Menu

Jeż Węgierski

moje zdziwienia budapeszteńskie

Oblężenie Budapesztu

jezw

W czasie niedawnej wizyty w Warszawie Orbán rzucił dowcipem. Komentując polskie stulecie niepodległości powiedział: przynajmniej coś dobrego wtedy się stało. Chodziło mu rzecz jasna o Trianon, na mocy którego Węgry utraciły dwie trzecie terytorium. O tym, że również wówczas odzyskały niepodległość, się nie zająknął.

W węgierskiej narracji historycznej niepodległość jest tak ważna jak w Polsce. Największe święta narodowe to rocznica wybuchu powstania 1848 a potem rewolucji 1956 roku. W obecnej walce z “Brukselą”, którą rząd bohatersko toczy odwołań do walki o wolność nie brakuje. A kiedy niepodległość nadeszła, Węgrzy obchodzą żałobę.

Dla osób, które nieco poznały Węgry nie ma w tym niczego zaskakującego. Tutejsza historia jest na tyle powikłana, że, w porównaniu z Polską, Węgrzy mało się nią zajmują. W rodzinach nie ma tradycji opowiadania o przeszłości, Węgrzy nie mają swoich bohaterów, z wieloma rzeczami z historii nie wiedzą co zrobić.

Mało książek lepiej pomaga zrozumieć ten specyficzny stosunek Węgrów do historii jak monografia Krisztiána Ungváryego pt. Budapest ostroma czyli Oblężenie Budapesztu.

 

Samo oblężenie było istotnym epizodem w historii drugiej wojny światowej. Trwało 102 dni a intensywność walk porównywalna była z bitwą stalingradzką przy czym w ich trakcie w Budapeszcie przebywało 800 tysięcy ludności cywilnej. Oblężenie, które trwało do 13 lutego 1945 roku, związało znaczące siły radzieckie i spowolniło ich posuwanie się w kierunku Berlina. W marcu, kiedy siły radzieckie były już 60 kilometrów od Berlina, połowa wszystkich niemieckich sił pancernych operowała jeszcze na terenie Węgier.

Węgrzy obecni w Budapeszcie podczas oblężenia występowali w bardzo różnych rolach. Zacznijmy od żołnierzy. Mieszanymi niemiecko-węgierskimi siłami broniącymi miasta dowodzili Niemcy. Poszczególne oddziały węgierskie znajdowały się pod bezpośrednią komendą niemiecką, węgierskie dowództwo obrony nie miało nic do powiedzenia.

Wielu żołnierzy, czy też nie widząc sensu obrony czy też kalkulując, że zwiększa to ich szanse na przeżycie, przeszło na stronę oblegających. Żołnierzy do walki u boku Armii Czerwonej werbowano też spośród jeńców. Ci stawali przed niełatwym wyborem: walka przeciwko byłym towarzyszom broni czy też niewola w Związku Radzieckim. Jak wyliczył Ungváry (bardzo wysoka) śmiertelność była taka sama w obu przypadkach.

Warto dodać, że formalnie Węgry znajdowały się pod okupacją niemiecką a próba zmiany frontu podjęta przez regenta Horthyego w październiku 1944 roku zakończyła się niepowodzeniem. Już wówczas wszyscy żołnierze musieli sobie odpowiedzieć na pytanie wobec kogo powinni być lojalni.

Węgierscy strzałokrzyżowcy nominalnie kierowali administracją cywilną oraz zorganizowali część oddziałów. Wielu z nich, nie zważając na walki, oddawało się prześladowaniu Żydów, których, między innymi, mordowano nad Dunajem wrzucając trupy do wody. Odznaczył się wśród nich były franciszkanin ojciec Kun, który paradował z pistoletem przy habicie organizując tortury i mordowanie Żydów.

Masy cywili były nieprzygotowane do oblężenia. Władze nie poczyniły żadnych planów na wypadek walk w mieście, jeszcze w listopadzie zapewniano, że do nich nie dojdzie. Nie zorganizowano ewakuacji. Pojawienie się wojsk radzieckich było zaskoczeniem: w pewnym momencie patrol radziecki zjechał do miasta wagonikiem kolejki zębatej budząc zdumienie wśród przechadzających się spokojnie cywili. Cierpienia ludności nie skończyły się z końcem walk jako że żołnierze Armii Czerwonej dopuszczali się niezliczonych gwałtów a wiele osób wywieziono na "maleńką robotę", z której nie wszyscy wrócili.

Ruch oporu nie miał znaczenia militarnego, odznaczył się jednak w aktach sabotażu, ratowania zagrożonych a także akcjach zbrojnych skierowanych przeciwko strzałokrzyżowcom. Niektóre organizacje, np. KISKA, formalnie część struktur obrony, były zinfilitrowane przez ruch oporu w takim stopniu, że strzałokrzyżowcy im nie dowierzali i w końcu zarządzili ich rozwiązanie. Szereg grup zostało zdekonspirowanych przez tajną policję, ich członkowie poddawani byli torturom i skazywani na śmierć. Częścią ruchu oporu były grupy komunistyczne. Syjoniści w pierwszym rzędzie zajmowali się ratowaniem ludzi, w tym celu produkowali gigantyczne ilości fałszywych dokumentów.

Żydzi cierpieli najwięcej spośród ludności cywilnej. Terror oblężenie potęgowało zamknięcie w getcie i bezbronność wobec szalejących strzałokrzyżowców co rusz popełniających kolejne zbrodnie.

Która z tych grup reprezentuje prawdziwie węgierską historię? Gdzie byli bohaterzy a gdzie zdrajcy? Do kogo się przyznawać a kogo wstydzić? Czy to było wyzwolenie czy podbicie Budapesztu?

Na te pytania nie ma łatwej odpowiedzi. Tak jak nie ma łatwej narracji w węgierskiej historii. Stąd ta cisza nad nią.

Środowiska skrajnej prawicy od kilkunastu lat organizują obchody rocznicy próby wyrwania się z oblężenia podjętej przez resztki sił obrońców 11 lutego pod nazwą Dzień honoru. Jak zauważył Ungváry, nie o honor tu chodziło ale o strach przed niewolą radziecką: takie próby wyrwania się z oblężenia podejmowano tylko na froncie wschodnim, na zachodzie po prostu się poddawano. To upamiętnienie w jednoznaczny sposób przyjmuje perspektywę niemiecką czy strzałokrzyżowców, jakby na to nie spojrzeć, nazistowską.

Ungváry przypomina postać generała dywizji Gerhada Schmidhubera, który zapobiegł przygotowywanej przez SS i strzałokrzyżowców masakrze getta umożliwiając zamkniętych w nim 70 tysiącom ludzi dotrwanie do końca wojny. Uważa, że upamiętnienia skupiające się na tej postaci mogłyby zjednoczyć ludzi o różnych poglądach. Jak pisze, żadna z sił politycznych jednak nie poparła tej inicjatywy, oblężenie Budapesztu pomijane jest generalnie ciszą.̣

***

Książka doczekała się siedmiu wydań na Węgrzech, dwóch w Niemczech, dwóch w Wielkiej Brytanii i dwóch w Stanach. Czas na tłumaczenie na polski.

dwujęzyczne nastolatki tłumaczą literaturę piękną

jezw

Wśród uczniów uczęszczających do Szkoły Polskiej przy Ambasadzie RP w Budapeszcie mniej więcej połowa pochodzi z mieszanych rodzin polsko-węgierskich, są oni dwujęzyczni i dwukulturowi. Ich polska i węgierska tożsamość funkcjonują paralelnie, niezależnie od siebie, brak kontaktów pomiędzy ich „polskim” i „węgierskim” życiem. W szkole węgierskiej traktowani są jako Węgrzy, w szkole polskiej jako Polacy. Tymczasem mają oni złożoną, podwójną tożsamość, dla której brakuje przestrzeni by się mogła w pełni okazać.

To spostrzeżenie leżało u podstawy projektu Młodzi tłumacze, w ramach którego grupa takich młodych ludzi przetłumaczyła wspólnie na węgierski książkę Anny Onichimowskiej pt. Dziesięć stron świata. Książka, jej węgierski tytuł to A világ tíz égtája, została wydana przez wydawnictwie Typotex, ukazała się na niedawnym, kwietniowym Festiwalu Książki.

Projekt miał dać dwujęzycznym uczniom szkoły okazję do zademonstrowania swoich językowych zdolności oraz do celebrowania ich dwujęzyczności i dwukulturowości. Przy okazji miał on zainspirować uczestników to angażowania się działania na pograniczu obu kultur.

Dziesięć stron świata Anny Onichimowskiej przedstawia dziesięć epizodów z życia współczesnych piętnastolatków żyjących na różnych kontynentach, między innymi w Japonii, Indiach, USA ale też Polsce czy Ukrainie. Niezależnie od kraju zamieszkania, pochodzenia czy statusu materialnego bohaterów łączy to, że właśnie stają przed pierwszymi dorosłymi wyborami w życiu. Nie wiemy jak wybiorą, kim się staną, jakimi ludźmi będą tak jak nie wiedzą tego same piętnastolatki.

Pomysł projektu zrodził się w 2016 w środowisku rodziców, nauczycieli i przyjaciół szkoły. Szukaliśmy książki do przełożenia, na Dziesięć stron świata wybór padł z szeregu powodów. Rekomendowali ją nam zapytani nauczyciele i bibliotekarze w Polsce jako książkę, którą młodzi czytelnicy chętnie czytają (doczekała się trzech wydań). Sam tekst nie był zbyt długi, językowo nie stanowił wielkiego wyzwania dla początkujących tłumaczy a dziesięć opowiadań, z których się składa w naturalny sposób dzieliło go na części do tłumaczenia.

Możliwość udziału w projekcie ogłoszono jesienią 2016 roku wśród uczniów klas gimnazjalnych i licealnych szkoły. Zainteresowanie przewyższyło oczekiwania: zamiast spodziewanych 10 uczestników (tylu, ile rozdziałów w książce) do projektu zgłosiło się 15 uczniów. Warto dodać, że w szkole uczy się, na dwunastu poziomach, wszystkiego około 100 uczniów.

Po grudniowym szkoleniu przeprowadzonym przez Patrícię Pászt, którą, jako doświadczoną tłumaczkę poprosiliśmy o nadzór nad pracą młodych tłumaczy oraz o końcową redakcję tekstu, tekst rozdzielono pomiędzy tłumaczy. Krótsze rozdziały przypadły w całości jednej osobie, większe rozdzielono pomiędzy więcej uczestników.

W pierwotnym zamierzeniu tłumaczenia miały być dostarczane tłumaczce do poprawy porcjami każdego miesiąca tak by do końca roku szkolnego każdy skończył swój fragment tekstu. Jak się jednak można było spodziewać, natychmiast pojawiły się opóźnienia. By zmobilizować uczestników dwukrotnie zorganizowaliśmy „noc tłumaczy”. Założenie było takie, spotkać w się w szkole w piątkowy wieczór i razem pracować nad tłumaczeniem. Na kolację mieliśmy zamówić pizzę, późnym wieczorem obejrzeć polski film a potem spać na podłodze w śpiworach.

Ci młodzi tłumacze, którzy akurat mieli czas, chętnie pracowali razem. Pomysł z pizzą przyjęty był entuzjastycznie, podobało im się, że w trakcie grała muzyka, nie upierali się jednak by oglądać film a spać woleli w domu. W sumie i tak te dwie „noce tłumaczy” pozwoliły nadgonić opóźnienia. Ponieważ ci, co byli gotowi wcześniej pomagali bardziej opóźnionym w sumie całość tekstu była gotowa do końca czerwca. Co ważne, żaden z uczestników projektu się nie wykruszył.

Do nauczycieli węgierskiego młodych tłumaczy pod koniec roku szkolnego zostały wysłane listy podpisane przez konsula, w którym informowano ich o udziale ich uczniów w projekcie. Listy zostały bardzo dobrze przyjęte, były wypadki kiedy odczytano je przed całą klasą.

W międzyczasie znaleźliśmy wydawnictwo, wspomniany Typotex, które zgodziło się wydać książkę.

Równolegle do pracy nad tłumaczeniem dużo czasu pochłaniało nam zdobywanie funduszy na projekt. Potrzebne były pieniądze na honorarium dla tłumaczki, na subwencję dla wydawnictwa i na promocję. Pomogli nam Instytut Polski, samorządy mniejszościowe (stołeczny, z dzielnic II i XIII oraz z Szentendre) oraz Ambasada Polska. Wydawnictwo złożyło wniosek do Instytutu Książki, który również wsparł projekt.

Do Budapesztu udało się ściągnąć Annę Onichimowską, która wzięła udział w wydarzeniu promocyjnym w ramach Festiwalu Książki. Obok niej usiedli młodzi tłumacze a samo spotkanie poprowadziła Patrícia Pászt tak więc spotkali się wszyscy, którzy w taki czy inny sposób przyczynili się do węgierskiego wydania książki.

premiera książki

Anna Onichimowska i Patrícia Pászt

Lujza Mondovics czyta fragment książki

Kinga Somlói czyta inny fragment książki

W planach mamy odwiedzenie lipcowego Festiwalu literatury dziecięcej w Rabce-Zdroju z prezentacją na temat książki. Wśród prezentujących będą oczywiście przedstawiciele młodych tłumaczy.

Czy udało nam się osiągnąć cele, które postawiliśmy sobie na początku projektu? Chyba tak. Udało się go, mimo wszystkich wyzwań, przeprowadzić do końca, zaangażowanie młodych tłumaczy zostało zauważone i docenione w ich szkołach węgierskich, mogli cieszyć się efektem swojej ciężkiej pracy podczas prezentacji na Festiwalu Książki. Choć pewno nie do końca sobie z tego zdają sprawę, od dzisiaj na CV mogą umieszczać „opublikowane w formie książkowej tłumaczenie literackie”, co niewielu jest dane w wieku lat kilkunastu. Na ile projekt ten będzie początkiem ich długofalowego zaangażowania w kulturę będzie można powiedzieć dopiero za dłuższy czas.

Oto lista młodych tłumaczy (kolejność imię-nazwisko została określona przez każdego z nich z osobna, przypomnijmy, że robili to dla publikacji węgierskojęzycznej): Tomasz Bedyński, Zofia Bedyńska, Celichowski Emil, Modi El-Nagar, Daniel Haraszti, Kalinowski Virág, Keresztessy Márk, Mondovics Mária Lujza, Mónus Ida, Skrodzki Andrzej, Skrodzki Marko, Skrodzki Sandra, Sokołowska Kasia, Somlói Kinga, Szczerba Karina Dominika.

Prawie cała węgierska ekipa Dziesięciu stron świata

***

Ważne jest, że projekt jest modelem, który można użyć w dowolnym kraju, pracując z dowolną mniejszością i dowolnym językiem. Podobne tłumaczenie mogłaby zrobić, na przykład, polska szkoła w Belgii lub też czeski klub młodzieżowy działający w Hiszpanii.

By pomóc ewentualnie zainteresowanym powtórzeniem projektu poniżej parę sugestii.

1. W wyborze książki kieruj się popularnością danego tytułu w Polsce. Pomogą w tym nauczyciele, bibliotekarze – oraz listy bestsellerów.

2. Skonsultuj pomysł na książkę z wydawnictwem na samym początku projektu. Mogę mieć inne zdanie ze względu na inny rynek, na którym książka ma się pojawić. Powinni być do niego przekonani, tłumaczenie będzie wtedy miało większą szansę na sukces.

3. Nie wydawaj książki sam. Technicznie można oczywiście ją wyprodukować, problemem będzie jednak wtedy dystrybucja i koniec końców możesz zostać ze stertą książek, których nikt nie chce.

4. Nadzór profesjonalnego tłumacza nad pracą uczestników to gwarancja jakości tłumaczenia dla wydawnictwa.

5. Noce tłumaczy to element wspólnotowy projektu. Ich sukces wskazuje na potrzebę wspólnej pracy wśród tłumaczy.

6. Częsty i bliski kontakt z tłumaczami jest kluczow dla sukcesu projektu. W większości przypadków Messenger świetnie się sprawdzał. Pisać trzeba do każdego z osobna, co oznacza więcej pracy ale się to opłaci.

7. Pamiętaj o kontakcie z „drugim” światem młodych tłumaczy. Warto informować ich nauczycieli czy szkoły o udziale w projekcie a potem o ukazaniu się książki. Niech zauważą tam zaangażowanie i kompetencje swoich uczniów.

***

Projekt został zorganizowany przez szkołę przy ambasadzie polskiej (formalnie: Szkolny Punkt Konsultacyjny przy Ambasadzie RP), prawnie reprezentowanej przez Fundację Rodzice dla Szkoły Polskiej.

Jobbik ramię w ramię z gyurcsányistami

jezw

Odbyły się już dwie duże opozycyjne demonstracje powyborcze. W wielu punktach podobne (niepartyjne, trochę bez przywódców, bez jasnego celu) ale w szeregu innych odmienne.

Po pierwsze były one duże. Dawno już nie było na ulicach takich tłumów (organizatorzy rzucili liczbę stu tysięcy, innych szacunków nie widziałem, ludzi było na pewno kilkadziesiąt tysięcy), co tym bardziej jest godne uwagi, że opozycja właśnie została znokautowana przez Fidesz, który znów ma większość konstytucyjną.

tłum zbiera się na ulicy Andrássy 14 kwietnia, mimo, że zdjęcie zrobiłem z góry nie widziałem ani jednego końca

Wszędzie widoczne baloniki partii Momentum i Koalicja Demokratyczna - tutaj ludzie się zbierają na placu Kossutha 21 kwietnia

Facebookowa nazwa demonstracji (były dwie – 14 i 21 kwietnia a będą dalsze, najbliższa 8 maja) to Jesteśmy większością (Mi vagyunk a többség), która oddaje nastroje uczestników, czujących, że wybory ukradziono: Fidesz poprzez manipulacje i nieprawidłowości wyborcze oraz opozycja przez swoją indolencję.

plakat domający się nowych wyborów

Żądamy nowego systemu wyborczego

Wielkie wrażenia zrobiło zgodne demonstrowanie przez zwolenników krańcowo odmiennych ugrupowań politycznych połączonych sprzeciwem wobec Fideszu. Wspólna demonstracja jobbikowców, zwolenników partii Gyurcsánya, liberałów, itd. - o tym nie tak dawno nikomu się jeszcze nie śniło.

flaga Jobbiku koło balonika Koalicji Demokratycznej Gyurcsánya - kiedyś musiałby oddzielać je kordon policji

tatuaż rowaszem? to może być tylko jobbikowiec

Dalej, choć i tym razem demonstracje robili aktywiści facebookowi to jednak po raz pierwszy zabrzmiała tak ostra krytyka partii opozycyjnych i głosy nawołujące do utworzenia nowej opozycji. Najwyraźniej wyraził to Péter Márki-Zay, burmistrz Hódmezővásárhely, które nieoczekiwane zwycięstwo w wyborach uzupełniających w tym mateczniku Fideszu wzbudziło nadzieje na sukces opozycji w wyborach parlamentarnych.

Márki-Zay wyrasta zresztą na przywódcę tej nowej opozycji. To, że jest byłym członkiem Fideszu, który z partii wystąpił w sprzeciwie wobec korupcji, jego nawiązania religijne – wezwał uczestników demonstracji do „przekazania sobie znaku pokoju” - otwiera tę opozycję w stronę ludzi o przekonaniach prawicowych, którzy dotąd może nijak nie mogli się utożsamić z żadnym z obecnych ugrupowań opozycyjnych.

w trakcie demonstracji puszczano stare wypowiedzi Orbána, który kiedyś mówił takie rzeczy, z którymi wszyscy demonstrujący by się pewnie teraz zgodzili

Koniec demostracji - tradycyjne już podnoszenie komórek a także hymny Węgier i UE

Ciekawostką jest pojawienie się gazetek. Tak, w erze internetu, na demonstracji organizowanej przez facebooka i streamowanej na żywo przez media, natknąłem się na dwa przykłady czegoś na kształt bibuły. Pierwsze to wydanie nadzwyczajne zamkniętej po wyborach gazeta Magyar Nemzet (Magyar Nemzet szamizdát) a drugi to rozdawana gazetka Nyomtass te is! czyli Wydrukuj to!, gazetka o formacie A4 zamieszczana w internecie, którą każdy może wydrukować i kolportować.

Gazeciarka rozdająca samizdatowe wydanie Magyar Nemzetu

Bibuła 2018 - 39 numer, rocznik II

Na koniec smutniejsza uwaga. Mimo, że demonstracja była opozycyjna nikt ani słowem nie zająknął się w obronie dwóch ostatnich obiektów rządowych kampanii nienawiści: „migrantów” oraz Sorosa. Wydaje się, że pod tym względem Fidesz skutecznie narzucił swoją narrację.

żeby nie było jednak zbyt smutno jeden z bardziej montypythonowskich transparentów z demonstracji: "Fidesz - ég veled!" oznacza "Fideszie - żegnaj!"

dwie kobiety

lista "agentów Sorosa" z polskim nazwiskiem

jezw

Przed wyborami Viktor Orbán parę razy mówił o dwutysięcznej “armii Sorosa” działającej na Węgrzech. “Dokładnie wiemy, znamy ich z nazwiska, kto to taki i w jaki sposób pracuje po to by utworzyć z Węgier kraj imigrantów” powiedział w jednym z wywiadów. Zabrzmiało to jak cieńko zawoalowana groźba.

W poprzedni czwartek w bliskim Fideszowi tygodniku Figyelő ukazała się próbka tego co nas czeka. W artykule, podpisanym nota bene przez nieistniejącego dziennikarza, wymieniono około 200 nazwisk agentów Sorosa. Wśród nich pracownicy kilku nielubianych przez obecny rząd NGO-sów oraz wykładowcy CEU. Wśród nazwisk tych ostatnich jest i Polak: profesor Jacek Rostowski.

Ten fakt jest zdumiewający. W Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim trwa obecnie dyskusja co zrobić z Fideszem, który jest członkiem tej rodziny partyjnej wraz z, między innymi, Platformą Obywatelską. Powodem tych dyskusji są antysemickie tony a także ksenofobiczna retoryka, do których Fidesz uciekł się w kampanii wyborczej. Antagonizowanie PO, a przypomnijmy, że profesor Rostowski jest jej prominentnym członkiem, wydaje się być w tej sytuacji, hmm, taktyczną niezręcznością, pominąwszy już wogóle trącącą Orwellem całą koncepcję walki z wyimaginowanym wrogami.

Sama lista w Figyelő to na pewno nie koniec ścigania sorosowskich „wrogów ludu”. Fidesz zapowiedział, że pierwszą rzeczą, jaki nowy parlament zrobi będzie uchwalenie ustawy Stop Soros uniemożliwiającą działalność niewygodnych NGO-sów (nieco szczegółów tu). A temat listy wróci pewnie w innej formie.



Artykuł w Figyelő, źródło: index.hu

końcówka kampanii wyborczej

jezw

Dziś już wybory, ostatnia chwila więc by napisać coś o kampanii wyborczej zanim przestanie ona kogokolwiek interesować.

Była ona szczególna pod wieloma względami. Zatrzymam się nad trzema, które wydają mi się naważniejsze: straszenie migrantami, brutalnymi atakami na konkretne osoby a także próbami zbudowania współpracy opozycji.

O migrantach jako ulubionym ostatnio straszaku Fideszu pisałem już nie raz (na przykład tu). Trzeba powiedzieć, że do końca był to temat numer 1 dla tej partii, w zasadzie nie mówiła o niczym innym. Po ośmiu latach rządzenia, przed, jak się zdaje, kolejną kadencją w tematach gospodarki, służby zdrowia, oświaty, roli Węgier w EU, itd. Fidesz nie miał do powiedzenia nic.

Jasno i krótko: "Kandydaci Györgya Sorosa popierają imigrację. Kandydacji Fideszu obronią kraj."

Taki sam w zasadzie plakat był używany w kampanii brexitowej

Plakat z doklejką: Stop władzy

Odpowiedź rządowa na krytykę ze strony ONZ-tu sposobu w jaki Węgry traktują uchodźców: "ONZ chce byśmy w sposób ciągły przyjmowali migrantów. Węgry decydują, nie ONZ!"

Dowcipne choć niestety niepodpisane ulotki, które znalazłem w skrzynce na listy: "Szukam mieszkania do kupna ewentualnie wynajęcia w okolicy, hasło: Allah Akbar!" Nie udało mi się ustalić co to za numer telefonu.

Inna mocna, również niepodpisana, ulotka: "Pamiętajmy - dworzec Keleti 2015. Chcemy tego znowu? Pamiętajmy co było na dworcu Keleti w 2015 roku. Wiemy co jest stawką 8 kwietnia 2018 roku!"

Tak negatywnej kampanii jak dotąd jeszcze nigdy tu nie mieliśmy. Począwszy od ataków na liderów opozycji po niepodpisane ulotki dziwnie trafiające do skrzynek pocztowych razem z podobnymi w wykonaniu ulotkami Fideszu było tego dużo, mniej niż zwyczajowego zachwalania swoich kandydatów.

Plakat "Razem zburzyliby ogrodzenie graniczne" - klasyk kampanii - w formie ulotki. W oczy rzuca się przerażona mina Gábora Vony, lidera Jobbiku w towarzystawie, bądź co bądź, Żyda Sorosa. Zaciekawiony szukam na ulotce w jaki to też sposób ten skrajnie prawicowy polityk wyraził swoją wolę zburzenia ogrodzenia, znajduję cytat z jego wystąpienia w Turcji "Dla mnie islam to ostatni promyk nadziei". Acha.

Nasz lokalny kandydat doczekał się pięknej, kolorowej ulotki drukowanej na kredowym papierze choć niestety również niepodpisanej: "Lajos Oláh nie chodzi do pracy [jest obecnie posłem], raczej spędza czas na luksusowych wakacjach w Ameryce, Afryce, Azji i Europie."

"Według Lajosa Oláha migracja nie jest problemem. To nie do przyjęcia! Fakty są takie:
-w 2015 roku 2.4 miliona migrantów przybyło do Unii Europejskiej
-1 stycznia 2016 35.1 miliona migrantów urodzonych poza Europą mieszkało na terenie Unii Europejskiej
-w samej tylko Afryce w 2050 roku będzie 85 milionów potencjalnych migrantów
-w 2015 roku wiele dziesiątków tysięcy migrantów zalało dworzec Keleti
Nie wybierajmy polityka, który chce zburzyć ogrodzenie graniczne!"

Plakat innego kandydata - takie robótki ręczne na plakatach to obecnie raczej jednak amatorszczyzna

Nawet zwykłe korumpowanie wyborców mniej lub bardziej symboliczną kiełbasą wyborczą było w porównaniu ze straszeniem migrantami czy też atakowaniem oponentów niemrawe.

Taki list dostali wszyscy od Narodowych Zakładów Użyteczności Publicznej, a w nim informaja, że na podstawie decyzji rządu 23 marca 2018 obniża się nam rachunki za gaz o 12 000 forintów (160 złotych) "bo pogoda była zimna"

Bardziej dosłowna kiełbasa wyborcza: plakat zapraszający na koncert promujący kandydata Fideszu, w prawym dolnym rogu informacja, że trakcie rozdawana będzie zupa fasolowa na golonce

Opozycja, po przegranych przez Fidesz w swoim mateczniku, za jaki uchodzi miasto Hódmezővásárhely, wyborów uzupełniających na burmistrza, które wybrał popierany przez wszystkie partie opozycyjne kandydat niezależny, poczuła nagle wiatr w żaglach. Kwestia współpracy, dotąd rozważana tylko teoretycznie, stała się realną opcją.

Skąd jej potrzeba: na Węgrzech 106 ze 199 posłów wybieranych jest w okręgach jednomandatowych a wyborów jest jedna tura. Jak łatwo zrozumieć, w takich warunkach kandydat Fideszu może łatwo wygrać jeśli tylko opozycja wystawi kilku kandydatów, którzy podzielą głosy pomiędzy siebie choćby nawet razem reprezentowali większość wyborców.

Początkowo niemrawe próby koordynacji między partiami zostały ożywione szeregiem oddolnych inicjatyw wzywających do głosowania na tych kandydatów opozycji, którzy w danych okręgu mają największą szansę wygrać. Pojawiło się szereg list prezentujących tych kandydatów. Najważniejsza z nich to lista firmowana przez Pétera Márki-Zaya, zwycięzcę w niedawnych wyborach na burmistrza Hódmezővásárhely.

Odbity na ksero plakat nawołujący do "współpracy" - wszyscy wiedzą o co chodzi.

Jakie efekty kampania przyniosła dla wszystkich partii zobaczymy za chwilę. Publikuję te, często dość osobliwe, dokumenty by ocalić je od zapomnienia. Być może kiedyś trudno będzie uwierzyć, że tak wyglądała na Węgrzech kiedyś polityka.

© Jeż Węgierski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci