moje zdziwienia budapeszteńskie
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

 Creative Commons License
Jeż Węgierski is licensed under a Creative Commons Attribution 3.0 Poland License.
Based on a work at jezwegierski.blox.pl.
RSS
czwartek, 23 marca 2017

Było lato, a Rudabánya dojmujące i dołujące, upadłe i upodlone. Wjeżdzając od strony Szendrő, spodziewałem się zaniedbanego, zapomniajego miasta, ale jednak nie krajobrazu postapokalipsy. Przy wjeździe stały poszarzałe z rozpaczy niskie bloki, wokół nich ciągnęło się pochyłe klepisko i wszystko było w odcieniach szarości, brązu i czerni, nawet suszące się na sznurach pranie, jak ubrania w reklamach proszków do prania, gdy z jednej stron ekranu pokazuje się zszarzałą koszulę, a z drugiej śnieżnobiałą. W Rudabánya żaden proszek nie dałby rady. Pod jednym z bloków obwieszonych praniem i pordzewiałymi antenami stała śmiertelnie wychudzona, szara koza, która napierała na ścianę, nieomał się w nią wciskając, bo w to rozpaczliwie upalne popołudnie tam padał akurat maleńki skrawek cienia. W czymś, co trzeba by było chyba nazwać centrum miasta, odnowione i pomalowane były muzeum historii górnictwa i szkoła podstawowa, reszta wyglądała jak zęby zawziętego palacza. Patrzyłem i myślałem, że żadna wieś, żadna tanya, żadna upadła spółdzielnia rolnicza, żadne najstraszliwsze pusztańskie zadupie nie jest tak upiorne jak upadłe miasteczko poprzemysłowe.

Młodzi chłopcy siedzieli w oknach mieszkań na paterze i majtali nogami przerzuconymi przez parapet. Niektóre z okien pozbawione były nawet szyb, a mieszkańcy wyglądali jak uchodźcy. Gdyby przybyli tu ci prawdziwi, pomyślałem, natychmiast wróciliby do swoich objętych wojnami krajów. Pojechaliśmy kawałek wzdłuż potoku Ormos, a potem zawróciłem i z ulgą opuściliśmy Rudabánya, miasteczko zapomniane przez resztę świata, jakby było kolonią skazańców. Nie dałoby się tu trafić przypadkiem, bez mapy, ale czy choćby z mapą udało się komuś stąd uciec?

To fragment najnowszej książki Krzysztofa Vargi o Węgrzech (po Gulaszu z turula i Czardaszem z mangalicą) zatytułowanej Langosz w jurcie. Zacytowałem go bo zrobił na mnie największe wrażenie. W swoich podróżach po Węgrzech Varga dociera niekiedy do miejsc gdzie nikt inny nie zagląda jak ta właśnie Rudabánya. Nie odwiedzają ich turyści, nie jeżdzą tam dziennikarze tak bardzo niczego tam nie ma i nic się nie dzieje. A Varga te miejsca w dodatku opisuje tworząc ich unikalne, literackie portrety, zapisuje tak ich istnienie, którym nikt inny się nie zainteresuje.

Od ukazania się poprzednich książek z tej serii wiadomo Węgry Vargi różnią się od powszechnego wyobrażenia czy też stereotypów dotyczących tego kraju. Są one zwyczajne, może rozczarowujące ale autentyczne – prawdziwsze niż te z opisów katalogów turystystycznych czy wizji polskich lub węgierskich nacjonalistów.

Lektura książki była dla mnie, i zapewne innych freaków węgierskości, fascynująca. Jednak pewnie nie wszystkich jest w stanie urzec tak samo ze względu na masę nawiązań kulturalnych i historycznych, słów i nazw węgierskich: dla czytelników nieprzyzwyczajonych do tego języka zlewają się pewnie one w jedno wielkie áűúőéöüőíáóüűéíéá. Mam kolegę, który padł w trakcie książki właśnie z powodu braku tej znajomości świata węgierskiego.

Po ukończeniu książki pozostałem z pytaniem: a co na to wszystko Ewa, której Langosz jest dedykowany i która "była tam ze mną" jak pisze autor. Bardzo chciałbym przeczytać kiedyś jakiś wywiad z nią na temat jej wrażeń z tych podróży, włączając w to oczywiście wszystkie przygody kulinarne autora, o których pisze w liczbie pojedyńczej – a może po prostu ją samą o to wypytać.

A wyrażenie "wieprzowo-piwna ciąża" w odniesieniu do brzuchów robotników budujących drogę, na których natknął się Varga zostanie ze mną i zawsze będzie kojarzyć się z tą książką.

niedziela, 19 marca 2017

Ten nagrodzony ostatnio Złotym Niedźwiedziem film Ildikó Enyedi opowiada o miłości ale nie dla tych, którzy źle znoszą widok krwi. W zasadzie mógłby mieć spokonie inny tytuł, na przykład Miłość w rzeźni czy może Miłość wśród krwi. Bo dzieje się on właśnie w rzeźni i niewiele szczegółów uboju oszczędzonych jest widzowi, nie mówiąc już o realistycznej scenie samobójstwa.

Ta krwawość, obok humoru, o którym zaraz, chroni liryczną opowieść o miłości pomiędzy dwoma bohaterami przed topielą w cukiernicy. Ich historia, kontrapunktowana paralelnymi wątkami miłosnymi pobocznych bohaterów, odgrywa się w napięciu między cielesnośnią a duchowością właśnie.

Bohaterka jest autystką (to co najmniej drugi węgierski film z autystami w rolach głównych w ciągu ostatnich paru lat), która zaczyna pracę w rzeźni. Mimo świetnej pamięci fatalnie radzi sobie z kontaktami z innymi ludzi, uczy się budowania relacji jak się uczy matematyki. Niezdolna do spontanicznej więzi psychicznej uczyć się musi nawet dotyku i cielesności (ogląda w tym celu pornosy) – a jednak potrafi się zakochać.

Jej partnerem jest starzejący się mężczyzna po przejściach. Ma bezwładną rękę, co nie pomaga w relacjach z kobietami. Mimo, że wcześniej uznał, że niczego już nie oczekuje w życiu uczuciowym nagle zaczyna się interesować nową, dziwną pracowniczką. (Ciekawostka: postać tę gra nie zawodowy aktor ale dramaturg, który pierwszy raz w życiu zagrał w filmie).

Zbliżają ich sny: przypadkiem okazuje się, że oboje w snach są jeleniami i razem chodzą po lesie (sekwencje ich snów są najpiękniejszą częścią tego filmu).

Kiedy w końcu, pomimo oczywistych w tej sytuacji perypetii, trafiają do łóżka ich seks jest wymęczony: mężczyzna dyszy ale raczej z wysiłku niż z podniecienia a kobieta zdaje się, z pewnym zaciekawieniem, przyglądać temu co dzieje raczej niż brać w tym udział. Ten rodzaj spełnienia nie jest prostym happy endem, widać, że nic się do końca nie rozwiązało.

W filmie ważny jest humor. Wynika on najczęściej ze zderzenia autystycznych zachowań bohaterki ze światem nie-autystów ale pojawia się czarny humor w scenie samobójstwa (szczegółów nie zdradzę). Zabawny jest też psycholog pracujący z bohaterką w przychodni dla dzieci i bardzo zażenowany sytuacją.

Miłość jest wszędzie, jeśli nie są dla niej przeszkodą autyzm, rzeźnia, wiek ani bezwładna ręka gdzie i kiedy nie byłaby możliwa?

sobota, 18 marca 2017

Kis Grofó nie trzeba na Węgrzech przedstawiać. Ten wykonawca muzyki lakodalmas czyli węgierskiego odpowiednika disco polo jest tutaj megapopularny. Jaka to muzyka można sobie łatwo wyobrazić, próbka poniżej (33,324,997 odsłon do dnia dzisiejszego):

Takie właśnie utwory wziął sobie na warsztat projekt Vers Mindenkié czyli Wiersz dla każdego internetowej telewizji Nuheadztv. W ramach projektu znani aktorzy, ze pełną powagą i wykorzystaniem swojego aktorskiego warsztatu, deklamują teksty takich utworów nadając im zaskakująco odmienny charakter. Tak więc czy jest to kretyński tekst tyle, że mądrze recytowany? Czy też głęboki tekst zaśpiewany w idiotycznej piosence? Każdy niech zdecyduje sam. Jak ktoś nie zna węgierskiego to tym lepiej, w pełni można poddać się działaniu iluzji wykonania.

Poniżej tekst powyższej piosenki w wykonaniu również popularnego, choć nie aż tak jak Kis Grofó, aktora Jánosa Gálvölgyiego (1,169,567 odsłon). 

Więcej wierszy do znalezienia na youtubie pod kategorią Vers Mindenkié (pod każdym wideo podany jest link to oryginalnego wykonania).

Dzięki Chłopakowi za wprowadzenie mnie do węgierskiego świata dramatic reading [EN]!