Menu

Jeż Węgierski

moje zdziwienia budapeszteńskie

Sylwester na Akademii Muzycznej

jezw

Sylwestra spedzilismy na Akademii Muzycznej na koncercie Amadindy. Amadinda to grupa perkusyjna grajaca muzyke klasyczna (fascynuja sie Johnem Cagem tak na przyklad) ale przy tym potrafiaca zagrac bardzo rozrywkowo i to wlasnie zrobili w te noc Sylwestrowa. Sa ponadto wirtuozami z trudem dajacych sie policzyc instrumentow pojawiajacych sie na scenie a ze maja poczucie humoru zdolni sa do rzadkiego raczej humoru muzycznego, ktory, jak wszystkie inne przyklady humoru niewerbalnego, bardzo lubie.

 

Koncert zaczal sie o 11 w nocy. Sala pelna, towarzystwo raczej inteligenckie, widze nawet ambasadora polskiego (zniknie potem przed koncem koncertu). Pierwsza czesc – do polnocy – wypelniona muzyka klasyczna przepisana na intrumenty perkusyjne: madrygaly renesansowe, Ravel, fragmenty Dziadka do orzechow, wspolczesna kompozycja japonska, po czym Zoltan Racz, lider grupy, zaczyna grac na fortepianie hymn wegierski. Wszyscy wstaja, spiewaja. Rysio zdziwiony, tlumacze mu, ze to tutaj tradycja, zawsze spiewa sie hymn o polnocy w Sylwestra. Bylem kiedys na balandze, gdzie hymn ryczaly pijane dwudziestolatki, nic takiego. Po hymnie wszyscy przenosza sie do przedsionka, gdzie stoja stoly z szampanem i odbywa sie pol godziny picia. Widze nieco Japonczykow, Rysio ustawia sie, zebym mu zrobil zdjecia jak goruje na grupa raczej niewysokich Japonek.

 

Druga czesc jest juz luzniejsza. Zaczyna sie brawurowym wykonaniem polki Straussa, potem wystepuje kwartet uczniow czlonkow Amadindy z utworem wspolczesnym wspaniale wykonanym i swietnie przyjetym. Schody zaczynaja sie pozniej kiedy pojawia sie Gabor Presser niegdys z zespolu Locomotiv GT jesli ktos pamieta. Zaczynaja kompozycja pozbawiona slow i melodii pelna natomiast dzwiekow wydawanych przez instrumenty Amadindy oraz gardlo Pressera. Nie bardzo rozumiem o co chodzi, w miare potworne, wszyscy jednak uprzejmie klaszcza. Potem jest lepiej, zespol gra kawalki Lokomotivu przepisane na klasyczne instrumenty perkusyjne, wegierska czesc publicznosci bawi sie swietnie, Japonczykow nie widze. Koncert konczy sie o drugiej przy z klaszczaca jak oszalala, gwizdzaca oraz tupiaca publicznoscia, niezle jak na Akademie Muzyczna.

 

Odprowadzany Sliwke spac, do nastepnego, albo raczej juz tego, dnia pracuje a my z Rysiem ruszamy jeszcze w miasto. Ulice zaslane rurkami petard oraz fajerwerkow, w paru miejscach sceny na ulicach i tanczacy tlum wsrod rozbitych butelek i innych smieci. Punkty sprzedajace gyros otwarte, robia swietny interes. Wszyscy w miare zapruci mimo tego, ze grzane wino sprzedawane kolo scen jest dosc silnie rozcienczone. Rysio zdziwiony, ze tlum jest calkowicie nieagresywny. Tlumacze mu, ze na Wegrzech zawsze tak jakos jest, choc pojecia nie mam jak to robia.

 

Odwiedziny Ryska

jezw

Rysiek przyjecha odwiedzic nas z Warszawy. Zabralismy go na wycieczke miedzy innymi do Zsambeku, gdzie znajduja sie ruiny premonstraterskiego kosciola zbudowanego w stylu romanskim. To juz samo w sobie jest rzadkie, bo Turcy a potem pewnie i Austryjacy tyle zburzyli w ciagu swych rzadow, ze zabytkow na Wegrzech, przynajmniej z porownaniu z Polska, jest duzo mniej. (Ciekawostka jest fakt, ze duzo piwnic winnych ma po kilkaset lat, kiedys bylem w piwnicy ponadsiedemsetletniej, do dzis zreszta uzywanej). Druga interesujaca rzecza jest to, ze kosciol zniszczylo trzesienie ziemi w 1763 roku. Ruiny robia niesamowite wrazenie i wciaz woze tam gosci. Zobaczcie zreszta sami.

Rysiek przywiozl pare filmow dolaczanych do czasopism. Wie, ze zbieram je bo z powodu Chlopaka trudno nam sie chodzi do kina. W Polsce sa one jakies trzy-cztery razy tansze niz na Wegrzech, nie mam pojecia czemu tak jest. Zeby tylko miec to kiedy ogladac!

 

Rysiek poszedl sobie do kapieli Szechenyego. Tlum wielki, mowil, musial czekac na wolna szafke. Pewnie ludzie, ktorzy przyjechali tu na Sylwestra. Sporo Polakow, Rosjan oraz Ukrancow, tym razem latwych do rozponania po pomaranczowych szalikach i wstazkach.

Budapeszt przed Sylwestrem

jezw

Ciezkawo nieco przed Sylwestrem. W miescie - az do drugiego stycznia - poza zamkiem oraz wyspa Malgorzaty mozna parkowac bezplatnie w zwiazku z tym hulaj dusza, wszystko zatkane. Pojechalem z Chlopakiem wykorzystac kupony do sklepow Match, ktore Sliwka dostaje w pracy i ktore przychodza jej do glowy dopiero w ostatnich dnia roku tuz przed utraceniem waznosci, a tu na Andrassy nawet mazyc nie mozna o zaparkowaniu i nawet West End, ku memu wielkiemu zaskoczeniu, bez miejsc na parkingu. Wracamy z pustymi rekoma.

Na dodatek wyczerpala mnie poczta. Przyszla paczka z Debreczynu i z Polski, po kazda trzeba isc na inna poczta, w dodatku zadna z tych poczt nie jest blisko naszego domu. Klopoty z parkowaniem, w dodatku wszystko w ulewnym deszczu. Ponadto mam poplacic rachunki przelewani, na zadnej z tych poczt nie jest to mozliwe. I zeby mnie juz calkiem dobic, jak zawsze nie daje rady zgadnac czy stanac w ogonku do okienka z numerem mojej dzielnicy czy tez do numeru sasiedniej, zreszta nigdy mi sie to nie udaje. Stojac w kolejce klne bezglosnie bo jestem na kolejku uwarunkowany negatywnie przez lata socjalizmu i wymyslam kary dla poczty, ktora nie moze tak zorganizowac swojego funkcjonowania, zebym ja jako pojedynczy czlowiek mogl korzystac z jej uslug w jednym miejscu w jednym czasie, najokrutniejsze wydaje mi sie demonopolizacja z jakims prywatnym menedzerem, ktory zacznie od wywalenia polowy personelu za nieuprzejmosc. Nie, poczta nie jest moim ulubionym miejscem przebywania.

Podobny stres w kolejce na lodowisko. Chlopak zaproponowal, zeby pojsc na lyzwy, swietnie. Ruszamy do lasku miejskiego, gdzie zima na sztucznym stawie jest sztuczne lodowisko. Bardzo ladne, kolo mostu, kasy i przebieralnia w pawilonie z przelomu XIX i XX wieku. W przeciwienstwie do dnia wczorajszego, kiedy bilety kupilismy w przeciagu trzech minut dzis pol godziny stania. I znow bolesne wspomnienia, tym razem nie z socjalizmu ale z Londynu z kolejarzami sprzedajacymi bilety z torby zeby rozladowac ogonek. Z chlopakiem jezdzimy za reke przez jakies pietnascie minut, potem mowi mi, ze juz dosyc, wracamy do domu.

Mile wspomnienie z rynku bio (nie jestem pewien czy tak mowi sie po polsku czy tez inaczej, po angielsku jest to organic food). Kupuje owoce dla Chlopaka jednoczesnie rozmawiajac ze sprzedawca oraz odpowiadajac na pytania Chlopaka. Nie ma drobnych, sprzedawca mowi po polsku dziekuje oraz, ze nie mam dalej szukac, wszystko jest ok. Wyglada to na jeszcze jeden przyklad praktycznego aspektu przyjazni polsko-wegierskiej. Kiedys, pamietam, lekarz, ktory robil mi EKG nie chcial przyjac zwyczajowej koperty cytujac Polak Wegier dwa bratanki. Zawsze mowie, ze jesli ktos chce emigrowac do kraju gdzie po prostu lubia Polakow powinien przyjezdzac tutaj. Jak tylko sie zorientuja skad pochodze zaraz sie ciesza.

zaczynam!

jezw

Zaczynam! Ten blog to cos w rodzaju postanowienia noworocznego. Od ladnych paru lat mieszkam juz na Wegrzech i czuje potrzeba opowiadania innym tego co tu widze o co tym co widze sobie czasem mysle. Mam pare osob na mysli, dla ktorych to glownie robie i ktore o tym blogu zawiadomie ale ucieszylbym sie gdyby blog ten czytali tez inni ludzie, ktorych w taki czy inny sposob Wegrami sie interesuja. Mam tez nadzieje, ze pisanie po polsku pomoze mi zachowac pewna sprawnosc w tym jezyku, nawet jesli robic to bede bez polskich liter, ktorych poki co nie potrafie jeszcze bez problemu uzywac na tym moim komputerze. Nie bardzo w to kiedys wierzylem, ale nawet czlowiek w pelni wyksztalcony w Polsce moze zaczac (mam nadzieje, ze tylko tyle:) zapominac jezyk. Od kiedy Chlopak sie urodzil mam z kim mowic po polsku regularnie, z pisaniem pozostaja sztywnawe listy do rodziny oraz krotkie choc na szczescie zywe e-maile do kolegow.

Mala uwaga: pozostaje anonimowy a wszystkie imiona wspomniane na tym blogu nie sa rzeczywiste. Moi znajomi, koledzy, przyjaciele, rodzina maja prawo sami decydowac jak bardzo publicznymi osobami byc zechca.

© Jeż Węgierski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci