Menu

Jeż Węgierski

moje zdziwienia budapeszteńskie

Wpisy otagowane : kultura

dwujęzyczne nastolatki tłumaczą literaturę piękną

jezw

Wśród uczniów uczęszczających do Szkoły Polskiej przy Ambasadzie RP w Budapeszcie mniej więcej połowa pochodzi z mieszanych rodzin polsko-węgierskich, są oni dwujęzyczni i dwukulturowi. Ich polska i węgierska tożsamość funkcjonują paralelnie, niezależnie od siebie, brak kontaktów pomiędzy ich „polskim” i „węgierskim” życiem. W szkole węgierskiej traktowani są jako Węgrzy, w szkole polskiej jako Polacy. Tymczasem mają oni złożoną, podwójną tożsamość, dla której brakuje przestrzeni by się mogła w pełni okazać.

To spostrzeżenie leżało u podstawy projektu Młodzi tłumacze, w ramach którego grupa takich młodych ludzi przetłumaczyła wspólnie na węgierski książkę Anny Onichimowskiej pt. Dziesięć stron świata. Książka, jej węgierski tytuł to A világ tíz égtája, została wydana przez wydawnictwie Typotex, ukazała się na niedawnym, kwietniowym Festiwalu Książki.

Projekt miał dać dwujęzycznym uczniom szkoły okazję do zademonstrowania swoich językowych zdolności oraz do celebrowania ich dwujęzyczności i dwukulturowości. Przy okazji miał on zainspirować uczestników to angażowania się działania na pograniczu obu kultur.

Dziesięć stron świata Anny Onichimowskiej przedstawia dziesięć epizodów z życia współczesnych piętnastolatków żyjących na różnych kontynentach, między innymi w Japonii, Indiach, USA ale też Polsce czy Ukrainie. Niezależnie od kraju zamieszkania, pochodzenia czy statusu materialnego bohaterów łączy to, że właśnie stają przed pierwszymi dorosłymi wyborami w życiu. Nie wiemy jak wybiorą, kim się staną, jakimi ludźmi będą tak jak nie wiedzą tego same piętnastolatki.

Pomysł projektu zrodził się w 2016 w środowisku rodziców, nauczycieli i przyjaciół szkoły. Szukaliśmy książki do przełożenia, na Dziesięć stron świata wybór padł z szeregu powodów. Rekomendowali ją nam zapytani nauczyciele i bibliotekarze w Polsce jako książkę, którą młodzi czytelnicy chętnie czytają (doczekała się trzech wydań). Sam tekst nie był zbyt długi, językowo nie stanowił wielkiego wyzwania dla początkujących tłumaczy a dziesięć opowiadań, z których się składa w naturalny sposób dzieliło go na części do tłumaczenia.

Możliwość udziału w projekcie ogłoszono jesienią 2016 roku wśród uczniów klas gimnazjalnych i licealnych szkoły. Zainteresowanie przewyższyło oczekiwania: zamiast spodziewanych 10 uczestników (tylu, ile rozdziałów w książce) do projektu zgłosiło się 15 uczniów. Warto dodać, że w szkole uczy się, na dwunastu poziomach, wszystkiego około 100 uczniów.

Po grudniowym szkoleniu przeprowadzonym przez Patrícię Pászt, którą, jako doświadczoną tłumaczkę poprosiliśmy o nadzór nad pracą młodych tłumaczy oraz o końcową redakcję tekstu, tekst rozdzielono pomiędzy tłumaczy. Krótsze rozdziały przypadły w całości jednej osobie, większe rozdzielono pomiędzy więcej uczestników.

W pierwotnym zamierzeniu tłumaczenia miały być dostarczane tłumaczce do poprawy porcjami każdego miesiąca tak by do końca roku szkolnego każdy skończył swój fragment tekstu. Jak się jednak można było spodziewać, natychmiast pojawiły się opóźnienia. By zmobilizować uczestników dwukrotnie zorganizowaliśmy „noc tłumaczy”. Założenie było takie, spotkać w się w szkole w piątkowy wieczór i razem pracować nad tłumaczeniem. Na kolację mieliśmy zamówić pizzę, późnym wieczorem obejrzeć polski film a potem spać na podłodze w śpiworach.

Ci młodzi tłumacze, którzy akurat mieli czas, chętnie pracowali razem. Pomysł z pizzą przyjęty był entuzjastycznie, podobało im się, że w trakcie grała muzyka, nie upierali się jednak by oglądać film a spać woleli w domu. W sumie i tak te dwie „noce tłumaczy” pozwoliły nadgonić opóźnienia. Ponieważ ci, co byli gotowi wcześniej pomagali bardziej opóźnionym w sumie całość tekstu była gotowa do końca czerwca. Co ważne, żaden z uczestników projektu się nie wykruszył.

Do nauczycieli węgierskiego młodych tłumaczy pod koniec roku szkolnego zostały wysłane listy podpisane przez konsula, w którym informowano ich o udziale ich uczniów w projekcie. Listy zostały bardzo dobrze przyjęte, były wypadki kiedy odczytano je przed całą klasą.

W międzyczasie znaleźliśmy wydawnictwo, wspomniany Typotex, które zgodziło się wydać książkę.

Równolegle do pracy nad tłumaczeniem dużo czasu pochłaniało nam zdobywanie funduszy na projekt. Potrzebne były pieniądze na honorarium dla tłumaczki, na subwencję dla wydawnictwa i na promocję. Pomogli nam Instytut Polski, samorządy mniejszościowe (stołeczny, z dzielnic II i XIII oraz z Szentendre) oraz Ambasada Polska. Wydawnictwo złożyło wniosek do Instytutu Książki, który również wsparł projekt.

Do Budapesztu udało się ściągnąć Annę Onichimowską, która wzięła udział w wydarzeniu promocyjnym w ramach Festiwalu Książki. Obok niej usiedli młodzi tłumacze a samo spotkanie poprowadziła Patrícia Pászt tak więc spotkali się wszyscy, którzy w taki czy inny sposób przyczynili się do węgierskiego wydania książki.

premiera książki

Anna Onichimowska i Patrícia Pászt

Lujza Mondovics czyta fragment książki

Kinga Somlói czyta inny fragment książki

W planach mamy odwiedzenie lipcowego Festiwalu literatury dziecięcej w Rabce-Zdroju z prezentacją na temat książki. Wśród prezentujących będą oczywiście przedstawiciele młodych tłumaczy.

Czy udało nam się osiągnąć cele, które postawiliśmy sobie na początku projektu? Chyba tak. Udało się go, mimo wszystkich wyzwań, przeprowadzić do końca, zaangażowanie młodych tłumaczy zostało zauważone i docenione w ich szkołach węgierskich, mogli cieszyć się efektem swojej ciężkiej pracy podczas prezentacji na Festiwalu Książki. Choć pewno nie do końca sobie z tego zdają sprawę, od dzisiaj na CV mogą umieszczać „opublikowane w formie książkowej tłumaczenie literackie”, co niewielu jest dane w wieku lat kilkunastu. Na ile projekt ten będzie początkiem ich długofalowego zaangażowania w kulturę będzie można powiedzieć dopiero za dłuższy czas.

Oto lista młodych tłumaczy (kolejność imię-nazwisko została określona przez każdego z nich z osobna, przypomnijmy, że robili to dla publikacji węgierskojęzycznej): Tomasz Bedyński, Zofia Bedyńska, Celichowski Emil, Modi El-Nagar, Daniel Haraszti, Kalinowski Virág, Keresztessy Márk, Mondovics Mária Lujza, Mónus Ida, Skrodzki Andrzej, Skrodzki Marko, Skrodzki Sandra, Sokołowska Kasia, Somlói Kinga, Szczerba Karina Dominika.

Prawie cała węgierska ekipa Dziesięciu stron świata

***

Ważne jest, że projekt jest modelem, który można użyć w dowolnym kraju, pracując z dowolną mniejszością i dowolnym językiem. Podobne tłumaczenie mogłaby zrobić, na przykład, polska szkoła w Belgii lub też czeski klub młodzieżowy działający w Hiszpanii.

By pomóc ewentualnie zainteresowanym powtórzeniem projektu poniżej parę sugestii.

1. W wyborze książki kieruj się popularnością danego tytułu w Polsce. Pomogą w tym nauczyciele, bibliotekarze – oraz listy bestsellerów.

2. Skonsultuj pomysł na książkę z wydawnictwem na samym początku projektu. Mogę mieć inne zdanie ze względu na inny rynek, na którym książka ma się pojawić. Powinni być do niego przekonani, tłumaczenie będzie wtedy miało większą szansę na sukces.

3. Nie wydawaj książki sam. Technicznie można oczywiście ją wyprodukować, problemem będzie jednak wtedy dystrybucja i koniec końców możesz zostać ze stertą książek, których nikt nie chce.

4. Nadzór profesjonalnego tłumacza nad pracą uczestników to gwarancja jakości tłumaczenia dla wydawnictwa.

5. Noce tłumaczy to element wspólnotowy projektu. Ich sukces wskazuje na potrzebę wspólnej pracy wśród tłumaczy.

6. Częsty i bliski kontakt z tłumaczami jest kluczow dla sukcesu projektu. W większości przypadków Messenger świetnie się sprawdzał. Pisać trzeba do każdego z osobna, co oznacza więcej pracy ale się to opłaci.

7. Pamiętaj o kontakcie z „drugim” światem młodych tłumaczy. Warto informować ich nauczycieli czy szkoły o udziale w projekcie a potem o ukazaniu się książki. Niech zauważą tam zaangażowanie i kompetencje swoich uczniów.

***

Projekt został zorganizowany przez szkołę przy ambasadzie polskiej (formalnie: Szkolny Punkt Konsultacyjny przy Ambasadzie RP), prawnie reprezentowanej przez Fundację Rodzice dla Szkoły Polskiej.

Popularny rabuś Viszkis

jezw

Rabuś Viszkis, zwany tak z węgierska od swojego zwyczaju picia lufki whisky przed kolejnym napadem na bank czy urząd pocztowy, działał w Budapeszcie w latach 1993-99 popełniając w tym czasie trzydzieści rabunków. Tę imponującą serię akcji, przerwanych aresztem, z którego uciekł, przeprowadził przy bezsilności policji oraz sporego zainteresowania społeczeństwa systematycznie karmionego przez media, zwłaszcza brukowce, szczegółami kolejnej napaści.

O Viszkisu powstał niedawno film. Nakręcił go nie byle kto bo Nimród Antal, reżyser mający na koncie Kontrolerów (Kontroll) obecnie pracujący w Hollywood. Antal wie jak kręcić kino akcji, film wciąga tak, że w jego trakcie nie bardzo myśli się o popcornie ani o nachosach. Historia Viszkisa jest na tyle znana, że nie będzie spoilerem jeśli ją streszczę.

Attila Ambrus, bo tak się nazywa Viszkis, urodził się w rumuńskim Siedmiogrodzie w czasach Ceaucescu. Matka opuściła go kiedy był jeszcze mały, wychowywała go babcia. Jeszcze jako dziecko dopuszczał się kradzieży i trafił do zakładu poprawczego. Uciekł na Węgry podczepiony pod wagonem kolejowym w 1988 – wtedy nie dało się legalnie tutaj przyjechać. Jeszcze w Rumunii grał jako bramkarz w zespole hokejowym, na Węgrzech udało mu się zaczepić w jednym z klubów i rozpocząć tu karierę sportową.

W międzyczasie zajął się też, początkowo sam, później z towarzyszem, rabowaniem banków i poczt. Po jednym z rabunków został zatrzymamy, ale uciekł z aresztu i zanim zamknięto go na dobre zdołał przeprowadzić kolejne trzy napady. Skazano go na 17 lat ale więzienie opuścił po dziesięciu latach za dobre sprawowanie. W trakcie wyroku nauczył się ceramiki i obecnie utrzymuje się ze sprzedaży swoich wyrobów.

W całej historii Viszkisa najciekawszy jest dla mnie ludowy kult, jakim się cieszył wówczas i jakim w pewnej mierze do dzisiaj się cieszy. Najlepszym tego wyrazem była powstała w trakcie trwającej jeszcze serii rabunków koszulka Whiskys – BM 28:1, félidőben 27:0 czyli Whiskys – MSW 28:1, do przerwy 27:0 (koszulka powstała zanim jeszcze Viszkis ostatecznie trafił za kratki).

Kibicowano wówczas nie policji a rabusiowi. Kult Viszkisa trwa i dziś, niedawno zauważyłem, że popularna sieciowa burgerownia Zing oferuje burgera nazwanego właśnie Viszkis.

Nie wiem skąd się wziął ten kult. Słyszałem wyjaśnienia, że był wyrazem niechęci do banków, do policji czy też do elity politycznej. Jak pisałem kiedyś, odpowiadał on dość dokładnie przypisywanemu często Cyganom w ramach modelu „przestępczości cygańskiej” kultowi kryminalistów.

Tak czy siak, Viszkis pozostaje jednym z symboli chaotycznych, choć nie tak jak w Polsce, lat 90-tych.

Film o gwałtach wojennych

jezw

Coś się dzieje w kinie węgierskim: po latach posuchy taniej, zwykle kiepskiej, komercji i różnej jakości filmów artystycznych coraz więcej pojawia się filmów, które próbują powiedzieć coś ważnego, czy to o teraźniejszości czy to przeszłości (wcześniej o interesujących filmach pisałem tu, tu czy tu). W ten nurt wpisuje się niedawno pokazany film pt. Aurora borealis (Zorza polarna), który porusza temat powojennych gwałtów na Węgierkach.

Ten temat to na Węgrzech tabu i to mimo tego, że przed laty ukazała się wybitna książka na ten temat pt. Asszony a fronton, która pojawiła się po polsku pt. Kobieta na froncie w Literaturze na Świecie (2014, nr 3/4, s. 339-373). Nie dziwi to o tyle, że na Węgrzech w ogóle mało mówi się o tym okresie, niewiele jest wspomnień, upamiętń, dyskusji. Wojenna trauma jest przemilczana.

Film dzieje się równolegle w dwóch okresach. Pierwszy to współczesność: stara kobieta, która robi przerażające lalki, traci przytomość i trafia do szpitala. Przyjeżdza do niej mieszkająca na stałe we Wiedniu córka. Otarcie się o śmierć matki powoduje, że kobiety zaczynają ze sobą rozmawiać. Córka powoli, krok po kroku, dowiaduje się strasznych rzeczy o przeszłości matki i o samej sobie. Rekonstrukcja tego to drugi plan filmu.

Matka uciekając z ukochanym z Węgier do Austrii natyka się na, wówczas radzieckich, strażników granicznych. Zostają ostrzelani, jej ukochany ginie, ona sama zostaje wielokrotnie zgwałcona. W Austrii ucieka swoim prześladowcom, ale że wówczas kraj znajduje się pod okupacją sowiecką nie oznacza to, że jest już bezpieczna i że jej przygody się zakończyły. Najdramatyczniejsze rzeczy dopiero tu się wydarzą – to o nich dowie się córka podczas rekonwalescencji matki. Nie opowiadam, dowiedzcie się ich razem z córką oglądając ten film.

Film jest mocny, zarówno przez temat oraz poprzez swoją niesamowitą historię. Świetna jest też rola matki (wielka aktorka Mari Törőcsik, która obecnie jest w szpitalu – być może to jej ostatnia rola w życiu), która niestety kontrastuje z bardziej przeciętnymi kreacjami pozostałych aktorów.

Szkoda, że psuje go szereg błędów: mieszkająca od urodzenia w Austrii córka mówi po niemiecku z akcentem węgierskim, zakonnica pracująca w szpitalu wygląda tak samo w 1953 roku jak i obecnie, ojciec, który rozmawia z synem po hiszpańsku pisze mu smsa po angielsku, itd. Rozpraszają one, psują iluzję opowieści filmowej

Tak czy siak Aurora Borealis należy docenić. I to tym bardziej, że to dzieło czysto węgierskie: w Polsce, owszem, powstała Róża, ale już film o gwałtach na zakonnicach (Niewinne) musiała Francuzka.

Ciekawostką jest, że w filmie głównej roli o mało co nie zagrała Agata Kulesza. Chciała jej bardzo reżyserka (Márta Mészáros) ale ponieważ film został sfinansowany w większości przez fundusze węgierskie musiała zaangażować aktorkę węgierską (Ildikó Tóth). Pojawili się w nim jednak polscy aktorzy (Ewa Telega i Lesław Żurek), którzy zagrali drugoplanowe role. Stanowią oni, obok operatora Piotra Sobocińskiego Jr., polski akcent w filmie. Może choćby dlatego film zostanie pokazany w Polsce – powinien.

dezerter

jezw

Byliśmy niedawno w Szekszárdzie a tam odwiedziliśmy, między innymi, muzeum Miklósa Mészölya. Na ścianie znajduje się powiększony tekst z obwoluty książki tego pisarza z 1979 roku pt. Szárnyas lovak. Po polsku brzmi on tak:

Urodziłem się w Szekszárdzie w 1921 roku. W Budapeszcie zostałem doktorem prawa; bywało, że później napisanie zwykłego podania potrafiło mnie wprawić w zakłopotanie. Jako młody aplikant ocaliłem mordercę przed wyrokiem śmierci, mnie natomiast – każdemu to, co mu się należy – zabrano na front. Uciekłem, schwytano mnie, na drodze łaski znów wysłano mnie na front, w Serbii trafiłem do niewoli, stamtąd uciekłem do domu. Dużo zajmowałem się sportem, mało brałem udział w zawodach. Pasjami polowałem, ale później wojna odebrała mi od tego ochotę. Byłem kontrolerem we młynie, robotnikiem, żniwiarzem, właścicielem prowincjonalnej gazety, dramaturgiem w teatrze lalkowym. Będąc bezdzietnym, do 1956 roku publikowałem wyłącznie bajki dla dzieci. Od lat jestem już jakby tylko pisarzem, i to (biorąc wszystko pod uwagę) to jakby więcej, jakby mniej, niż to, co było przedtem; niezdecydowane lata, młodość. Najwyraźniej starzeję się. Tak wyszło, że nigdy nie należałem do żadnej grupy, żadnego kierunku. Zawsze pociągało mnie pozostawanie na zewnątrz wspólnego kręgu; z tą naiwnością, że tak będę bardziej konsekwentnie zaangażowany wobec człowieka jakkolwiek by się nie prezentował na zewnątrz. Nie jest to naiwność, która się opłaca; ale gdybym i mógł to nie zrobiłbym niczego inaczej.

W tekście zaintrygował mnie fragment o dezercji z frontu. Nie ma tam tego, ale mowa jest o latach 1943-44 czyli to już raczej końcówka wojny a nie bardziej optymistyczne początki lat 40-tych. Tak czy siak, takie obnoszenie się z dezercją mnie zdziwiło.

W Polsce, nie żeby tam nigdy nikt nie zdezerterował, ale nie bardzo wyobrażalne jest takie się z tym obnoszenie. Dosyć pomyśleć o Gombrowiczu, któremu nigdy nie zapomniano, że w sierpniu 1939 roku nie wrócił do Polski walczyć ale pozostał w Argentynie. A na Węgrzech, tak mi się zdaje, nie jest to wstydliwym tematem. Jeden z najgłośniejszych filmów wojennych (A tizedes meg a többiék czyli Kapral i reszta) opowiada o szwejkowskiej bandzie dezerterów próbujących dociągnąć jakoś do końca wojny. Inna jest narracja historyczna, inna jest narracja o bohaterach (pisałem o tym już kiedyś). Kolejna różnica między tymi naszymi dwoma krajami.

Tak, żeby było jasne: nie chciałbym by ktoś zrozumiał, że chciałbym spostponować Miklósa Mészölya. Chodzi mi tylko o podejście do dezercji w węgierskiej narracji historycznej i różnicy pomiędzy nią a narracją polską.

 

dezerter węgierski w budapeszteńskim mieszkaniu, źródło: Wikipedia

Księżyc Jupitera

jezw

Kolega miał niedawno jechać do Włoch ze znajomymi. Wszyscy z własnymi kamperami więc decyzja dokąd by tu teraz czy też gdzie spać podejmowana będzie w zasadzie zupełnie spontanicznie. Rozmawiamy jakie to miejsca zamierzają odwiedzić, mówi, że chciałby na Sycylię ale nie wie czy się uda. Czemu, pytam. A bo tam są uchodźcy i znajomi się boją. Byłem niedawno na Sycylii, mówię, i żadnych uchodźców nie widziałem. Bo mafia ich ukrywa, brzmi odpowiedź, żeby nie psuli interesu.

Tak się na Węgrzech w dużej mierze myśli o uchodźcach. Z tej mieszanki strachu, uprzedzeń, niewiedzy – i nienawiści – dumni mogą być rządowi propagandyści, to w sporej mierze ich zasługa. Odmienne głosy są rzadkie i z trudem przebijają się przez ten quasi monopol oficjalnej niechęci.

Dlatego z ciekawością wybrałem się na film Kornéla Mundruczó pt. Księżyc Jupitera (Jupiter holdja), który tematyki uchodźców/migrantów odważnie się podjął. Tym bardziej, że Mundruczó to jeden z najbardziej wyrazistych węgierskich reżyserów, który nie unika ciężkich tematów ani ostrych środków wyrazu. Tu na blogu pisałem kiedyś o jego spektaklu na temat handlu kobietami i zmuszaniu ich do prostytucji (Trudno być bogiem) oraz o filmie z przerażającą wizją buntu psów (Biały bóg). Swoją drogą w 2012 roku Mundruczó wyreżysował Nietoperza dla teatru TR Warszawa, więc i w Polsce nie jest nieznany.


SPOILER – TREŚĆ FILMU

Przez granicę węgierską próbuje się przedostać grupa uchodźców. Przemytnicy ładują ich na łodzie, jedna z nich się wywraca, płyną do brzegu. Zaczyna się obława policyjna, łapią ich jednego po drugim. Jedenego z uchodźców próbuje zatrzymać tajniak, gdy ten zamiast podnieść ręce do góry sięga do kieszeni, zostaje przez tajniaka zastrzelony.

Uchodźca pada na ziemię, okazuje się jednak, że zamiast umrzeć żyje dalej, co więcej, na skutek incydentu nabiera zdolności do lewitacji. Kiedy zauważy to lekarz-kombinator pracujący w przygranicznym ośrodku dla uchodźców, wyciąga do stamtąd by czerpać z tego zyski. Dowiaduje się o tym też tajniak – oficer policji, który zaczyna ich szukać. Ten pościg staje się osią filmu.

Tytułowy księżyc Jupitera nazywa się Europa i to o niej a nie o samych Węgrzech chciał zrobić film Mundruczó. Uchodźcę zresztą gra aktor węgierski a lekarza-Żyda Gruzin, moim zdaniem nieprzypadkowo, historia ma być bardziej uniwersalna w charakterze.

Film nie ma jednoznacznego przekazu ale spróbuję opisać co z niego wyłuskałem. Uchodźcy wprowadzają do naszego materialnego świata reprezentowanego przez cwaniaka lekarza i cynicznego policjanta pewien pierwiastek nadzwyczajności. Wyrywają z rutyny codzienności, stawiają fundamentalne pytania. Dzięki nim znów mamy okazję uratować komuś życie – albo też je za kogoś oddać.

Uchodźcy potrzebują pomocy ale zarazem mogą pomóc Europie powrócić do wartości.

Te moralne wyzwania kontrastują z przeciętnością postaci w filmie. Nie ma tu żadnych aniołów, wszyscy są moralnie wieloznaczni. Także między uchodźcami znajdzie się i terrorysta, który wysadzi się w metrze powodując wiele ofiar.

Mimo częstego poczucia braku zrozumienia o co chodzi w tym co się dzieje przed naszymi oczyma film przy oglądaniu wciąga. Scena pościgu samochodowego kręcona jednym sznytem ze zderzaka samochodu jest bodaj najlepszą sceną tego rodzaju w całym kinie węgierskim. Chaos w przygranicznym ośrodku poraża realnością. Z aktorów przykuwa uwagę György Cserhalmi wcielającego się w postać policjanta, jak się zdaje, realistyczniej niż prawdziwi oficerowie tej służby.

Nawet jeśli przesłanie filmu trudno zrozumieć czy sformułować to już sama wieloznaczność przekazu dotyczącego uchodźców kontrastuje z toporną rządową propagandą nienawiści wobec nich. I choćby dlatego wart jest zauważenia.

© Jeż Węgierski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci