moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
sobota, 05 listopada 2016

Tego dnia pojechaliśmy na południe. Najpierw godzina autostradą do Nowego Sadu, gdzie obejrzeliśmy twierdzę nad Dunajem. Szereg razy służyła, z mniejszym lub większym sukcesem, do obrony przed Turkami. Po pierwszej wojnie światowej kiedy burzono takie przeżytki militarne, ją akurat oszczędzono, podobno ze względu na szczególne piękno. W lecie na jej terenie odbywa się festiwal Exit, konkurent węgierskiego Szigetu, tak jak Sziget europejski i liberalny w charakterze.

 

twierdza petrowaradińska - tak nazywa się oficjalnie, śliczna, sam bym nie burzył, źródło: wikipedia

Z Nowego Sadu ruszyliśmy odkrywać Srem (po węgiersku to Szerémég) tam się zaczynający. Ten starożytny region winny (winorośl uprawiali tu już Rzymianie) ma specjalne związki z regionem tokajskim: to podobno właśnie stamtąd, uciekając przed Turkami, przynieśli do Tokaju kulturę winną sremscy winiarze. Mikroklimat w obu regionach jest podobny dzięki obfitości rzek, tu Dunaj, Cisa, Drawa i Sawa, tam Cisa i Bodrog. I tu i tu istnieje szlachetna pleśń botritis, dzięki której powstają jagody aszu. Oba regiony łączy też Cisa, kiedyś wina sremskie spławiano do Tokakju właśnie tą rzeką – by potem wywieźć je dalej, także do Polski. Ciekawy artykuł na temat można sobie przeczytać tu [HU].

Skierowaliśmy się do będących stolicą Sremu Karłowców (Sremski Karlovci po serbsku, Karlóca po węgiersku). W tym miasteczku kiedyś było 500 winiarzy, dziś jest tylko 50. I w ogóle nie bardzo się odczuwa, że to ośrodek winiarstwa. Mimo, że byliśmy niedawno po winobraniu to śladów tego nie było widać, jeśli nawet przejechał jakiś traktor to raczej wiózł stertę skrzynek z jabłkami a nie winogrona. Brakowało też charakterystycznego zapachu moszczu.

Uwagę zwracały raczej liczne budynki kościelne stojące przy rynku: pałac patriarchy, katedra, seminarium, gimnazjum. Do pierwszej wojny światowej Karłowce były centrum prawosławia na terenie monarchii i do dziś zachowały tu ważną rolę: seminarium jest drugie po względem wielkości na świecie (po kijowskim).

seminarium

drogowskazy w dużej mierze do różnych instytucji prawosławnych

By znaleźć winiarzy musieliśmy się udać poza centrum. Opierając się na radzie udzielonej nam w centrum informacji turystycznej poszliśmy odszukać winiarnię Kiš. Dziadek podobno był Węgrem ale teraz dogadywaliśmy się przy pomocy strzępków serbskiego, które gorączkowo wyszukiwałem w głowie. Kupić wino jednak się udało, między innym bermet czyli tutejszy rodzaj wermutu: słodkie wino wzmacniane czystym alkoholem i przyprawiane ziołami.

w winiarni Kišów

kaplica pokoju upamiętniająca podpisanie pokoju w Karłowicach negocjowanego w latach 1698-99, tu po raz pierwszy użyto okrągłego stołu do rozmów.

Po wizycie w Karłowicach ruszyliśmy zobaczyć górę Fruška, która po węgiersku nosi intrygującą nazwę góra Tarcal (Tarcal to miejscowość położona koło Tokaju). Na jej zboczach uprawia się winorośl. Na górę wjeżdza się samochodem, spróbowaliśmy to zrobić i … nie udało się nam to, górę przejechaliśmy, szczytu nie znaleźliśmy. Wróciliśmy by spróbować jeszcze raz i choć tym razem pytając gęsto drogę trafiliśmy bliżej to znów nie udało się go znaleźć, w międzyczasie zrobiło się ciemno. Sama góra to raczej pasmo niż pojedynczy szczyt, choć istnieje on w sensie geograficznym to jest tak prominentny jak tego zwykle się spodziewamy od gór.





w wielu miejscach spotykaliśmy bezpańskie psy - nieagresywne i przyjazne

piątek, 04 listopada 2016

Drugi dzień zaczynamy od zwiedzania Suboticy. Znalazłem ich spis na stronie Irány Szabadka, wybrałem spośród nich tego, który znał najwięcej języków i był to strzał w dziesiątkę. Attila Novák, jak się później okazało, nauczyciel angielskiego i hiszpańskiego w gimnazjum masę wszystkiego wie, jest typowym lokalsem i w dodatku bardzo lubi swoją Szabadkę bo tak się to miasto po węgiersku nazywa.

nazwy w Suboticy są podawane w trzech językach: serbskim, chorwackim i węgierskim

Subotica nie jest dużym miastem – ma jakieś 120 tysięcy mieszkańców – ale w przeszłości jej relatywne znaczenie było większe. W momencie powstania Jugosławii była przez pewnien okres największym miastem w tym kraju, także w okresie węgierskim zaliczała się do największych miast. Synagoga i urząd miejski, o których zaraz, były drugimi pod względem wielkości budynkami tego typu na Węgrzech.

Co ciekawe mimo, że Subotica jest nieco tylko większa od takiego Szolnoku ma w sobie zdecydowanie wielkomiejski sznyt. Budynki są bogatsze, historyczne zabytki pokazują, że w swoim czasie konkurowały z najlepszymi, kawiarnie eleganckie – i pełne nawet rano. Tak się nie żyje na prowincji, tak się żyje w dużych miastach.

Attila wprowadził nas do synagogi, która zwykle jest zamknięta dla zwiedzających. Do tej pory tę perełkę charakterystycznej węgierskiej secesji odnowiono tylko z zewnątrz ale i nieodnowione wnętrze również robi wrażenia. Plany węgierskich architektów Marcella Komora i Dezső Jakaba, pierwotnie zrobione dla Szegedu ale tam nie przyjęte, tutejsza wspólnota żydowska wybrała by podkreślić swoje przywiązanie do węgierskości. Po ukończeniu remontu ma tu być sala koncertowa, ale niekiedy będzie służyć dla uroczystości żydowskich.

z zewnątrz

wewnątrz

ten rodzaj ławek podobno jest typowy dla zborów kalwińskich

kopuła

witraż Miksy Rótha

ciekawostka: w sklepie na miejscu tej apteki pracował kiedyś, podobno okradając pracodawcę, Mátyás Rákosi

Urząd miejski, również dzieło Komora i Jakaba, postawiono zburzywszy uprzednio istniejący gmach, który w opinii ówczesnych władz miejskich przestał odpowiadać pozycji i ambicjom miasta. Ten niezwykle zdobny budynek imponuje nie tylko ilością zdobień wypieszczonych w każdym detalu ale i wspaniałym stanem, w jakim się znajduje.

urząd w nocy, pod folią schowana na zimę fontanna z cennymi kafelkami (o ciekawym węgierskim zwyczaju pakowania pomników na zimę pisałem już tu)

Najpiękniejsza jest wielka sala posiedzeń rady miejskiej, która służy niekiedy za salę koncertową a dla osób skłonnych by wysupłać sumę około 140 euro również jako miejsce do zawarcia małżeństwa (nieodpłatnie śluby udzielane są w sąsiedniej, mniejszej ale także bardzo pięknej sali).

wielka sala

sklepienie

detale w różnych częściach budynku - tak, ten ostatni to turul

Ciekawe są witraże, dzieło słynnego węgierskiej witrażysty (ma muzeum w Budapeszcie) Miksy Rótha, który jest też autorem witraży w synagodze. Przedstawiają kilkanaście ważnych postaci w historii węgierskiej. Fascynujący jest zawsze dla mnie taki wybór: jak się decyduje, że ten tak a ten już nie? Witraże w czasach komunizmu były schowane w piwnicy, potem wstawiono je ponownie do okien, które jednak zasłonięto czarnymi kotarami aż jakiś ważny towarzysz zdecydował, że nie ma co się bać martwych królów i witraże znów można było oglądać. Niesamowity jest też dla mnie kult Habsburgów na Węgrzech: na witrażach w centralnym miejscu stoją Franciszek Józef oraz Maria Teresa. Traktuje się ich jak własnych królów a nie zaborców.

na lewo FJ, na prawo MT

Na wieżę można wejść, stamtąd rozpościera się piękny widok na miasto, żaden inny budynek nie jest dość wysoki by go zasłonić.

synagoga widziana z wieży

Dziś te budynki to zabytki, klasyki węgierskiej, ale kiedyś przecież wymagało to ogromnej odwagi ze strony obywateli Szabadki by zdecydować się na tak nowoczesne rozwiązania.

ciekawostka: na bannerze reklamującym hotel jest odwołanie do artykułu w New York Times, który wpomniał Suboticę wśród "miejsc do odwiedzenia".

Po urzędzie miejskim obejrzeliśmy ostatnią perełkę tutejszej secesji: pałacyk Reichla. Reichl był tutejszym architektem, który kupił sobie parcelę naprzeciw ulicy prowadzącej do dworca. To w swoim czasie był prestiżowy adres więc mimo, że chciał mieć tylko zwykły dom rodzinny władze miaste kazały mu zbudować pokaźniejszy budynek, którym cieszymy się i dzisiaj.

pałacyk Reichla, dziś jest tam muzeum

Przechadzkę zakończyliśmy w kawiarni Boss mieszczącej się na tyłach pałacu. Jej właścicielem jest jeden z najważniejszych tutejszych przedsiębiorców Lajos Csákány. Dostał on to miejsce pod warunkiem odrestaurowania tylnej części pałacu, co z pietyzmem wykonał, między innymi sprowadzając dachówki z fabryki majoliki Zsolnay w Peczu.

Wieczorem poszliśmy na spacer po Paliczu, czyli letniskowym przedmieściu Suboticy rozłożonym nad jeziorem. Miało ono kiedyś właściwości letnicze ale po katastrofie ekologicznej w latach 70-tych, kiedy wskutek wymarcia całego życia trzeba było wymienić całą wodę, je utraciło.

Nad jeziorem nastrój monarchii. Sporo budynków z przełomu wieku, pawilon kąpielowy dla kobiet Komora czy wieża wodna wnoszą elementy secesji. Mimo, że Serbia nie jest bogata w tej chwili zdumiewa świetny stan w jakim się znajdują.



pawilon kąpielowy

willa - takich jest tu więcej


czwartek, 03 listopada 2016

Mam nieco znajomych z Wojwodiny, zarówno Węgrów jak i Serbów, i zawsze uderza mnie jak różnią się od innych Węgrów i Serbów. Wojwodzinianie są bez wyjątku pozytywni, mają w sobie poczucie własnej wartości oraz dumę z różnorodności swojego regionu. Węgierscy Wojwodzinianie to wersja „cool” Węgrów: umieją żyć i nie mają w sobie ponuractwa.

Wielu byłych mieszkańców Wojwodiny uważa, że to wszystko to przeszłość. W czasie wojen na terenie byłej Jugosławii do prowincji przesiedliło się wielu Serbów z Chorwacji, Bośni czy też Kosowa, zmieniając na niekorzyść charakter regionu.

Wojwodina od dawna ciekawiła mnie, niedawno udało się go odwiedzić by na własne oczy zobaczyć sobie to, o czym tyle słyszałem. Oto krótka relacja - dzień 1.

***

Wyjazd do Wojwodiny to nie tylko wyjazd do innego kraju, to także wyjazd poza Schengen. Granica przegrodzona płotem, zardzewiałe bariery, którymi w dowolnej chwili można przegrodzić autostradę, snujące się po stronie serbskiej grupki uchodźców, kontrola paszportowa, otwieranie bagażnika – wszystko to przypominało nam, że mimo, że do Budapesztu jest niecałe 200 kilometrów to już naprawdę Bałkany.

Tutejszy rynek po węgiersku nazywa się mylnie ócskapiac czyli targ staroci. Kiedyś faktycznie nim był ale obecnie buvljak (serbska nazwa) to po prostu wielki bazar. Z powodu bliskości granicy przyjeżdza tu sporo Węgrów. Handel idzie w dwóch językach, wciąż słychać tesszék, zvolite!, ceny często podawane są od razu i w dinarach i w forintach. Ciekawostka: mimo, że dinar to w miarę dokładnie 2,5 forinta ceny podane w forintach są w przeliczeniu wyższe niż w dinarach (200 dinarów, 600 forintów), podobno przyjeżdzający Węgrzy nie lubią wymieniać pieniędzy na dinary i wolą płacić więcej.

***

Koło buvljaka billboard po węgiersku „W referendum na temat kwot głosujmy NIE dla naszego domu” i flagi węgierska oraz serbska. Tutejsi Węgrzy, którzy posiadają podwójne obywatelstwo mogli głosować w referendum, węgierskie organizacje mniejszościowe znajdujące się w orbicie Fideszu wsparły linię rządu. Póżniej znaleźliśmy naklejkę Partii Psa o Dwóch Ogonach, widać, że polityka krajowa jest tu obecna.

*** 

By coś zjeść poszliśmy do poleconej nam Kafany Bates – U centru Subotice epicentar kulinarstva jak głosi hasło reklamowe na ich stronie internetowej. Wchodzimy a tam zastawiony stół, towarzystwo koło dziesięć osób, gra kapela – zabawa. Dorośli siedzą, rozmawiają, śpiewają, dzieci chodzł wokół stołu.

Zamawiamy jedzenie, porcje giganty (w całej Wojwodinie podawane są takie masywne porcje). Pljeskavica wspaniała, frytki (pomfri) nieświeże. Chłopaki piją Cocktę, lokalny klon Coca Coli. Uświadamiamy sobie, że zakaz palenia w miejscach publicznych to coś co obowiązuje w Unii ale nie tu, przesiąkamy powoli dymem i czuję się nostalgicznie: przecież u nas było tak samo jeszcze jakieś dziesięć lat temu.

Zabawa się kończy, goście piją strzemiennego, wychodzą. Chłopak przechodząc koło ich stołu zauważa tort z napisem: były to urodziny Sonji obchodzącej właśnie roczek.

czwartek, 20 października 2016

O tematyce narracji publicznej decyduje tu Fidesz. Partia z jednej strony posiada zręcznych spin doctorów a drugiej bezdenny worek ze środkami by ich pomysły wdrażać: tak na przykład kampania związana z niedawnym referendum na temat uchodźców kosztowała według niepełnych szacunków co najmniej 14 miliardów forintów – to niemal 200 złotówkowych milionów.

W takiej sytuacji pozostałe partie polityczne czy też inni uczestnicy życia publicznego skazani są na to co zdecyduje Fidesz. Nawet najciekawsze ostatnio kampania Partii Psa o Dwóch Ogonach to tylko pastisz kampanii Fideszu. Nikt nie jest w stanie przebić się z własnymi, mniej wygodnymi dla rządu, tematami.

Ostatnio próbuje zrobić Jobbik i to w ciekawy sposób a mianowicie kopiując jeden z pomysłów Fideszu, czyli narodowe konsultacje. W skrzynce na listy znalazłem kwestionariusz Prawdziwej Narodowej Konsultacji, w którym mogę wyrazić swoją opinię na tematy uznane za ważne przez tę partię: służbę zdrowia, korupcję i oświatę. Dodać warto, że pewnie większość jeśli nie wszystkie partie opozycyjne uznałyby te tematy za ważne.

Jobbik stara być mniej demagogiczny niż Fidesz i opcje odpowiedzi są bardziej symetryczne niż w przypadku konsultacji rządowych, gdzie zwykle dwie z trzech odpowiedzi były po myśli rządu (tak, raczej tak, nie). Pytania dotyczą poziomu usług służby zdrowia, kopertówek, emigracji lekarzy i pielęgniarek, list kolejkowych, płatnych usług stomatologicznych.

Po nich następuje grupa pytań odnośnie klasyfikacji ostatnich rządów pod względem korupcji, rozliczeń skorumpowanych polityków, zeznań podatkowych dla członków rodzin polityków a także agencji antykorupcyjnej (na wzór rumuńskiej, która posłała byłego premiera za kraty).

Na końcu są pytania na temat edukacji: dotyczące roli lokalnych wspólnot w zarządzaniu szkołami, pomocy finansowej dla ubogich dzieci, zamkniętych instytucji oświatowych dla „niechcących się zintegrować, przeszkadzających innych uczniom oraz uniemożliwiających pracę nauczycielom” uczniów (oko puszczone do twardego antycygańskiego elektoratu), podniesienia poziomu kształcenia zawodowego oraz pomocy dla ubogich studentów.

Całość, jak i sam pomysł tego rodzaju konsultacji, to czysta demagogia, zwłaszcza, że większość pytań jest tak sformułowana, że trudno liczyć na inną niż pozytywną odpowiedź (czy trzeba pomagać biednym dzieciom?) a i tak odpowiedzi wyślą tylko zwolennicy Jobbiku. Ten natomiast, poza przez nikogo nie kontrolowanymi rezultatami tej „konsultacji” rozszerzy też listę adresową swoich zwolenników – na końcu można podać swoje dane.

Czy zmieni to tematykę dyskursu publicznego? Zobaczymy, Fidesz na pewno zrobi wszystko by toczył się na wygodniejsze dla siebie tematy.

piątek, 14 października 2016

Zamknęli Népszabadság? Cóż za problem, jest przecież inna prasa, weźmy taką powstałą rok temu gazetę Magyar Idők. Znikła gazeta, pojawiła się gazeta, takie jest życie, nie?

Mówi się, że za zamknięciem Népszabadság stoi skandal, który wywołała ta gazeta: sprawa podróży helikopterem ministra Rogána.

Przypomnę: Rogán poleciał helikopterem na ślub znajomych, początkowo zaprzeczał temu, potem jednak, gdy pokazały się dokumentujące to zdjęcia, przypomniało mu się, że faktycznie korzystał z usług tej piekielnie drogiej taksówki powietrznej. Wyjaśnienia, które podał były niespójne: podobno chcieli oszczędzić nocnej podróży dziecku – tyle tylko, że przeloty miały miejsce w dzień a cały czas podróży minimalnie różnił się od czasu przejazdem samochodem. Jak to często tutaj bywa w przypadkach kiedy polityk obnosi się ostentacyjnie z niemającym kontaktu z oficjalnymi deklaracjami majątkiem sprawę przypisuje się przedsiębiorczym współmałżonkom, pracowitym rodzicom czy też dzieciom, które mimo młodego wieku doszły do fantastycznych majętności, tym razem padło na żonę.

To wszystko wiemy z Népszabadság. A co tym napisała Magyar Idők? W zasadzie tylko to co powiedział sam Rogán, nota bene, rządowy spec od propagandy, podczas debaty na temat sprawy helikopterowej w parlamencie. Uznał wówczas, że popełnił błąd bo politykowi nie wolno korzystać z helikoptera do celów prywatnych nawet wówczas kiedy jego żonę na to stać. Szczegółów helikopterowej wycieczki zabrakło. Magyar Idők dużo więcej miejsca poświęciła aktualnym tematom rządowej propagandy jak niedawne referendum o uchodźcach czy wielorakie sukcesy rządu.

Tak w praktyce odczuwać się będzie zniknięcie Népszabadság. W przyszłości nie dowiemy się jeśli kolejny minister pozwoli sobie na luksusy za nie wiadomo czyje pieniądze, za to jeszcze głośniej zabrzmią tuby rządowe typu Magyar Idők.

Népszabadság był w swoim czasie odpowiednikiem Trybuny Ludu. Cóż za przewrotność historii, że w tej chwili przypomina ją raczej Magyar Idők.

wtorek, 04 października 2016

Kiedy dostałem dowiedzialem się z faceboooka, że i w Budapeszcie zapowiedziano demonstrację w ramach Czarnego Protestu pomyślałem, że pojawi się może jakieś pięćdziesiąt osób - licząc mnie. Zdziwiłem się kiedy przyszedłem na miejsce i zobaczyłem liczbę uczestników: było ich w szczycie pewnie do 250-300. Większość, jakieś 90%, kobiet, niemal wszystkie ubrane na czarno, najwięcej młodych ale także nieco starszych. Pół na pół Polaków - może raczej Polek - i Węgierek, trochę, ale niewiele, cudzoziemców. W sumie więcej ludzi niż na demonstracji KODu w tym samym miejscu niecały rok temu.

 

Poza tłumem wrażenie robiły płotki przed ambasadą, Nie wiem czyja to inicjatywa, policji czy ambasady, ale chodziło przecież o pikietę kobiet a nie zadymę kibiców. Ktoś się wystraszył.

 

Na proteście pojawiła się ekipa bębniarek manifestacyjnych, które podgrzewały atmosferę.



Przemówienia wygłosiły wyłącznie kobiety. Mimo, że przyjęto model otwartego mikrofonu nie pojawiły się żadne dziwolągi demonstracyjne, które zwykle z takich okazji skwapliwie korzystają. Wystąpiena, mimo, że czasami ostro feministyczne w retoryce ("siostry") nie były jednak radykalne. Przemawiające podkreślały, że nie są zwolenniczkami aborcji ale tylko chcą mieć wybór. Pojawił się głos domagający się edukacji seksualnej. 

Przemawiające kobiety się niestety nie przedstawiały. O niej wiem tylko tyle, że jest aktywistką partii Razem.



Przemówienia były po angielsku a także po polsku. Wszystkie wywoływały taki sam aplauz, widać było, że dla uczestniczki nawet nie rozumiejąc języka i tak wiedzą o co chodzi.



Wiele wystąpień nie było przygotowanych z góry, część osób mogła zdecydować się przemówić już na miejscu.



Na plakatach polski, węgierski i angielski. Pojawiły się wieszaki.



Ktoś przyniósł czarne balony



Wiele uczestniczek umocowało na ubraniach symbole protestu.    



Największy transparent: Demokracji a nie teokracji. Flag narodowych wogóle nie było.

Tłum



#czarnyprotest to po węgiersku #feketetiltakozas



Gdzie Jarek nie może ...

poniedziałek, 26 września 2016

Przed referendum (było o tym tu) Fidesz wytapetował kraj nowym plakatem. Na węgierskim trikolorze widnieje napis „Nie ryzykujmy. Głosujmy Nie” (jest też wersja „Nie ryzykujmy przyszłości Węgier. Głosujmy Nie”). Całość bardzo poważna, o ile nie wręcz posępna. I kłamliwa, bo referendum nikogo do niczego nie zobowiązuje – ani parlamentu węgierskiego ani jakiejkolwiek instytucji unijnej, co najwyżej może zgalwanizować poparcie dla Fideszu służąc jako próba przed wyborami parlamentarnymi w 2018 roku.

Billboard rządowy Nie ryzykujmy widziany z taksówki w drodze z lotniska. Naliczyłem ich ponad dwadzieścia, co daje pojęcie o ich ogólnej liczbie.

Sam plakat, widok ze szczegółami

Zbieram tego rodzaju teksty na blogu bo to fascynujący przykład języka propagandy. Kiedyś mam nadzieję pojawi się węgierski Michał Głowiński i to wszystko opracuje.

W międzyczasie Partia Psa o Dwóch Ogonach (Magyar Kétfarkú Kutya Párt) wypuściła swoje plakaty finansując akcję ze zrzutki społecznej. I tym razem – robili to już wcześniej – jest to pastisz plakatów rządowych z ich demagogicznymi pytaniami „Czy wiedzieli Państwo?” Absurdalność referendum to wdzięczny temat do satyry, oto próbka z jednakowym podpisem "Głupia odpowiedź na głupie pytanie. Oddaj nieważny głos!". Łatwo odkryć tu echa propagandy rządowej.

Czy wiedzieli Państwo? W Syrii jest wojna.

Czy wiedzieli Państwo? Najwięcej przestępstw korupcyjnych popełniają politycy.

Czy wiedzieli Państwo? Ponad milion osób chce się przenieść do Europy z Węgier

Czy wiedzieli Państwo? Ludzie nie są głupi

Czy wiedzieli Państwo? Od początku kryzysu migracyjnego liczba niebieskich plakatów na Węgrzech przewyższyła liczbę migrantów

Czy wiedzieli Państwo? Rzeczy powtarzane wiele razy wydają się być prawdą.

Czy wiedzieli Państwo? Co?

Czy wiedzieli Państwo? Moskwa chce narzucić Węgrom elektrownię atomową.

Czy wiedzieli Państwo? Bruksela to miasto.

Czy wiedzieli Państwo? Jeśli wykopać głęboką dziurę w ziemi to nie wyjdziemy w Chinach ale utopimy się w oceanie Spokojnym

Czy wiedzieli Państwo? Od początku kryzysu migracyjnego mniej trzeba wydawać na służbę zdrowia

Czy wiedzieli Państwo? I tak i nie - przykład z ulicy



Plakaty na płacu Blaha Luiza

Plakaty MKKP to nie tylko billboardy, partia wypuściła również je w mniejszych rozmiarach, rozwieszają je aktywiści-wolontariusze. Niekiedy są one zrywane, na przykład w szóstej dzielnicy w Budapeszcie, gdzie robili to uczestnicy prac publicznych na zlecenie przełożonych.

MKKP nie tylko wyszydza absurdalność referendum i ksenofobię Fideszu ale także wzywa do zajęcia aktywnej postawy wobec referendum poprzez oddanie nieważnego głosu. Wobec demagogiczności pytania wiadomo, że głosy Nie zwyciężą wysoko, najważniejszym celem opozycji jest dlatego doprowadzenie do tego by referendum nie było ważne. Stanie się tak gdy liczba oddanych głosów ważnych będzie mniejsza niż połowa uprawnionych do głosowania. Osiągnąć to można na dwa sposoby, poprzez bojkot – lub też przez oddanie nieważnego głosu bo takie głosy się nie liczą, tę strategię wybrała właśnie psia partia.

Inne partie opozycyjne opowiedziały się za bojkotem. Wyjątkiem jest kieszonkowa partia Liberałowie, która wzywa na głosowania na Tak. Inne grupy opozycyjne zarzucają jej, że to woda na młyn Orbána bo tak zwiększają jemu frekwencję. Wcześniejszy spór wewnątrz opozycji „bojkot czy nieważny głos” zakończył się kompromisem „bojkot albo nieważny głos”, poparcie dla obu alternatywnych strategii [EN] wyraziła grupa 22 organizacji społecznych.

Wszystkie partie opublikowały swoje własne plakaty referendalne.

Wspólny plakat kilku partii, Na głupie pytanie taka odpowiedź. Kto zostanie w domu głosuje na Europę

W sumie jednak plakaty opozycyjne są niemal niezauważalne wobec morza plakatów rządowych. Wyjaśniają to kwoty do dyspozycji obu stron: MKKP ze swojej zbiórki uzyskała ponad 27 milionów forintów (to ostatnie dane, które mam, końcowa kwota było na pewno wyższa), pozostałe partie wydały po kilkanaście milionów a rząd i Fidesz, można je razem liczyć bo grają do jednej bramki, wydały na kampanię co najmniej niemal 4 miliardy forintów. Dysproporcja spora.

Badania opinii publicznej nie dają jednoznacznych wyników odnośnie ważności referendum. Choć udział zapowiada około połowa uprawnionych do głosowania to okazuje się, że zaskakująco spora grupa głosujących - 11% - zamierza oddać głos nieważny. Dodam tylko, że jak dotąd, poza referendum o wstąpieniu do Unii i NATO, w pozostałych referendach nie udało się osiągnąć tego progu ważności.

Fantastyczny sukces zrzutki na plakaty i wysoki odsetek osób planujących oddać nieważny głos to wielki sukces MKKP. Psia partia wyrosła tak na dominujący głos wśród opozycji. Zważywszy na to, że mowa jest o grupce politycznych happenerów widać jak bardzo miałkie są pozostałe formacje opozycyjne. Nie napawa to optymizmem.  

Znającym węgierski polecam klip Instytutu im. Károlya Eötvösa (Eötvös Károly Intézet) omawiający absurdalność referendum.

środa, 21 września 2016

Nie miałem pojęcia, że ten dość kultowy film, na który natknąłem się ostatnio przypadkowo, to zapewne największa polsko-węgierska koprodukcja. I nie mam tu na myśli tylko faktu, że wystąpiło w nim wielu polskich i węgierskich aktorów (Marek Kondrat, Róbert Kóltai, Wojciech Pokora, Zoltán Bezerédy, Zbigniew Zapasiewicz, itd.), że był wyprodukowany wspólnie przez zespoły filmowe polski Zodiak i węgierską Hunnię ale przede wszystkim to, że, w przeciwieństwie do innych polsko-węgierskich koprodukcji koncentrujących się na jednym tylko z tych dwóch krajów, ten opowiada o czasie kiedy Polacy, nawet jeśli nie wszyscy, i Węgrzy żyli w jednym państwie – i służyli w jednej armii.

Komedia C.K. dezerterzy ten szczególny kawałek wspólnej historii opowiada w swoisty, szwejkowski sposób. Mamy końcówkę pierwszej wojny światowej i nikt w garnizonie w Sátoraljaújhely, poza nowoprzybyłym dowódcą kompanii, nie ma ochoty walczyć za kaisera i za monarchię. Tym bardziej, że żołnierze w większości pochodzą z innych nich konstytutywne narody państwa: Austriaków – Niemców czy Węgrów.

Międzynarodowa grupka żołnierzy planuje operację Pierzyna czyli dezercję, a w międzyczasie „rządzi” kompanią. Robi to w sposób przypominający skrzyżowanie bandy szkolnych urwisów z więzienną grypserą. Nadgorliwych przełożonych wykańczają trochę tak jak się wykańcza nieznośnego nauczyciela. Wszystko co ich kręci to możliwość napicia się – i złożenia wizyty w burdelu. Szwejkowską atmosferę potengują niektóre dialogi, jak choćby ten, w którym główny bohater Kaniowski wyjaśnia oficerowi za co dostał karę: w latrynie tłumaczył komuś, że oficerowie piją tyle kawy by ich kupy miały połysk „a nasze kupy stawały przed nimi na baczność”.

Udana ucieczka z koszar granych przez twierdzę w Modlinie prowadzi przez szereg miejscowości między innymi Budapeszt. Po drodze libacje, panienki i spotkania z innymi, niekiedy nadzwyczaj pomysłowymi, dezerterami. Ekipa uciekinierów zostaje jednak schwytana i stoi już przed sądem wojennym kiedy przychodzi wiadomość, że cesarz abdykował. Następuje chaos, wszyscy się rozbiegają, można wracać do domu.

Kończąca scena jest jakby doklejona na siłę z zupełnie innego filmu. Nad biegnącymi żołnierzami pojawiają się mianowicie flagi, w większości polskie ale jest i węgierska. Przetarłem oczy. A potem jeszcze raz. Czyż ci szwejkowie marzący o flaszce i panience, nieprzejawiającyc żadnego szacunku do przepisów, państwa i władzy mieliby okazać się o tak, nagle, patriotami jakiś innych krajów tylko dlatego, że wreszcie można? Za obce nie chcą walczyć ale za swoje tak? Nie bardzo jestem w stanie sobie to wyobrazić.

Węgierska flaga z lewej, polska z prawej

Ponadto gdzie w takim razie są przedstawiciele innych nacji, Czesi, Słowacy, Rusini, …? Czy oni też biegną za polskimi i węgierskimi flagami czy też może woleliby wznieść swoje – przeciwko Polakom i Węgrom? Szwejkowski pacyfizm miał potencjał łączący, nacjonalizmy już nie.

Dotąd nie słyszałem nigdy o wybuchach radości Węgrów z upadku monarchii – dla nich było to jednak ich państwo, które przyniosło im złoty okres. Oj, chyba ktoś niedocenił różnic w historii między Polakami a Węgrami. Ale film i tak warto zobaczyć.

sobota, 17 września 2016

Co się stanie jak Węgier ugotuje coś z kuchni polskiej a Polak jakieś danie węgierskie? Takie pytanie musiało przyświecać organizatorom dzisiejszej kolacji w hotelu Gellért pod nazwą Refleksja. 6 kucharzy, którzy gotują na innych językach (Reflexió. 6 séf, aki a másik nyelvén főz, w której miałem wielką przyjemność wziąć udział (dzięki, Instytucie Polski!). W skład sześciodaniowego menu wchodziły dania węgierskie przygotowane przez polskich szefów kuchni oraz polskie będące dziełem ich węgierskich kolegów.

menu - niestety po polsku były tylko nazwiska szefów kuchni

Założenie jasne ale zaraz pojawia się pytanie jak określić, które dania są polskie a które węgierskie. Niektóre są w miarę oczywiste, na przykład żurek czy też Rákóczi túrós (rodzaj sernika) – oba pojawiły się w menu – ale inne już mniej. Bo czy taka sztandarowa w kuchni polskiej zupa pomidorowa jest polska czy też raczej uniwersalna? Czy gulasz to tylko danie węgierskie? Takie pytanie zaprzątały mnie podczas dania z sandacza czy też policzków wołowych, śledź oraz wątróbki gęsie od takich rozważań były wolne.

Jedzenie było wspaniałe choć oczywiście były rzeczy, które mnie szczególnie oczarowały. Był to po pierwsze żurek autorstwa Ákosa Horvátha z Márga Budapest z intensywnymi maleńkimi białymi kiełbaskami. Znakomite były też policzki wołowe w bałtyckim porterze z kalafiorem po polsku, kwaszonymi grzybami oraz otwartym pierogiem (nadzienie było na zewnątrz) w wykonaniu Andrása Frideczkyego z Söröző Gellért – czyli poniękąd gospodarza tego miejsca. Absolutnym ukoronowaniem wieczoru był Rákóczi túrós Mateusza Wichrowskiego z Brasserie Warszawska. Deser wyglądał elegancko, w ustach oferował zrównoważoną gamę kontrastujących smaków od słodkiego po kwaśny i słony.

żurek przed wlaniem zupy

żurek po wlaniu zupy

Do dań przygotowano opcjonalną listę win. Wszystkie węgierskie, powstaje pytanie czy nie można było zaryzykować i zaproponować kilku win polskich. Istnieje już tyle winnic by była taka możliwość. A do deseru można było pomyśleć o miodzie czy jakiejś nalewce – żadna z tych rzeczy nie jest znana na Węgrzech, tym większa szansa na sukces.

Mam nadzieję, że takie kreatywne konfrontacje będą kontynuowane. Może warto pomyśleć o klasykach obu kuchni narodowych i rzucić mistrzom wyzwanie: barszcz, paprykarz z kurczaka, zrazy, leczo, pierogi, főzelék, bigos czy langosz – i tak dalej. Może też dania, które przygotowali autorzy dzisiejszego wieczoru będzie można dostać w ich macierzystych restauracjach? Na sernik Rákócziego na pewno posłałbym ładnych paru znajomych:)

Brawo szefowie kuchni, brawo organizatorzy, brawo Instytut Polski!

sernik - pycha

wtorek, 06 września 2016

Pisałem kiedyś o szczególnej a niedocenianej przez nie-Węgrów roli jaką w kuchni węgierskiej grają jarzynowe főzeléki. Dziś będzie o drugim takim cichym węgierskim kulinarnym gigancie a mianowicie panierce.

Kotlet panierowany, koniecznie rozklepany na papier, to, obok rosołu, absolutny klasyk niedzielnych obiadów. W niedzielne przedpołudnia budapeszteńskie kamienice regularnie rozbrzmiewają odgłosami roztłukiwania mięsa – zwykle wieprzowiny choć może też być kurczak, indyk czy też cielęcina. Najchętniej Węgrzy jedzą takie kotlety nie jak w Polsce z gotowanymi ziemniakami i surówką ale z frytkami, ewentualnie z ryżem, bywa, że jest do tego ketchup lub majonez. (Dla mnie, przyznam, kombinacja smażonego ze smażonym jest nieco porażająca).

Kotlety panierowane są na Węgrzech tak ukochane, że chcąc nie chcąc musiały zaadaptować je węgierskie fastfooody. W czasach swojego panowania na rynku robiły to – dziś już w zasadzie nieobecne - chińskie bufety (które do panierki dodawały trochę imbiru czy też nasionek sezamu, co czyniło kotlety ciekawsze), obecnie oferują je tureckie bary. Kotlety, z frytkami lub ryżem a zawsze z ketchupem, są żelazną pozycją w restauracyjnych jadłospisach dla dzieci.

Nawet podróżując Węgrzy nie muszą się wyrzekać swoich ulubionych kotletów: na dworcach od kiedy pamiętam dostać można kanapki zrobione z bułki z wylewającej się z niej takim panierowanym kawałkiem mięsa i nieodzownym symbolicznym listkiem sałaty.

A do tego dochodzą inne rodzaje mięsa: udka kurczaka, nadziewana pierś indyka, skrzydełka, wątróbka, ozory, żeberka, golonka …

Ale panierka nie święci triumfów tylko na kotletach. Panierka kontroluje też, jeśli można tak powiedzieć, inne sektory kuchni węgierskiej. Jarzyny? Panierujemy, może to być cukinia, bakłażan, kabaczek, patison, kalafior, brokuły, selery, krążki cebuli a nawet groszek (taki przepis też znalazłem). Pieczarki? No jasne. Ryba? To najpopularniejszy sposób przyrządzania, zwłaszcza osławionego morszczuka (hekk) znad Balatonu. Ser? Czemu nie, nadają się zarówno camembert jak i ser twardy. Naleśniki? Pewnie. Mortadella czyli ogromnie popularne tutaj párizsi? OCZYWIŚCIE! Widziałem też przepisy na panierowane rogaliki i gołąbki. Nie ma niczego czego Węgier nie byłby w stanie spanierować.

Wyszukiwanie przepisów z panierką wyrzuca bite czternaście stron rezultatów na popularnej stronie kulinarnej (trzeba tylko dodać, że węgierski odpowiednik słowa „panierowanie” odnosi się też do zagęszczania zup zasmażką - istnieje dzięki temu nawet zupa panierowana, ale takich przepisów jest tu zdecydowana mniejszość). Tak, Węgrzy kochają panierkę.

Widać to też w szkole Chłopaka. Kiedy zamawiamy razem jego stołówkowe obiady dla sportu liczymy dania panierowane w każdym tygodniu i na ogół wśród zestawów A i B jest ich co najmniej dwa (na dziesięć możliwych), jeśli wziąć pod uwagę opcje a la carte liczba ta robi się wiele większa. To nie jest żadne wychowanie następnego pokolenia w miłości do panierki, nawet małe, przeciętne węgierskie dziecko jest już tą miłością poprzez obiady niedzielne oraz restauracyjne menu dziecięce skutecznie zaszczepione.

Część tygodniowego jadłospisu stołówki szkolnej Chłopaka, na czerwono zaznaczyłem dania panierowane

Nawet na zajęciach praktycznych w szkole podstawowej Chłopak z kolegami uczyli się panierować, dowiedziałem się wtedy jaka jest różnica między panierką wiedeńską (bułka tarta, jajko i mąka) a paryską (tylko jajko i mąka). I choć one dominują w panierkowym świecie trzeba dla porządku dodać, że stosuje się też niekiedy panierkę z nasionkami sezamu czy też płatkami migdałowymi, istnieje też ciasto piwne (mąka, piwo i jajko).

Tak tak, jak ktoś chce poczuć węgierskie wibracje powinien zjeść koniecznie z főzeléka za panierowaną, dajmy na to, mortadellą, tu się kryje kulinarna prawda o tym kraju:)

Najbardziej węgierskie danie, tu i w treści i w formie (Wielkie Węgry w panierce), źródło: Kacatvilág blog