Menu

Jeż Węgierski

moje zdziwienia budapeszteńskie

Wpisy otagowane : kultura

Film o gwałtach wojennych

jezw

Coś się dzieje w kinie węgierskim: po latach posuchy taniej, zwykle kiepskiej, komercji i różnej jakości filmów artystycznych coraz więcej pojawia się filmów, które próbują powiedzieć coś ważnego, czy to o teraźniejszości czy to przeszłości (wcześniej o interesujących filmach pisałem tu, tu czy tu). W ten nurt wpisuje się niedawno pokazany film pt. Aurora borealis (Zorza polarna), który porusza temat powojennych gwałtów na Węgierkach.

Ten temat to na Węgrzech tabu i to mimo tego, że przed laty ukazała się wybitna książka na ten temat pt. Asszony a fronton, która pojawiła się po polsku pt. Kobieta na froncie w Literaturze na Świecie (2014, nr 3/4, s. 339-373). Nie dziwi to o tyle, że na Węgrzech w ogóle mało mówi się o tym okresie, niewiele jest wspomnień, upamiętń, dyskusji. Wojenna trauma jest przemilczana.

Film dzieje się równolegle w dwóch okresach. Pierwszy to współczesność: stara kobieta, która robi przerażające lalki, traci przytomość i trafia do szpitala. Przyjeżdza do niej mieszkająca na stałe we Wiedniu córka. Otarcie się o śmierć matki powoduje, że kobiety zaczynają ze sobą rozmawiać. Córka powoli, krok po kroku, dowiaduje się strasznych rzeczy o przeszłości matki i o samej sobie. Rekonstrukcja tego to drugi plan filmu.

Matka uciekając z ukochanym z Węgier do Austrii natyka się na, wówczas radzieckich, strażników granicznych. Zostają ostrzelani, jej ukochany ginie, ona sama zostaje wielokrotnie zgwałcona. W Austrii ucieka swoim prześladowcom, ale że wówczas kraj znajduje się pod okupacją sowiecką nie oznacza to, że jest już bezpieczna i że jej przygody się zakończyły. Najdramatyczniejsze rzeczy dopiero tu się wydarzą – to o nich dowie się córka podczas rekonwalescencji matki. Nie opowiadam, dowiedzcie się ich razem z córką oglądając ten film.

Film jest mocny, zarówno przez temat oraz poprzez swoją niesamowitą historię. Świetna jest też rola matki (wielka aktorka Mari Törőcsik, która obecnie jest w szpitalu – być może to jej ostatnia rola w życiu), która niestety kontrastuje z bardziej przeciętnymi kreacjami pozostałych aktorów.

Szkoda, że psuje go szereg błędów: mieszkająca od urodzenia w Austrii córka mówi po niemiecku z akcentem węgierskim, zakonnica pracująca w szpitalu wygląda tak samo w 1953 roku jak i obecnie, ojciec, który rozmawia z synem po hiszpańsku pisze mu smsa po angielsku, itd. Rozpraszają one, psują iluzję opowieści filmowej

Tak czy siak Aurora Borealis należy docenić. I to tym bardziej, że to dzieło czysto węgierskie: w Polsce, owszem, powstała Róża, ale już film o gwałtach na zakonnicach (Niewinne) musiała Francuzka.

Ciekawostką jest, że w filmie głównej roli o mało co nie zagrała Agata Kulesza. Chciała jej bardzo reżyserka (Márta Mészáros) ale ponieważ film został sfinansowany w większości przez fundusze węgierskie musiała zaangażować aktorkę węgierską (Ildikó Tóth). Pojawili się w nim jednak polscy aktorzy (Ewa Telega i Lesław Żurek), którzy zagrali drugoplanowe role. Stanowią oni, obok operatora Piotra Sobocińskiego Jr., polski akcent w filmie. Może choćby dlatego film zostanie pokazany w Polsce – powinien.

dezerter

jezw

Byliśmy niedawno w Szekszárdzie a tam odwiedziliśmy, między innymi, muzeum Miklósa Mészölya. Na ścianie znajduje się powiększony tekst z obwoluty książki tego pisarza z 1979 roku pt. Szárnyas lovak. Po polsku brzmi on tak:

Urodziłem się w Szekszárdzie w 1921 roku. W Budapeszcie zostałem doktorem prawa; bywało, że później napisanie zwykłego podania potrafiło mnie wprawić w zakłopotanie. Jako młody aplikant ocaliłem mordercę przed wyrokiem śmierci, mnie natomiast – każdemu to, co mu się należy – zabrano na front. Uciekłem, schwytano mnie, na drodze łaski znów wysłano mnie na front, w Serbii trafiłem do niewoli, stamtąd uciekłem do domu. Dużo zajmowałem się sportem, mało brałem udział w zawodach. Pasjami polowałem, ale później wojna odebrała mi od tego ochotę. Byłem kontrolerem we młynie, robotnikiem, żniwiarzem, właścicielem prowincjonalnej gazety, dramaturgiem w teatrze lalkowym. Będąc bezdzietnym, do 1956 roku publikowałem wyłącznie bajki dla dzieci. Od lat jestem już jakby tylko pisarzem, i to (biorąc wszystko pod uwagę) to jakby więcej, jakby mniej, niż to, co było przedtem; niezdecydowane lata, młodość. Najwyraźniej starzeję się. Tak wyszło, że nigdy nie należałem do żadnej grupy, żadnego kierunku. Zawsze pociągało mnie pozostawanie na zewnątrz wspólnego kręgu; z tą naiwnością, że tak będę bardziej konsekwentnie zaangażowany wobec człowieka jakkolwiek by się nie prezentował na zewnątrz. Nie jest to naiwność, która się opłaca; ale gdybym i mógł to nie zrobiłbym niczego inaczej.

W tekście zaintrygował mnie fragment o dezercji z frontu. Nie ma tam tego, ale mowa jest o latach 1943-44 czyli to już raczej końcówka wojny a nie bardziej optymistyczne początki lat 40-tych. Tak czy siak, takie obnoszenie się z dezercją mnie zdziwiło.

W Polsce, nie żeby tam nigdy nikt nie zdezerterował, ale nie bardzo wyobrażalne jest takie się z tym obnoszenie. Dosyć pomyśleć o Gombrowiczu, któremu nigdy nie zapomniano, że w sierpniu 1939 roku nie wrócił do Polski walczyć ale pozostał w Argentynie. A na Węgrzech, tak mi się zdaje, nie jest to wstydliwym tematem. Jeden z najgłośniejszych filmów wojennych (A tizedes meg a többiék czyli Kapral i reszta) opowiada o szwejkowskiej bandzie dezerterów próbujących dociągnąć jakoś do końca wojny. Inna jest narracja historyczna, inna jest narracja o bohaterach (pisałem o tym już kiedyś). Kolejna różnica między tymi naszymi dwoma krajami.

Tak, żeby było jasne: nie chciałbym by ktoś zrozumiał, że chciałbym spostponować Miklósa Mészölya. Chodzi mi tylko o podejście do dezercji w węgierskiej narracji historycznej i różnicy pomiędzy nią a narracją polską.

 

dezerter węgierski w budapeszteńskim mieszkaniu, źródło: Wikipedia

Księżyc Jupitera

jezw

Kolega miał niedawno jechać do Włoch ze znajomymi. Wszyscy z własnymi kamperami więc decyzja dokąd by tu teraz czy też gdzie spać podejmowana będzie w zasadzie zupełnie spontanicznie. Rozmawiamy jakie to miejsca zamierzają odwiedzić, mówi, że chciałby na Sycylię ale nie wie czy się uda. Czemu, pytam. A bo tam są uchodźcy i znajomi się boją. Byłem niedawno na Sycylii, mówię, i żadnych uchodźców nie widziałem. Bo mafia ich ukrywa, brzmi odpowiedź, żeby nie psuli interesu.

Tak się na Węgrzech w dużej mierze myśli o uchodźcach. Z tej mieszanki strachu, uprzedzeń, niewiedzy – i nienawiści – dumni mogą być rządowi propagandyści, to w sporej mierze ich zasługa. Odmienne głosy są rzadkie i z trudem przebijają się przez ten quasi monopol oficjalnej niechęci.

Dlatego z ciekawością wybrałem się na film Kornéla Mundruczó pt. Księżyc Jupitera (Jupiter holdja), który tematyki uchodźców/migrantów odważnie się podjął. Tym bardziej, że Mundruczó to jeden z najbardziej wyrazistych węgierskich reżyserów, który nie unika ciężkich tematów ani ostrych środków wyrazu. Tu na blogu pisałem kiedyś o jego spektaklu na temat handlu kobietami i zmuszaniu ich do prostytucji (Trudno być bogiem) oraz o filmie z przerażającą wizją buntu psów (Biały bóg). Swoją drogą w 2012 roku Mundruczó wyreżysował Nietoperza dla teatru TR Warszawa, więc i w Polsce nie jest nieznany.


SPOILER – TREŚĆ FILMU

Przez granicę węgierską próbuje się przedostać grupa uchodźców. Przemytnicy ładują ich na łodzie, jedna z nich się wywraca, płyną do brzegu. Zaczyna się obława policyjna, łapią ich jednego po drugim. Jedenego z uchodźców próbuje zatrzymać tajniak, gdy ten zamiast podnieść ręce do góry sięga do kieszeni, zostaje przez tajniaka zastrzelony.

Uchodźca pada na ziemię, okazuje się jednak, że zamiast umrzeć żyje dalej, co więcej, na skutek incydentu nabiera zdolności do lewitacji. Kiedy zauważy to lekarz-kombinator pracujący w przygranicznym ośrodku dla uchodźców, wyciąga do stamtąd by czerpać z tego zyski. Dowiaduje się o tym też tajniak – oficer policji, który zaczyna ich szukać. Ten pościg staje się osią filmu.

Tytułowy księżyc Jupitera nazywa się Europa i to o niej a nie o samych Węgrzech chciał zrobić film Mundruczó. Uchodźcę zresztą gra aktor węgierski a lekarza-Żyda Gruzin, moim zdaniem nieprzypadkowo, historia ma być bardziej uniwersalna w charakterze.

Film nie ma jednoznacznego przekazu ale spróbuję opisać co z niego wyłuskałem. Uchodźcy wprowadzają do naszego materialnego świata reprezentowanego przez cwaniaka lekarza i cynicznego policjanta pewien pierwiastek nadzwyczajności. Wyrywają z rutyny codzienności, stawiają fundamentalne pytania. Dzięki nim znów mamy okazję uratować komuś życie – albo też je za kogoś oddać.

Uchodźcy potrzebują pomocy ale zarazem mogą pomóc Europie powrócić do wartości.

Te moralne wyzwania kontrastują z przeciętnością postaci w filmie. Nie ma tu żadnych aniołów, wszyscy są moralnie wieloznaczni. Także między uchodźcami znajdzie się i terrorysta, który wysadzi się w metrze powodując wiele ofiar.

Mimo częstego poczucia braku zrozumienia o co chodzi w tym co się dzieje przed naszymi oczyma film przy oglądaniu wciąga. Scena pościgu samochodowego kręcona jednym sznytem ze zderzaka samochodu jest bodaj najlepszą sceną tego rodzaju w całym kinie węgierskim. Chaos w przygranicznym ośrodku poraża realnością. Z aktorów przykuwa uwagę György Cserhalmi wcielającego się w postać policjanta, jak się zdaje, realistyczniej niż prawdziwi oficerowie tej służby.

Nawet jeśli przesłanie filmu trudno zrozumieć czy sformułować to już sama wieloznaczność przekazu dotyczącego uchodźców kontrastuje z toporną rządową propagandą nienawiści wobec nich. I choćby dlatego wart jest zauważenia.

billboardy walczące o organizacje społeczne

jezw

Węgrzy w zasadzie nie mają karykatury politycznej ale mają doroczną konkurs i wystawę billboardów ARC (było o niej już tu i tu), która, wraz z okładkami HVG, tę lukę jakoś wypełnia. Wystawa zakończyłła się tydzień temu alle dałem radę ją odwiedzić i te billboardy sobie obejrzeć.

W tym roku tematem wystawy było wsparcie dla posiniaczonych przez ataki rządowe organizacji społecznych. Jak zawsze, nie wszystkie prace skupiły się na tej tematyce, część poszła w inne strony, niekiedy tak odległe, że ich po prostu nie zrozumiałem.

Ale do dzieła, oto plakaty, które w jakiś sposób mnie zainteresowały.

widzieliśmy już ścieraną gwiazdę, tutaj zostaje ona zastąpiona inną gwiazdą, ach jakże nam znaną

Deklaracja na temat jednego procenta podatku, tego węgierskiego wynalazku, tutaj nieco zmodyfikowna: można wskazać organizację "wspieraną z zagranicy", której jeden procent powinien zabrany i przeznaczony na obiekty sportowe

a tutaj rząd węgierski, "organizacja wspierana z zagranicy"

są i plakaty wspierające konkretne inicjatywy obywatelskie, tutaj, bliską mojemu sercu, walkę o zachowanie wybrzeża Római

Márton Gulyás, który podczas protestów w obronie CEU próbował oblać farbą pałac prezydencki przedstawiony jako Super Mario

nieco zaskakująca w kontekście wystawy praca pod tytułem "Kochany, albo obiad albo zabawa"

tak wyglądałaby obecna wystawa gdyby przedstawiały rządowe plakaty propagandowe 

"99% procent odwiedzających wystawę ARC to sługusy Sorosa" a rząd już szykuje kolejną "konsultację społeczną" na temat właśnie Sorosa

jest coś na temat boisk/stadionów do piłki nożnej

"pozarządowców bij pomarańczowym klinem" wzywa naszych bolszewików ten plakat

reklama popkulturowych w formie a narodowych w treści komiksów pt. Przygody człowieka-narodu a w nich Świt pomarańczy, Zdradziecki goździk, Inwazja migrantów, Ruscy (nie) wynoście się do domu (wydanie poprawione), itp.

podwójny plakat Amnesty International: aktywista lub ...

... przestępca, zależy jak na to spojrzeć

któż to wyłania się zza plakatów rządowych?

można go odkryć na tej hipnotycznej tapecie

kamień, papier, nożyce - znów nawiązanie do rządowej propagandy

dramatycznie przedstawieni obrońcy Ligetu, robienie sobie zdjęć przed plakatami to ulubione zajęcie zwiedzających

jak wyglądałaby tablica informująca o kosztach mostu Łańcuchowego podczas jego budowy ponad 150 lat temu? o właśnie tak

dzieciństwo przywódcy

"flaga Węgier składa się z trzech poziomych, pasów o równej szerokości, po kolei czerwonego, białego i zielonego, z których czerwony symbolzuje siłę, biały wierność a zielony nadzieję"

"bez pozwolenie nie będę pomagać nikomu" - ta praca wygrała konkurs

nie obyło się bez skandalu: tę pracę będącą przeróbką znanego zdjęcia przedstawiającego aresztowanie młodego Viktora Orbána, na której twarze milicjantów zastąpiono obecną twarzą Orbána usunięto na żądania autora zdjęcia. organizatorzy uznali, że choć się z żądaniem nie zgadzają to nie mają środków na ewentualną sprawę sądową, źródło: strona ARC na fb



po zaklejeniu plakat wyglądał więc tak

a na koniec coś nie z tej ziemi, klimat trochę jak u Raczkowskiego

ustawa o NGOsach już działa

jezw

Na Węgrzech wprowadzono niedawno, mimo protestów, ustawę o organizacjach społecznych. Przewiduje ona między innymi, że organizacje, które otrzymają ponad 7.2 miliona forintów ze źródeł zagranicznych (100 000 złotych) muszą tę pomoc zarejestrować a także umieszczać frazę "organizacja wspierana z zagranicy" wszędzie gdzie ich nazwa pojawi się publicznie.

Obecnie trzydzieści organizacji zarejestrowało się jako agenci zagranicy (spis tu), siedem bojkotuje nowe prawo, a dwadzieście trzy złożyły wniosek o uznanie jego niekonstytucyjności do trybunału konstytucyjnego.

Dziś pierwszy raz zetknąłem się z wykonaniem przepisu o publikowaniu frazy o zagranicznym wsparciu. Zobaczyłem ją na ulicy na plakacie festiwalu kulturalnego Gaudiopolis organizowanego przez stowarzyszenie OFF-biennále. Sprawdziłem ich stronę internetową i faktycznie, mają sporo sponsorów zagranicznych: Kulturstiftung des Bundes, Erste Stiftung, Goethe Institut, Institut Francais - a także Instytut Adama Mickiewicza.

Plakat, fraza o wsparciu z zagranicy znajduje się w prawym górnym rogu


Sama fraza o wsparciu z lekką modyfikacją: Organizacja wspierana (również) z zagranicy

Nie był to miły widok. Przyszły mi głowy żółte gwiazdy Dawida, które musili nosić Żydzi w czasie wojny. Kto dostaje wsparcie spoza Węgier, nawet jeśli chodzi o wydarzenie kulturalne, nie jest "nasz" i musi to piętno nosić publicznie. Napiętnowanie to pierwszy krok, zastanawiam się co może nastąpić po nim.

© Jeż Węgierski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci