ze jest ich tu kilkadziesiat tysiecy i nawet w malej biedbej wiosce na piaszczystej nizinie Wegierskiej, gdzie brat Sliwki ma dzialke, widzialem chinski sklep z ubraniami. Ze otwarto juz szkole z chinskim jako jezykiem nauczania. Ze wydzial policji ds cudzoziemcow, kiedy jeszcze musialem tam chodzic caly obwieszony byl chinskimi makatkami i kalendarzami (widac, jak staraja sie o te zezwolenia na pobyt). Ze najwiekszy bazar w Budapeszcie to faktycznie chinski bazar. Ze w Szolnoku wykupili w centrum miasta dom towarowy. Ze nawet jak ide na rentgena pluc w mojej dzielnicy to instrukcja na scianie gdzie polozyc podbrodek i kiedy wciagac powietrze jest po wegiersku, angielsku - i po chinsku. Przeciez oni stad nie wyjada. Przeciez oni robia sie coraz bogatsi. Przeciez z czasem pojawia sie wsrod nich starzy ludzie, niezdolni do pracy, coraz wiecej dzieci. Jak to bedzie?

piątek, 07 stycznia 2005

Przedwczoraj przyszedl do na kolacje pozegnalna Frank. Przyjechal do Europy wyslac swoje rzeczy do Waszyngtonu, gdzie teraz szuka pracy. Na szczescie mial czas sie z nami zobaczyc.

Jako ze Frank dlugo mieszkal na Balkanach poprosilem chlopaka, zeby wlaczyl Bjelo dugme, kiedy przyjdzie. Frank docenil nasz gest, potem sluchalismy kaset z wyborem jugoslowianskiego rocka, utkwila mi w glowie chorwacka Azra.

Frank przyjechal tutaj na poczatku lat 90tych. Byl jednym z pierwszych Amerykanow, zdaje sie, ze to byla jakas wymiana z tutejszym uniwersytetem. Jak wielu, zostal. Nauczyl sie wegierskiego, zreszta pewnie dzieki licznym dziewczynom, skonczyl historie na Uniwersytecie Europy Srodkowej, nauczyl sie po serbsku (/chorwacku/bosniacku jak ktos woli), potem pracowal w Serbii i Bosni. Teraz wraca, szuka pracy w Departamencie Stanu albo jakiejs podobnej instytuacji. Zaprzyjaznilem sie z nim kiedy razem pracowalismy, potem przyjal kota kiedy Sliwka, wielka fanka kotow, szukala dla niego pana, do dzisiaj zreszta go ma i teraz planuje jak go wezmie ze soba do Stanow.

Teraz fala cudzoziemcow, ktorzy przyjechali tu na poczatku lat 90tych, juz odplywa. Skonczyla sie bonanza ofert dla kogokolwiek kto tylko przyzwoicie mowi po angielsku, znikaja miedzynarodowe instytuacje, tutaj calkowicie, w bylej Jugoslawii coraz bardziej. Wyjezdzaja wiec ci, ktorzy nie osiedli na stale, najczesciej poprzez znalezienie zony albo meza, ciekaw jestem jaki ta ich znajomosc regionu i jezykow, ktora ze soba zabieraja, bedzie miala efekt w przyszlosci. Swoja droga interesujace, ze do Europy Wschodniej przyjezdzali glownie Amerykanie, Europejczykow bylo juz znacznie mniej.