Menu

Jeż Węgierski

moje zdziwienia budapeszteńskie

Wpisy otagowane : Tokaj

Przerażenie w Bodrogkeresztúr

jezw

Na Bodrogkeresztúr padł strach. W nieco ponadtysięcznej wiosce leżącej w regionie tokajskim pojawiło się kilka tysięcy żydów, i to w dodatków ubranych na czarno chasydów. Wieś poczerniała nagle, mówiono. Czego tu chcą, będą zabierać? Dlaczego przyjechali?

Ten najazd żydów, którzy przybyli tu nawet z USA i Izraela, ma prostą przyczynę. Mijała właśnie kolejna rocznica śmierci (Jahrzeit) cudownego rabina Sájele Steinera, który większość swojego życia spędził właśnie w Bodrogkeresztúr, gdzie też umarł 23 kwietnia 1925 roku. Rabin pochowany jest na cmentarzu żydowskim w tej wsi, stąd też jego kult tutaj się ogniskuje.

Sájele Steiner urodził się w 1851 roku we wsi Zborów, obecnie leżącej w północno-wschodniej Słowacji. Uczył się rabina u Chaima Halberstamma w Starym Sączu (taki element polski), uczył się w jesziwie w Bűdszentmihály (obecnie część Tiszavasvári) po czym trafił do cadyka Hersa Friedmanna żyjącego w wiosce Olaszliszka, również znajdującej się w regionie tokajskim. Ten wyznaczył Sájele Steinera jako swojego następcę zamiast własnego syna. Na skutek niesnasek w lokalnej wspólnocie jednak Steiner przeprowadził się do Bodrogkeresztúr.

Opis jego życia i czynów do złudzenia przypomina chrześcijańskie hagiografie. Rabin udzielał rad a zwracali się do niego licznie zarówno żydzi jak i chrześcijanie, nie czynił różnic między nimi. Przewodził tętniącemu życiu duchowemu i religijnemu, we wsi działały cheder i jesziwa, wspólnota miała filie w sąsiednich wsiach. Zajmował się działalnością dobroczynną, między innymi organizował pomoc dla żydowskich uchodźców z Galicji w czasie pierwszej wojny światowej. Co miał to rozdawał potrzebującym.

Zachowane wspomnienia o nim mają formę kwiatków świętych chrześcijańskich. Parę przykładów, część mających pewnie oparcie w faktach, inne już mniej – takich kwiatków właśnie:

  • Nigdy nie spał, nigdy się nie kładł, w nocy drzemał na fotelu i wciąż rozmyślał i modlił się
  • Koło łóżka zawsze miał laskę oraz odświętne ubranie by gdy przyjdzie mesjasz móc powitać go bez zwłoki
  • Chodził jakby unosił się nad ziemią. Zawsze prowadzono go z dwóch stron, gdy szedł ustępowano mu. Bezpośrednio z nikim nie rozmawiał, tylko przez tłumacza (zwłaszcza z kobietami).
  • W jego domu zawsze było pełno gości. Tak gotowano by gdy zajrzy ktoś obcy też mógł zjeść. To czego nie zjedli do ostatniej kruszynki rozdawał biednym. Bywało, że i sto osób zasiadało do stołu.
  • Było tak, że głód zajrzał w oczy wsi rabina Steinera. Dzięki jego modlitwom akurat przed jego domem w wozie wyładowanym ziemniakami pękło koło i rabin za pół ceny kupił ładunek.
  • Mój ojciec poszedł do rabina a ten powiedział: nie martw się, dobry Bóg pomoże. Weź winnicę w arendę na rok. Wzięli też a w tym roku plony były tak obfite, że sytuacja materialna rodziny zupełnie się uporządkowała.
  • Mój teść był rybakiem. Rybacy nie chcieli ruszać do pracy bo nie było ryb. Powiedział im wysłannik świętego rabina: dam wam pięćdziesiąt krajcarów za każde zarzucenie sieci tylko zabierzcie się do roboty. Potrzebował ryby. Próbowali ale niczego nie udało im się złowić. Wtedy przyszedł rabin, zaczął się modlić na brzegu Bodrogu. I tyle ryb złapali w sieci, że nie mogli ich wyciągnąć.
  • Spłonęła synagoga, a nawet i stół, przy którym się modlił ale jego modlitewnik pozostał nietknięty.
  • Słyszałem wielkie grzmoty. Piorun strzelił w domu Antoniego. Święty człowiek poszedł tam, wbił nóż w belkę i ogień zgasł.
  • Pewien mężczyzna regularnie przepijał swoją wypłatę. Jego żona poszła poskarżyć się rabinowi. Ten dał jej kostkę cukru by dała ją mężowi. Zrobiła tak a on od tej pory przestał chodzić do karczmy bo nie mógł znieść jej woni.
  • Każdy mógł przyjść do niego po radę, zarówno żydzi jak i chrześcijanie. Nie brał za to pieniędzy.

Zmarł po tym jak wracając z Sącza nadepnął na deskę z zardzewiałym gwoździem. Pochowano go w trumnie zrobionej z jego stołu modlitewnego. Pogrzeb przyciągnął olbrzymie tłumy. Wzięli w nim udział żydzi i chrześcijanie, wielu przybyło z daleka: na stacji sprzedano dwanaście tysięcy biletów.

Od tej pory w rocznicę śmierci pielgrzymowano do jego grobu, w latach dwudziestych z tej okazji otwierano nawet granicę czechosłowacką.

Obecny „najazd” to kolejna taka pielgrzymka. Według znajomego chasyda przyjechało 13 000 ludzi czyli dziesięć razy tyle ilu mieszkańców liczy wioska. A przyjeżdzali z daleka: USA, Izraela, Kanady, Londynu, Wiednia, Antwerpii. W Stanach istnieją dwie kereszturskie wspólnoty żydowskie – tak się same nazywają – składające się z potomków pochodzących stamtąd żydów, jedna w Nowym Jorku w Williamsburg (rabin Saje Rubin) a druga na Florydzie (rabin Gross).

W czasie pielgrzymki odwiedzają grób Sájele Steinera, składają tam kvitli czyli kawałki papieru z prośbami do Boga składanymi z powołaniem się na rabina (tu jest różnica z chrześcijaństwem bo nie ma świętych obcowania), jedzą wspólny posiłek, dają datki np. na żydów z Węgier mieszkających w Izraelu. By zachować koszerność wszystkie artykuły spożywcze przywieźli ze Stanów w kontenerze (znajomy chasyd krzywił się na to - na miejscu też dałoby się załatwić koszerną żywność).

Liczba pielgrzymów była rekordowa, zarówno jeśli chodzi o ilość pielgrzymów w Bodrogkeresztúr jak i wogóle o wszystkie żydowskie miejsca pielgrzymkowe na Węgrzech a jest ich kilka. Bodrogkeresztúr staje się liderem w tej kategorii.

Spytałem chasyda skąd to się bierze – w zeszłym roku była okrągła, 90-ta rocznica a ludzi było więcej teraz. Marketing, brzmiała odpowiedź, lepsza jest też infrastruktura (dom gdzie przyjmować można przyjeżdzających) a także ukończona została obudowa grobu.

Wracając do przerażenia mieszkańców, jeszcze prze samym wydarzeniem miejsce miało nadzwyczajne posiedzenie samorządu. Zaproszono na nie Majera Bergera, jednego z organizatorów obchodów I omówiono z nim cały szereg kwestii związanych z kultem cudownego rabina (protokół z posiedzenia dostępny jest tu [HU]). 

Pytania dotyczyły zakupu nieruchomości przez żydów, (podbijają ceny a kupno gospody “podcięło miejscowej turystyce jedną z nóg”), remontów budynków tak by nie naruszały wyglądu wsi, parkowania w niedozwolonych miejscach, negatywnego wpływu na turystykę, mniejszej dotacji państwowej ze względu na niezamieszkałe na stałe budynki, hałasowania w niedzielę i śmieci. Majerowi Bergerowi przypomniano o opłacie turystycznej płatnej za każdą spędzoną tu noc a także o koniecznych zezwoleniach w przypadku prowadzenia zbiorowego żywienia. Czy będzie ktoś z kim można by się skontaktować w przypadku problemu z budynkiem, np. pęknięcia rury? Mimo ciągłych zapewnień, że każda ze stron szuka rozwiązania problemu przez protokół przebija napięcie. Jeden z radnych wręcz powiedział, że pielgrzymki naruszają spokój wsi i sam nie wie czy jego dzieci będą w stanie i chciały tu mieszkać. Kurtuazyjnego zapewnienia, że samorząd dumny jest z rabina, bądź co bądź słynnego obywatela Bodrogkeresztúr, i że cieszy się z wizyt podtrzymujących pamięć o nim, zabrakło.

Warto dodać, że każdego lata we wsi miejsce ma spotkanie motocyklistów, często demonstrujących swoje skrajnie prawicowe sympatie, po którym następuje objazd okolicznych wiosek. Zbiera się mniej ludzi ale hałas i tak jest wielki. I nikomu to nie przeszkadza.

W tym przerażeniu mieszkańców widzę jak bardzo, wraz ze zniknięciem żydów wymordowanych w czasie Holocaustu, znikła też świadomość lokalnej historii żydowskiej. Bez jej znajomości to co się dzieje wokół grobu cudownego rabina jest małorozumiałe – i obce, budzące niechęć. Rabin pamiętany jest daleko od Bodrogkeresztúr ale już nie w samej wiosce. To samo miejsce znaczy tak odmienne rzeczy dla różnych ludzi (widać to zresztą niekiedy w artykułach na temat tokajskich wiosek w wikipedii, w angielskich wersjach często są jedynie odniesienia do ich żydowskiej historii). Dla mnie jest to niesamowite.

Na cmentarzu w Bodrogkeresztúr byłem w 2013 roku. Zrobiłem wtedy parę zdjęć.

Cmentarz leży na wzgórzu i rozpościera się z niego piękny widok

Groby, zza nich prześwituje, pewnie już ukończony, domej budowany wokół grobu rabina

Grób rabina Sájele Steinera

Napisy na grobie - są tam też ręczne dopiski pielgrzymów z prośbami o pomoc przez zasługi rabina

Na cmentarzu jest zresztą wiele innych, pięknie rzeźbionych nagrobków, na przykład taki

lub taki.

co tydzień to samo do jedzenia

jezw

Niedawno rozmawiałem ze starszą osobą, która przed wojną mieszkała w jednej z wsi w regionie tokajskim. W rozmowie wspomniała, że w jej dzieciństwie każdego tygodnia powtarzał się cykl obiadowy. Zainteresowałem się, a ona, mimo upływu tylu lat, pewnie wyrecytowała mi go w całości:

  • poniedziałek – danie mączne (főtt tészta)
  • wtorek – potrawka z jarzyn (főzelék)
  • środa – danie mączne (főtt tészta)
  • czwartek – danie mięsne (hús)
  • piątek – potrawka z jarzyn (főzelék)
  • sobota – danie mączne, potrawka z jarzyn lub zupa gulaszowa (tészta, főzelék, gulyás leves)
  • niedziela – danie mięsne (hús)

Danie mączne to kluski, knedle, itp. O főzelékach pisałem już wcześniej. Wyglądają one tak:

przygaszone kolory, mdły smak

Spytałem o rybę, bo koniec końców niedaleko płyną Cisa i Bodrog, dowiedziałem się, że ją podawano tylko na Boże Narodzenie.

Na śniadanie natomiast była zawsze wędzona słonina, „żeby mężczyźni mieli siłę do pracy”.

Pogmerałem w internecie i na jakimś forum znalazłem informacje, że takie tradycje były w większej ilości domów. Zdziwiłem się nieco, pierwszy raz spotkałem się z takim cyklem jedzeniowym. Czy ktoś wie coś więcej na ten temat? Czy w Polsce też było coś takiego? Piszcie.

Jezus z Tarcalu (8.5m)

jezw

Ośmioipółmetrowa figura Jezusa z Tarcalu zwróciła na siebie uwagę wymiarami. Czegoś takiego (tak wielkiego) dotąd na Węgrzech nie było.

widok z przodu

widok z boku

Figurę sprezentował tej leżącej w tokajskim regionie wiosce lokalny przedsiębiorca branży kamieniarskiej Attila Petró. Nic o jego motywacji czy też pochodzeniu figury nie udało mi się znaleźć. Wieś prezent przyjęła i postawiła go na wzgórzu na zboczu góry Tokaj na miejscu gdzie poprzednio stała gigantyczna butelka reklamujące ten najbardziej znany produkt regionu (takich butelek jest zresztą w okolicy parę i nikt ich nie lubi). Figura dzięki swojemu położeniu jest dobrze widoczna z daleka.

widok z daleka

kiedyś stała tu butelka, też dobrze widoczna z daleka

Jezus (autorstwa rzeźbiarza z sąsiedniego Szerencsu Sándora Szabó) szybko stał się lokalną atrakcją. Wielu odwiedza Tarcal po prostu by go zobaczyć i na drodze prowadzącej do figury ciągle można spotkać auta i ludzi. Samorząd właśnie kończy budować sieć asfaltowanych dróżek wokół niej.

Chociaż Jezus z Tarcalu wykonany jest z solidnego kamienia, czym przewyższa swojego siatkobetonowego świebodzinskiego odpowiednika to jednak wymiarami się do niego nie umywa bo Jezus świebodziński jest trzy razy większy. Ustawiłem je obok siebie, na zdjęciu razem wyglądalyby tak.

Coraz więcej Polaków odwiedza region tokajski, zwłaszcza w lecie, warto wiedzieć o takiej nowej atrakcji turystycznej. Nie jestem pewien na ile ta zamiana butelki na Jezusa odzwierciedla wewnętrzną przemianę tarczalan ale zewnętrznie wieś się na pewno zmieniła.

Dobrowolna ofiara „maleńkiego robota”

jezw

O księdzu Jánosu Szerednyeim usłyszałem niedawno, w trakcie ostatnich wakacji. Umarł bardzo młodo – miał wszystkiego 27 lat – i niczego w życiu nie zdążył dokonać poza jedną rzeczą, za którą go pamiętają: w trakcie powojennych wywózek na maleńkiego robota jak się je nazywa na Węgrzech dobrowolnie dołączył do grupy wywożonych mieszkańców wsi, w której mieszkał.

O Szerednyeim trudno znaleźć informacje. W kościele w Tarcalu, bo stamtąd go wywieźli, jest tablica jemu poświęcona (stąd wiem o nim), trafiłem na dwie wspomnieniowe, dość hagiograficzne w charakterze, książki na jego temat. W katolickim piśmie Új ember kiedyś wydrukowano artykuł na jego temat – i tyle. Żadnych porządnych opracowań, nawet artykułu w wikipedii (postaram się napisać). Zbieram więc to co o nim udało mi się znaleźć.

Urodził się 26 maja 1920 roku w Szerencsu, miasteczku w regionie tokajskim. W tej okolicy zresztą przeżył całe swoje życie. Seminarium ukończył w niedalekich Koszycach (wówczas będących częścią Węgier) w 1944 roku, na pierwszą placówkę skierowano go do Tarcalu. Ze wspomnień wynika, że marzyło mu się życie wiejskiego proboszcza: sad, malowanie (był utalentowany artystycznie), spokój. Stało się inaczej.

Po wkroczeniu Armii Czerwonej 25 stycznia 1945 zaczęto w okolicy zbierać ludzi. Z samego Tarcalu zebrano ich 120. Mówiło się, jak to w takich wypadkach, o kilku dnia pracy – stąd samo określenie maleńkij robot. Póki co trzymano ich w Szerencsu. Ksiądz Szerednyei poszedł prosić o ich zwolnienie do oficerów radzieckich. Ci mieli mu obiecać zwolnienie części ludzi jeśli on zgodzi się pojechać z pozostałymi. Szerendnyei zgodził się bez wahania. Poszedł tylko na plebanię zebrać najpotrzebniejsze rzeczy i stawił się ponownie.

Zebranych wywieziono dopiero pod koniec stycznia. Po miesięcznej drodze dotarli to obozu w Worosiłowce w donieckim zagłębiu węglowym (obłaść wołosiłowgradzka, rajon uspieńskij, kopalnia Vorosiłowa, obóz numer 7144/1223). Musieli pracować w kopalni węgla.

Według wspomnień ksiądze Szerednyei starał się podtrzymywać wszystkich na duchu i w tajemnicy sprawował praktyki religijne. Odznaczał się w pracy na tyle, że dostał nawet w nagrodę garnitur.

Zginął w wypadku 26 lipca 1947 roku. Wracając z szychty nie skorzystał – jak powinno się – z szybu dla górników, gdzie wchodziło się po stopniach na piechotę, ale usiadli z kolegami na wózkach wciąganych drugim szybem. Zaczepienie się urwało, on nie zdążył wyskoczyć i zginął po uderzeniu w skałę.

Władze obozu jako wyraz uznania za jego pracę zezwoliły na pogrzeb w trumnie, co było wydarzeniem bez precedensu.

Według danych na maleńkij robot z 1862 miejscowości wysłano 101 686 mężczyzn oraz 29 212 kobiet, w sumie więc 130 898 osób. Warto podkreślić, że w przeciwieństwie do Polski, skąd w zasadzie wywożono ludzi związanych z podziemiem, tu brano jak leci, liczył się jedynie stosunkowo młody wiek, bo wywiezieni pracowali przy odgruzowywaniu, w kopalniach i przy odbudowie. Spośród wywiezionych nie powróciła ponad jedna trzecia. Maleńkij robot był w czasach komunizmu tematem tabu.

A i dzisiaj, przynajmniej w porównaniu z Polską, gdzie pamięć martyrologii jest intensywnie kultywowana, upamiętnienie ofiar wywózek wydaje się być skromne. W Tarcalu poza wspomnianą tablicą księdza Szerednyeiego w kościele postawiono niedawno krzyż upamiętniający wywózki. W dodatku, nie wiem dlaczego, zrobiono to na granicy wsi a nie w ramach stojącego w środku miejscowości pomnika upamiętaniającego ofiary wojen światowych.

pomnik powojennych wywózek, Tarcal

pomnik wywózek w Tarcalu

Tak jest też w całym kraju. Węgrzy do dziś mało mówią o drugiej wojnie światowej, nie tylko o maleńkim robotie. Masa tam bolesnych tabu.

Post zamieszczony również na stronie Blogerzy ze świata 

kupili beczki

jezw

Niedawno pisałem o zapowiadanej aukcji win tokajskich a teraz spieszę donieść: kupili beczki. Nie wszystkie ale w przypadku imprezy tego rodzaju organizowanej po raz pierwszy sprzedaż ponad połowy oferowanych win to sukces. Tak więc na cześć organizatorów a także całego regionu tokajskiego trzykrotne hip hip hura!

Jak podaje komunikat prasowy wydany przez organizatora czyli Tokaji Borlovagrend [EN HU]– o nich zaraz więcej za chwilę – sprzedano 60%spośród wystawionych na licytację 22 beczek pojemności 136 litrów (gönci). Najwyższą cenę udało się uzyskać za wino sześcioputowe aszú Tokaj Hétszőlő 2010: wystawiono je za 2 800 000 a sprzedano za 4 200 000 forintów. Sprzedano też wina z piwnic Demetervin, Kikelet, Szent Benedek, Royal, Szepsy, Füleky, Szent Tamás, Budaházy, Disznókő, Barta i Samuel Tinon. Pięknym gestem popisał się Samuel Tinon, który ofiarował niesprzedane 27 0,375 litrowych butelek swojej esencji na rzecz Tokaji Borlovagrend. Wśród kupców były restauracje, w tym chlubiąca się jedną gwiazdką Michelina Onyx, sklepy winne, starzy klienci piwnic, grupy kupujących, którzy zorganizowali się specjalnie na aukcję a także licytujący z zagranicy przez telefon. W sumie na aukcji uzyskano ponad 20 milionów forintów. Licytacja ma stać się corocznym głównym wydarzeniem Tokaji Borlovagrend, następna planowana jest za rok.

Parę dni po aukcji, która dla porządku dodajmy odbyła się w poprzednią sobotę 27 kwietnia, spotykam się z Hajnalką Szabó, która na codzień pracuje w piwnicy Füleky ale jako jedna z pięciu sekretarzy Borlovagrend była jedną z głównych organizatorów wydarzenia. Hajni widać, że wciąż jest na podwyższonych obrotach, mimo upływu paru dni nie miała czasu by ochłonąć. Rozmawiamy o aukcji i o Borlovagrend.

Dowiaduję się nieco szczegółów kuchni wydarzenia. Najpierw o cenach: ustalono je na poziomie 30% oszacowanej wartości rynkowej zabutelkowanego wina (choć sprzedawano beczki producenci są zobowiązani wino dostarczyć zabutelkowane). Oznacza to, że gdy wino poszło w cenie wywoławczej, a większość z beczek tak właśnie sprzedano, nabywca kupił je z gigantyczną zniżką! (tabelka podająca ceny wywoławcze i sprzedaży w komunikacie prasowym Borlovagrend) Nie jestem pewien czy sytuacja powtórzy się za rok.

Pytam czy w takim razie winarze, których wino nie zostało sprzedane lub też zostało sprzedane za stosunkowo niską cenę nie są rozczarowani aukcją. Nie! zapewnia mnie Hajnalka, wszyscy rozumieją długofalowe znaczenie imprezy, doceniają osiągnięte rezultaty i gotowi są do współpracy w przyszłości.

Pytam o uczestników aukcji: Hajnalka wyjaśnia, że pojawili się ci, na których liczono, czyli restauracje i sklepy winne, które chciały mieć w ofercie wina nie do dostania gdzie indziej. Ponadto wierni okazali się starzy klienci – i przyjaciele – niektórych piwnic. Znaczenie samoorganizujących się grup indywidualnych kupujących pewnie w przyszłości wzrośnie zwłaszcza jeśli pojawi się infrastruktura wspomagająca się ich tworzenie. W przyszłości można zapewne liczyć na wzrost zainteresowania zzagranicy. Ciekawostką jest, że sukces w aukcji zależał w dużej mierze od indywidualnych zabiegów promocyjnych danego producenta wina, promocja Borlovagrend miała mniejsze znaczenie, potwierdziły to inne moje źródła.

Przychód z aukcji, po odliczeniu VAT-u, bo wszystkie ceny podane były brutto, był podzielony pomiędzy producentów, którzy dostali 60% procent uzyskanej ceny i Borlovagrend, któremu przypadało jej 40%. Pytam Hajnalkę co planują zrobić z tymi pieniędzmi. Cele są trzy. Po pierwsze, działalność Borlovagrendu. Po drugie, ich przyszłoroczne imprezy: poza aukcją planują comiesięczne degustacje win z danej wsi organizowane w tejże wsi przy współudziale miejscowych restauracji i hoteli. Po trzecie, chcą postawić tabliczki z oznaczeniami stoków w całym regionie tokajskim.

Rozmowa przechodzi na Tokaji Borlovagrend. Czas przetłumaczyć tę nazwę: dosłownie chodzi o Tokajski Zakon Rycerzy Winnych. Nazwa brzmi trochę jak z Monty Pythona, w angielskim używana jest raczej nazwa francuska: Confrérie de Tokaj. Hajnalka objaśnia historię organizacji. Powstała w 1987 roku, rok temu została odnowiona, włącznie z rejestracją nowej formy prawnej, obecnie ma około stu członków, którzy w większości choć nie tylko są ludźmi z branży. Celem jest „przywrócenie należnego prestiżu winom tokajskim”.

Równolegle do struktury organizacyjnej (przewodniczący, zastępca, skarbnik, itp.) w Borlovagrend funkcjonuje struktura o nazewnictwie tradycyjnym: wielki mistrz, rada nadworna, itd. Nie wytrzymuję i pytam jak ludzie reagują na tę całą rycersko-dworską terminologię. Uśmieszki? Czy raczej poważne podejście? Okazuje się, że zdecydowanie to drugie. Ludziom podoba się taka wynaleziona tradycja. Hajnalka dodaje, że pojęcie Borlovagrend (zapewne raczej w tłumaczeniu) jest znane międzynarodowo i dlatego korzystanie z tej nazwy ma również korzyści praktyczne bo wszyscy od razu wiedzą o co chodzi.

Hajnalka wprowadza mnie trochę w historię aukcji. Obecna impreza korzenie swoje ma w Hospices de Beaune w Burgundii. Ten szpital, ufundowany jeszcze w 1443, dzięki darowiznom bogatych dobroczyńców w dziewiętnastym wieku dysponował sporymi winnicami. W 1859 po raz pierwszy zorganizowano aukcję beczek wytwarzanych tam win w celach dobroczynnych. Aukcje organizowane są po dziś dzień, zawsze w trzecią niedzielę listopada. Sprzedawane na nich jest około ośmiuset 226-litrowych beczek wina, które rzecz jasna musi dojrzewać przez następny rok zanim będzie się nadawać do konsumpcji. Od 2005 roku licytacje przeprowadza dom aukcyjny Christie, dzięki czemu mają one charakter międzynarodowy. Dochód ze sprzedaży wina przeznaczany jest na utrzymanie szpitala, jedną beczkę sprzedaje się zawsze na cele dobroczynne. Corocznie na aukcji sprzedaje się wino za około 5 milionów euro.

Confrérie to instytucja znana we Francji. Tam członkostwo, płatne rzecz jasna, zobowiązuje do promocji wina danego regionu. Jeśli członek na przykład organizuje przyjęcia dla przyjaciół powinien podać odpowiednie wina. Pomysł genialny: zbieramy grupę ludzi, którzy skłonni są płacić za możliwość marketingu naszego produktu. Coś takiego możliwe jest tylko w przypadku wina.

Zamysł confrérie zakłada odpowiedzialność zamożnych konsumentów wina za rozwój danego regionu. Ciekawa jest tutaj nieobecność państwa i brak oczekiwania na finansowanie z jego strony. Klasa średnia samoorganizuje się do tego zadania. Fascynujące jest obserwować narodziny podobnej inicjatywy na Węgrzech.

Warto dodać, że aukcję zauważono w Polsce. Pisali o niej zarówno Gabriel Kurczewski na blogu Blisko Tokaju (przed aukcją i po aukcji a także na temat niektórych wystawionych win – warto tu przeczytać również specjalistyczny komentarz jednego z czytelników) jak i Wojtek Bońkowski, który poza wpisemi zapowiadającymi aukcję (tu i tu EN) opublikował też swoje notatki z degustacji [EN]. Swoją drogą jest on podobno członkiem Tokaji Borlovagrend i ma zakładać pierwszą zagraniczną filię tego bractwa.

© Jeż Węgierski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci