Menu

Jeż Węgierski

moje zdziwienia budapeszteńskie

Wpisy otagowane : Chorwacja

Chorwacja i Balaton

jezw
Wróciliśmy właśnie z wakacji (stąd moja dłuższa nieobecność na blogu), bardzo sobie odpocząłem. Najpierw byliśmy razem w Chorwacji na wyspie Pag potem Śliwka pojechała z koleżanką do Londynu a ja z Chłopakiem nad Balaton do męża koleżanki oraz ich dwóch małych dzieci.

Chorwacja śliczna, kto nie był niech jedzie, ale nie o tym chciałem pisać tylko, o czymżeby tu, o Węgrzech. Będąc tam poczułem, że Węgry znów mają dostęp do morza. Wszędzie pełno samochodów z węgierskimi rejestracjami, wszędzie natyka się człowiek na tych nowych rodaków. Nawet w naszym domu cały czas mieszkali jacyś Węgrzy. Sądzę, że jak już wybuduje się brakujący kawałek autostrady do granicy a na Chorwacji od Splitu do Dubrownika i będzie można dojechać aż do tego miasta w jeden dzień Chorwacja zrobi się jeszcze popularniejsza, a gdy Chorwacja wstąpi do Unii i przyjmie euro (do tej pory pewnie i na Węgrzech zostanie ono przyjęte:) to już wogóle.

Swoją drogą ciekawe, że w Chorwacji widziałem, poza bardzo niewielką ilością wyjątków, samochody z Unii. Głównie Niemcy i Włosi (karty w restauracjach są na ogól właśnie po niemiecku i włosku, angieski to rzadkość), poza tym Holendrzy, Francuzi, Polacy, Słowacy, Czesi a nawet, zmarznięci najwidoczniej, Szwedzi. Widać, że kraj te robi się taką unijną miejscowością letniskową. Sami Chorwaci bardzo do Unii i na dużej ilości aut widać unijne naklejki antycypujące przyszłe członkostwo, proszę samemu zobaczyć.



Balaton na tle Adriatyku nie robił dobrego wrażenia. Po pierwsze pogoda była nieciekawa, ale to nie najważniejsze. Woda zamulona, na brzegu często grzęzawisko błota. Chłopak, który nauczył się w Choracji pływać z maską i fajką oraz obserwować ryby po włożeniu głowy do Balatonu oświadczył "nic nie widać" i wyszedł z wody. Wszędzie straszny tłok. Domy w kilku rzędach wokół całego jeziora, nie do pomyślenia plaża, gdzie możnaby sobie pobyć samemu. Usługi gastronomiczne często na poziomie turystyki masowej z lat 80tych, lokalnej ryby w restauracji nie można dostać. Domy, pobudowane głównie w latach 70tych i 80tych, straszą brzydotą oraz tandetnością wykonania. Działki małe, bardzo dużo na nich betonu i ogrodzeń. Tak, ogrodzeń, wspominam je bo w Chorwacji wokół domów są tylko niskie murki i generalnie nie ma bram czy też furtek przez co atmosfera jest swobodniejsza.

W tym roku ludzi było nad Balatonem mało ze względy na pogodę. Kupując, a jakże, kalosze dla Chłopaka, uciąłem sobie pogawędkę ze zdecydowanie mającą sporo czasu sprzedawczynią. Powiedziała mi, że w telewizji codziennie podowano jednocześnie prognozę pogody dla Balatonu i Adriatyku, zazwyczaj porównanie było druzgoczące dla tego pierwszego.

Co będzie? Jakiś twórczy kryzys, sądzę. Przez lata Balaton był jedyną możliwością wyjazdu nad dużą wodę dla większości Węgrów a także NRDowców, teraz pojawiły się inne opcje. Pewnie zrobi się luźniej, poburzy się stare domki i pobuduje nowe, restauracje podciągną swój poziom. Widać już pierwsze oznaki tych procesów. Na plaży gdzie byliśmy pojawił się pomost ze zjazdem do wody dla niepełnosprawnych, są nowe ubikacje i prysznice (bezpłatne!), dużo domów jest na sprzedaż. Balaton może nieco odetchnie.

Żeby zakończyć pogodniej opowiem jeszcze o labiryncie w kukurydzy. W deszczowe dni nad Balatonem szukaliśmy jakiś niewodnych zajęć i wtedy przypomniałem sobie o labiryncie. Infomacje o nim widzieliśmy już po drodze z Chorwacji (przejeżdza się tamtędy) a teraz znowu wpadł mi w oko mały plakat na tablicy ogłoszeniowej koło plaży. Mieści się on w Balatonkeresztúr przy drodze numer 7 obok lotniska sportowego, jakby ktoś szukał. Pojechaliśmy tam z Chłopakiem. Na miejscu stary wojskowy namiot, obok niego gadające radio na plastikowym krześle oraz przedsiębiorca o zapachu wina nienajwyższej jakości zawiadującym całym biznesem. Okazuje się, że w kukurydzianym labiryncie trzeba znaleźć 10 tabliczek, na których jest napisane po cyfrze oraz literze i spisać cyfry na kartkę daną nam przez przedsiębiorcę zawierającą już tabelkę z literami. Bilet bynajmniej nie tani, 800 forintów dorośli, 600 dzieci, co odpowiada jakimś czterem i trzem dolarom, ale co tam. Zabawa znakomita, Chłopak goni po ścieżkach aż do totalnego zmęczenia i pracowicie wpisuje na kartkę znalezione cyfry. Znajdujemy osiem z dziesięciu tabliczek kiedy już mamy całkiem dosyć. Na do widzenia dostajemy małe prezenty (cukierek, baloniki) oraz dyplomy za "wypełnienie zadania oraz wyjście z labiryntu".

Spodobało mi się to miejsce, obok samej zabawy w kukurydzy urzekł mnie pomysł przedsiębiorcy, który przy zerowych w zasadzie nakładach stworzył miejsce dające tyle uciechy. Pomysł do powtórzenia gdzie indziej, może i w Polsce?

© Jeż Węgierski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci