Menu

Jeż Węgierski

moje zdziwienia budapeszteńskie

Wpisy otagowane : historia-Wegier

Oblężenie Budapesztu

jezw

W czasie niedawnej wizyty w Warszawie Orbán rzucił dowcipem. Komentując polskie stulecie niepodległości powiedział: przynajmniej coś dobrego wtedy się stało. Chodziło mu rzecz jasna o Trianon, na mocy którego Węgry utraciły dwie trzecie terytorium. O tym, że również wówczas odzyskały niepodległość, się nie zająknął.

W węgierskiej narracji historycznej niepodległość jest tak ważna jak w Polsce. Największe święta narodowe to rocznica wybuchu powstania 1848 a potem rewolucji 1956 roku. W obecnej walce z “Brukselą”, którą rząd bohatersko toczy odwołań do walki o wolność nie brakuje. A kiedy niepodległość nadeszła, Węgrzy obchodzą żałobę.

Dla osób, które nieco poznały Węgry nie ma w tym niczego zaskakującego. Tutejsza historia jest na tyle powikłana, że, w porównaniu z Polską, Węgrzy mało się nią zajmują. W rodzinach nie ma tradycji opowiadania o przeszłości, Węgrzy nie mają swoich bohaterów, z wieloma rzeczami z historii nie wiedzą co zrobić.

Mało książek lepiej pomaga zrozumieć ten specyficzny stosunek Węgrów do historii jak monografia Krisztiána Ungváryego pt. Budapest ostroma czyli Oblężenie Budapesztu.

 

Samo oblężenie było istotnym epizodem w historii drugiej wojny światowej. Trwało 102 dni a intensywność walk porównywalna była z bitwą stalingradzką przy czym w ich trakcie w Budapeszcie przebywało 800 tysięcy ludności cywilnej. Oblężenie, które trwało do 13 lutego 1945 roku, związało znaczące siły radzieckie i spowolniło ich posuwanie się w kierunku Berlina. W marcu, kiedy siły radzieckie były już 60 kilometrów od Berlina, połowa wszystkich niemieckich sił pancernych operowała jeszcze na terenie Węgier.

Węgrzy obecni w Budapeszcie podczas oblężenia występowali w bardzo różnych rolach. Zacznijmy od żołnierzy. Mieszanymi niemiecko-węgierskimi siłami broniącymi miasta dowodzili Niemcy. Poszczególne oddziały węgierskie znajdowały się pod bezpośrednią komendą niemiecką, węgierskie dowództwo obrony nie miało nic do powiedzenia.

Wielu żołnierzy, czy też nie widząc sensu obrony czy też kalkulując, że zwiększa to ich szanse na przeżycie, przeszło na stronę oblegających. Żołnierzy do walki u boku Armii Czerwonej werbowano też spośród jeńców. Ci stawali przed niełatwym wyborem: walka przeciwko byłym towarzyszom broni czy też niewola w Związku Radzieckim. Jak wyliczył Ungváry (bardzo wysoka) śmiertelność była taka sama w obu przypadkach.

Warto dodać, że formalnie Węgry znajdowały się pod okupacją niemiecką a próba zmiany frontu podjęta przez regenta Horthyego w październiku 1944 roku zakończyła się niepowodzeniem. Już wówczas wszyscy żołnierze musieli sobie odpowiedzieć na pytanie wobec kogo powinni być lojalni.

Węgierscy strzałokrzyżowcy nominalnie kierowali administracją cywilną oraz zorganizowali część oddziałów. Wielu z nich, nie zważając na walki, oddawało się prześladowaniu Żydów, których, między innymi, mordowano nad Dunajem wrzucając trupy do wody. Odznaczył się wśród nich były franciszkanin ojciec Kun, który paradował z pistoletem przy habicie organizując tortury i mordowanie Żydów.

Masy cywili były nieprzygotowane do oblężenia. Władze nie poczyniły żadnych planów na wypadek walk w mieście, jeszcze w listopadzie zapewniano, że do nich nie dojdzie. Nie zorganizowano ewakuacji. Pojawienie się wojsk radzieckich było zaskoczeniem: w pewnym momencie patrol radziecki zjechał do miasta wagonikiem kolejki zębatej budząc zdumienie wśród przechadzających się spokojnie cywili. Cierpienia ludności nie skończyły się z końcem walk jako że żołnierze Armii Czerwonej dopuszczali się niezliczonych gwałtów a wiele osób wywieziono na "maleńką robotę", z której nie wszyscy wrócili.

Ruch oporu nie miał znaczenia militarnego, odznaczył się jednak w aktach sabotażu, ratowania zagrożonych a także akcjach zbrojnych skierowanych przeciwko strzałokrzyżowcom. Niektóre organizacje, np. KISKA, formalnie część struktur obrony, były zinfilitrowane przez ruch oporu w takim stopniu, że strzałokrzyżowcy im nie dowierzali i w końcu zarządzili ich rozwiązanie. Szereg grup zostało zdekonspirowanych przez tajną policję, ich członkowie poddawani byli torturom i skazywani na śmierć. Częścią ruchu oporu były grupy komunistyczne. Syjoniści w pierwszym rzędzie zajmowali się ratowaniem ludzi, w tym celu produkowali gigantyczne ilości fałszywych dokumentów.

Żydzi cierpieli najwięcej spośród ludności cywilnej. Terror oblężenie potęgowało zamknięcie w getcie i bezbronność wobec szalejących strzałokrzyżowców co rusz popełniających kolejne zbrodnie.

Która z tych grup reprezentuje prawdziwie węgierską historię? Gdzie byli bohaterzy a gdzie zdrajcy? Do kogo się przyznawać a kogo wstydzić? Czy to było wyzwolenie czy podbicie Budapesztu?

Na te pytania nie ma łatwej odpowiedzi. Tak jak nie ma łatwej narracji w węgierskiej historii. Stąd ta cisza nad nią.

Środowiska skrajnej prawicy od kilkunastu lat organizują obchody rocznicy próby wyrwania się z oblężenia podjętej przez resztki sił obrońców 11 lutego pod nazwą Dzień honoru. Jak zauważył Ungváry, nie o honor tu chodziło ale o strach przed niewolą radziecką: takie próby wyrwania się z oblężenia podejmowano tylko na froncie wschodnim, na zachodzie po prostu się poddawano. To upamiętnienie w jednoznaczny sposób przyjmuje perspektywę niemiecką czy strzałokrzyżowców, jakby na to nie spojrzeć, nazistowską.

Ungváry przypomina postać generała dywizji Gerhada Schmidhubera, który zapobiegł przygotowywanej przez SS i strzałokrzyżowców masakrze getta umożliwiając zamkniętych w nim 70 tysiącom ludzi dotrwanie do końca wojny. Uważa, że upamiętnienia skupiające się na tej postaci mogłyby zjednoczyć ludzi o różnych poglądach. Jak pisze, żadna z sił politycznych jednak nie poparła tej inicjatywy, oblężenie Budapesztu pomijane jest generalnie ciszą.̣

***

Książka doczekała się siedmiu wydań na Węgrzech, dwóch w Niemczech, dwóch w Wielkiej Brytanii i dwóch w Stanach. Czas na tłumaczenie na polski.

jak Węgry niemal wybrały członka Biura Politycznego na prezydenta

jezw

Niedawno miałem okazję porozmawiać z jednym z założycieli Węgierskiego Forum Demokratycznego (Magyar Demokrata Fórum), która to partia w 1990 roku wygrała pierwsze wolne wybory na Węgrzech a zarazem i w Europie Wschodniej. Zawsze ciekawie jest spotkać się z żywym świadkiem historii, zwykle można się czegoś nowego dowiedzieć, tym razem największe wrażenie zrobiła na mnie jego opowieść o Imre Pozsgayu.

Imre Pozsgay był działaczem partyjnym i to wysokiego stopnia: członek partii od 1950 roku, w trakcie kariery poseł, minister, przywódca Frontu Patriotycznego, członek Komitetu Centralnego a potem i Biura Politycznego partii. Nie przeszkodziło mu to zyskać tak wielką popularność by zostać w 1990 roku kandydatem MDF-u na prezydenta państwa, który, podobno, miał zwycięstwo w kieszeni.

Jak udało mu się zdobyć taką popularność? I dlaczego w końcu nie został prezydentem? O tym zaraz.

Pozsgay wsławił się tym, że jako pierwszy nazwał wydarzenia 1956 roku „powstaniem ludowym” w przeciwieństwie do obowiązującej publicznie tezy o „kontrrewolucji”. Swoje przekonania narodowe wyrażał od dłuższego czasu, to z jego udziałem w Lakitelek od 1987 spotykali się przedstawiciele orientacji, jak to się tutaj mówi, „ludowo-narodowej” (népi-nemzeti), z której powstał później MDF. Parasol ochronny, który zapewniał był ważny, niecieszące się nim inne odłamy opozycji były przedmiotem szykan.

Alternatywnym środowiskiem opozycyjnym byli dysydenci (opozycja demokratyczna) w rodzaju KOR-u (warto pamiętać, że węgierski disszidens oznacza coś innego od polskiego dysydenta, disszidens to ktoś kto po prostu wyjechał, legalnie bądź nie, na zachód i tam pozostał). Dziś chętnie zarzuca się im związki, rodzinne bądź ideologiczne, z komunistami. Jak to określił mój rozmówca, byli internacjonalistami a obecnie przedstawiają się jako kosmopolici.

To ważne, bo w ten sposób odtworzyła się jedna z kluczowych, najgłębszych linii podziału w węgierskiej polityce pomiędzy obozami narodowym (nemzeti) a miejskim (urbánus).

Co ciekawe, ówczesny Fidesz jednoznacznie identyfikował się z opozycją demokratyczną.

W trakcie kampanii przed wyborami planowanymi na styczeń 1990 roku Związek Wolnych Demokratów (Szabad Demokraták Szövetsége), który powstał ze środowisk dysydenckich, zainicjował referendum z czterema pytaniami

1. Czy wybory prezydenta powinny mieć miejsce dopiero po wyborach parlamentarnych?

2. Czy organizacje partyjny powinny opuścić zakład pracy?

3. Czy MSzMP powinny rozliczyć się z posiadanego majątku? [MSzMP to skrót nazwy partii komunistycznej]

4. Czy Straż Robotnicza powinna zostać rozwiązana? [Ta straż to rodzaj węgierskiego ORMO, utworzono ją po 1956 roku]

Do inicjatywy referendalnej przyłączyły się trzy inne partie, między innymi Fidesz, wezwały one do głosowania 4 razy Tak.

SzDSz odniósł sukces: referendum, mimo wezwań MDF-u do bojkotu, było ważne, a na wszystkie pytania padła odpowiedź Tak. Przy czym tak jak w przypadku pytań 2-4 głosów Tak było po około 95%, w przypadku pierwszego pytania było ich 50.07% czyli tu wygrana była minimalna. Jak podkreślił mój rozmówca, najważniejszym było to, że wyboru prezydenta miał teraz dokonać parlament, pozostałe kwestie straciły do tego czasu na aktualności.

Kiedy MDF wygrało wybory wydawało się to być formalnością. Posiadając najliczniejszy klub parlamentarny, partia miała prawo do zgłoszenia kandydata na prezydenta. Oczywistym było, że miał nim być Pozsgay.

Jednak ówczesny premier, József Antal, zawarł ze SzDSz-em pakt: w zamian za ograniczenie ilości ustaw wymagających większości dwóch trzecich, co ograniczało wpływy SzDSz-u będącego największą partią opozycyjną, ta partia miała zyskać prawo do zgłoszenia kandydata na prezydenta. Zgłosiła go w postaci Árpáda Göncza, uczestnika powstania 1956, skazanego za to na dożywocie, pisarza i tłumacza literatury (przełożył na węgierski m.in. Tolkiena). Został on też prezydentem, Pozsgay natomiast nigdy nie powrócił na pierwszą linię polityki.

Mój rozmówca był rozgoryczony. I dziś żałuje, że prezydentem nie został Pozsgay. Nie uważa, że problem, iż był on prominentnym komunistą, w jego oczach był on raczej jakimś przedstawicielem opozycji. Ważniejsze były jego przekonania narodowe od wysokiej pozycji w partii komunistycznej.

Do dzisiaj nie mogę zrozumieć do końca tego fenomenu popularności Pozsgaya. I sądzę, że jednak lepiej, że w 1990 w wolnych wyborach Węgry nie wybrały sobie na prezydenta członka Biura Politycznego ale uczestnika powstania 1956 roku.

Imre Pozsgay, prawie prezydent

źródło: Fortepan — ID 124978:  Autor: Urbán Tamás. - http://www.fortepan.hu/_photo/download/fortepan_124978.jpg, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=62345552

Żałoba z okazji odzyskanej niepodległości

jezw

Na Węgrzech nie ma święta niepodległości mimo, że narracja niepodległościowa jest tu tak dominująca jak w Polsce. Podobnie jak Polska Węgry odzyskały niepodległość po pierwszej wojnie światowej ale, w przeciwieństwie do Polski, nikt tu tego nie świętuje. Co więcej, niewielu pewnie byłoby w stanie powiedzieć, kiedy właśnie ich państwo niepodległość odzyskało; wyjaśniam na wszelki wypadek: chodzi mi o uniezależnienie od Austrii i monarchii Habsburgów. Swoją drogą, w świadomości społecznej koniec komunizmu też nie jest traktowany jako początek wolności, to ciekawy ale inny temat.

Skąd to niedocenianie niepodległości każdy kto choć troszkę zna Węgry świetnie wie: bo niepodległość łączyła się z utratą terytoriów i ludności (Trianon) a poprzedzający ją okres Monarchii Austro-Węgierskiej mimo że nie zapewniający pełnej niezależności umożliwił Węgrom okres fantastycznego rozwoju.

Węgrzy chcąc uzmysłowić Polakom czym był Trianon chętnie odwołują się do analogii rozbiorów, tym razem ich przedmiotem były jednak nie Polska a Węgry. Mimo podobieństw Polakom rzucają się w oczy i różnice: Węgry były (stały się w pewnym momencie) częścią jednego z zaborczych mocarstw, którego upadek umożliwił powstanie Polski. Ponadto, wbijana polskim dzieciom w szkołach świadomość błędów polskiej szlachty i jej odpowiedzialności za osłabienie państwa, które umożliwiło rozbiory, nie ma żadnego odpowiednika na Węgrzech, gdzie dominuje narracja niesprawiedliwości i krzywdy.

Od lat dziwi mnie ten węgierski bezmyślny kult Trianonu, to zachłystywanie się swoją krzywdą i nie raz pokłóciłem się z kochanymi węgierskimi znajomymi na ten temat. Zarzucono mi, że ich nie rozumiem Trianonu i że nic o nim nie wiem. Nie jestem przekonany jak dokładnie oni sami znają ten temat ale postanowiłem o Trianonie dowiedzieć się więcej i przeczytałem książkę Ignáca Romsicsa pt. A trianoni békeszerződés czyli Traktat pokojowy Trianon. Oto notatki z lektury.

Monarchia Austro-Węgierska w okresie przed pierwszą wojną światową doświadczały sił odśrodkowych. Idee trializmu (wspólnego państwa Austriaków, Węgrów i Słowian) żywe były wśród Czechów, Chorwatów i Słoweńców. Wśród części Ukrainców pojawiały się koncepcje przyłączenia się do Rosji. Polacy marzyli o zjednoczeniu i odtworzeniu Polski. Wśród ludności niemieckojęzycznej szerzyły się koncepcje Wielkich Niemiec.

Koncepcje federalistyczne dające większy wpływ na państwo przedstawicielom mniejszości pojawiały się również (na przykład w programie chrześcijańskich socjalistów z 1905 roku), żywsze jednak były tendecje do zachowanie status quo.

Węgry w tym czasie traktowały się jako jednolite państwo Węgrów, żądania autonomii były odrzucane. Postępował proces madziaryzacji, zwłaszcza wśród Niemców, Słowaków i Żydów: ilość osób deklarujących się jako Węgrzy wzrosła w okresie 1880-1910 z 45% do 54% ludności. Pojawiały się marzenia o podporządkowaniu sobie sąsiednich narodów i przekształceniu monarchii Austro-Węgierskiej w Węgiersko-Austriacką.

W tym czasie we Francji i Anglii narastało przekonanie, że Austria nie jest już warunkiem koniecznym dla utrzymania pokoju w Europie.

Nad monarchią zbierały się więc czarne chmury. Nadchodząca wojna miała być wojną o przetrwanie.

Na samym początku wojny jednak brak było świadomości tego. Dyskutowano raczej o ekspansji terytorialnej. Premier Tisza wykazał się wobec takich koncepcji ostrożnością w obawie, że zajęcie zbyt wielu terenów słowiańskich uniemożliwi kontynuację dualizmu.

Wkrótce jednak okazało się, że kwestią ekspansji terytorialnej nie zajmują się jedynie politycy monarchii. Swoje żądania zaczęli zgłaszać jej sąsiedy. Ententa dała obietnice terytorialne Rumunii, Włochom, Serbii, te dwa pierwsze przeciąga na swoją stronę właśnie przy ich pomocy.

W dyskusjach pojawiły się argumenty przeciwko monarchii. Masaryk na przykład twierdził, że ze zniknięciem zagrożenia tureckiego straciła ona rację bytu, jest wasalem Niemiec i nie zwiększa bezpieczeństwa bo ułatwia ekspansję niemiecką. Używał też argumentu narodowego. Uczestnicy Kongresu Narodów Uciśnionych, który odbył się w Rzymie 9-11 kwietnia 1918, wielu z nich obywatele monarchii, domagali się własnych państw.

Wielu mniej prominentnych obywateli monarchii wyrażało swoje poglądy nogami: choć nie wiemy ilu z nich popierało separatyzm to właśnie w armii monarchii dochodziło do największej ilości przypadków poddawania się bez walki. Do jesieni 1917 poddało się tak 600 000 żołnierzy: 300 000 Czechów i Słowaków, 200 000 Słowian południowych, 100 000 Rumunów, wielu z nich przyłączyło się do walki przeciwko państwom centralnym.

Kraje Ententy początkowo jednak nie popierały ani separatyzmów czechosłowackiego czy polskiego ani też rozpadu monarchii. Takie myślenie pojawiło się później, w przypadku Francji dopiero w 1917 roku. Zaczęto wydawać wówczas deklaracje odnośnie niepodległej Polski, Czechosłowacji i państwa południowych Słowian.

W międzyczasie (marzec 1918) Niemcy zawarły z Rosją pokój w Brześciu Litewskim, co otwierało drogę do utwarzenia na wschodzie sieci państw zdominowanych przez Niemcy, co było nie do przyjęcia przez Ententę.

Rozpad monarchii wiązał się z kwestią wytyczeniem nowych granic. Już wtedy politycy byli świadomi złożoności czynnika etnicznego. USA Inquiry (komisja szykująca pokój) w raporcie zauważała, że nie da się wytyczyć granic tak by były one zarazem praktyczne oraz pokrywały się z granicami etnicznymi. Robert William Seton-Watson, wpływowy ekspert brytyjski zajmujący się monarchią, krytyczny wobec Węgier za politykę brutalizacji mniejszości, która jego zdaniem miała miejsce w tym kraju, przygotował w miarę sprawiedliwą koncepcję granic wzdłuż linii etnicznych, pozostawiając szare strefy, co których decyzje należało podnieść po dogłębnej analizie.

16 października 1918 cesarz Karol ogłosił Austrię państwem federacyjnym. Było to jednak już za późno i za mało.

Podejście „za późno i za mało” było też charakterystyczne dla Węgrów. Nowopowstały rząd Károlyiego (październik 1918) uznawał za nieuniknioną utratę Chorwacji ale poza tym opowiadał się za integralnością terytorialną kraju, jego podstawą ma być „związek braterski równych ludów”. Nie zmieniło tego ogłoszenie niepodległości 16 listopada 1918.

Podczas gdy Serbowie zajmowali południowe prowincje a Rumunii wkraczali do Siedmiogrodu, Oszkár Jászi, minister do spraw mniejszości w rządzie Károlyiego, zaproponował kantonalizację Siedmiogrodu, koncepcję, którą Rumuni odrzucili.

”Terytorium Węgier stanowi najdoskonalszą jedność geograficzną i gospodarczą w pełnej mierze skazaną na siebie na tyle, że nie można żadnej części oderwać nie powodując gospodarczej katastrofy zarówno w oderwanej jak i pozostałej części” pisał Károlyi w memorandum do amerykańskiego ministra spraw zagranicznych. Ten argument zostanie jeszcze nie raz użyty.

Károlyi przejawiał, raczej naiwną, wiarę w Ententę, której był zawsze zwolennikiem. Jego rząd był pacyfistyczny, sam Károlyi liczył raczej na sukces w negocjacjach pokojowych.

W międzyczasie Rumuni wkroczyli do Siedmiogrodu, ich cel to „by wszyscy Rumuni żyli w jednym potężnym państwie”. Jedynie Rusini (choć nie wszyscy) przyjmują ofertę autonomii, wcześniej odrzucili ją siedmiogrodcy Sasowie a także Słowacy.

Od 18 stycznia 1919 trwała konferencja pokojowa w Wersalu. W Komisji Terytorialnej prym wiedli Francuzi. Kraje, które przegrały wojnę nie zostały zaproszone do dyskusji. Z czasem Amerykanie, zniesmaczeni zachowaniem delegacji francuskiej i brytyjskiej, wycofali się zachowując dla siebie jedynie rolę obserwatora.

A Węgrzy nie cieszyli się popularnością. Jeden z dyplomatów brytyjskich powiedział „Na to turańskie plemię patrzyłem z głęboką odrazą (…) Węgrzy przez całe wieki uciskali swoich niewęgierskich poddanych. Nadeszła godzina wyzwolenia i kary.”

Są jednak i inne głosy. W Memorandum z Fontainebleau, za którym stoi Lloyd George, pada stwierdzenie, iż w tej części Europy nigdy nie będzie pokoju jeśli istotne grupy Węgrów i Niemców trafią do nowopowstających krajów. Każdy naród powinien mieć swój kraj a czynnik ludzki powinien przeważać nad innymi względami.

Na Węgrzech powstał rząd z udziałem komunistów (Republika Rad). Wiosną ruszyły ofensywy rumuńskie i czechosłowacka, które napotkały słaby opór Węgrów. Później jednak rząd utworzył wojsko, które z sukcesami poprowadziło ofensywę na północy. Nie udało mu się jednak zrealizować planów połączenia z ukraińską armią czerwoną.

Austriacy wówczas zgłosiły pretensje do pasa ziemi przy granicy węgierskiej zamieszkałego w większości przez Niemców (Burgenland).

Wkrótce Republika Rad upada, a z chaosu wyłanił się rząd, w którym większość mieli konserwatyści. Horthy stanął na czele państwa, 16 listopada wkraczył na białym koniu do Budapesztu.

Na przewodniczącego delegacji węgierskiej na konferencję pokojową wybrano Alberta Apponyego. Choć bardzo ceniony w kraju (nazywano go „największym żyjącym Węgrem”) za granicą był uznawany za przedstawiciela orientacji niemieckiej i zwolennika ucisku małych narodów. „Najlepszy sposób na zniszczenie popularności Węgier” tak skomentował to Frank Lyon Polk, przedstawiciel USA.

W ramach przygotowań z inicjatywy Pála Telekiego powstaje słynna mapa przedstawiająca stosunki etniczne na Węgrzech. Jej podstawą był spis powszechny z 1910 roku, później nie było możliwości aktualizacji danych.

Delegacja, która wyruszyła 5 stycznia, miała domagać się integralności terytorialnej ze względu na „prawa historyczne i prawa naturalne” lub też ze względu na prawo do samostanowienia narodów żądać referendum. Jeśli żadna z tych opcji nie zostanie przyjęta, miała negocjować co się da.

Mimo, że elita zdawała sobie sprawę z sytuacji, w oficjalnym dyskursie nie było o niej mowy, to wówczas miał początek rozdźwięk między dyplomacją a propagandą dominujący w okresie międzywojennym.

Żegnana przez tłumy na dworcach delegacja została chłodno przyjęta w Paryżu. Umieszczono ją w nienajlepszym hotelu, poddano ograniczeniom w poruszaniu się.

Apponyi rozsyłał dużo not dyplomatycznych przedstawiających rozmaite (gospodarcze, etniczne, geopolityczne, itp.) argumenty węgierskie. Zwracał uwagę, że na Węgrzech mieszkało wówczas 54% Węgrów, 16% Rumunów, po zmianach granic w Rumunii byłoby natomiast 61.5% Rumunów i 15% Węgrów, w Czechosłowacji, Jugosławii wymieszanie ludności byłoby jeszcze większe. Węgry były zawsze tolerancyjne a ci, którzy się domagają odłączenia od Węgier nie są reprezentatywni wobec mniejszości, które nie chcą secesji, głosiła nota.

W odniesieniu do Siedmiogrodu proponowano trzy opcje: ten region miał być częścią Węgier, niezależnym kraj lub częścią Rumunii. Trzeci przypadek byłby do przyjęcia gdyby poprzedziło go referendum. W Siedmiogrodzie mogłyby utworzone być kantony węgierski, rumuński, szwabski, saski i mieszany. Noty nie miały żadnego wpływu na propozycje konferencji pokojowej.

Apponyi spotkał się z przedstawicielami Rady Najwyższej (Francja, Wielka Brytania, Włochy, USA, Japonia). Jego mowa zawierała syntezę węgierskich argumentów przeciwko traktatowi.

Podkreślał w niej wagę zachowania integralności Węgier odwołując się do argumentu gospodarczego: to na peryferiach Węgier znajdują się zasoby naturalne konieczne dla funkcjonowania gospodarki. Użył też argumentu geograficznego: Węgry mają doskonałą formę bo kotlina Karpacka ze swoimi naturalnymi granicami idealnie pasuje dla jednego państwa.

Stwierdził, że Węgry zostały ukarane najbardziej a przecież nie miały nawet pełnej niepodległości.

Użył też argumentu geopolitycznego: Węgry historycznie odpowiedzialne były za bezpieczeństwo i pokój w tej części Europy zapewniając ochronę przed napaściami z zewnątrz.

Najważniejszy był jednak argument etniczny. Podkreślił, że 3.5 miliona Węgrów oderwanych zostanie od WęgierWęgier. Mówił, że zwycięskie mocarstwa nie stosują konsekwentnie zasad, które głoszą. Domagał się referendum na terenach, które Węgry mają utracić powołując się tu na Wilsona. Zwrócił uwagę, że kraje, które uzyskują terytoria od Węgier też nie są spójne etnicznie.

Nie obyło się bez argumentu szowinistycznego, który zapewne zadziałał kontrproduktywnie. „Chciałbym tylko po prostu stwierdzić ten fakt, że w rezultacie [wprowadzenia traktatu] hegemonia narodowa przejdzie na takie narody, które obecnie stoją w większości kulturalnie niżej [niż Węgrzy]” stwierdził Apponyi opierając się na danych dotyczących poziomu wykształcenia Węgrów i mniejszości żyjących na Węgrzech (danych dotyczących poziomu wykształcenia w krajach gdzie dana mniejszość była większością tytularną nie podał). Zagroził irredentyzmem: stojące wyżej kulturalnie mniejszości mogą zhegemonizować niżej stojącą większość.

Odpowiadając na pytanie Lloyd Georgea ilu Węgrów znajdzie się poza Węgrami blisko nowych granic Apponyi pokazał to na mapie. Lloyd George napisał potem w pamiętnikach, że gdyby wówczas Apponyi domagał się korekty granic by tereny z większością węgierską znalazły się w ramach Węgier pewnie odniósłby sukces ale on zanegował cały nowy system, do czego nie miał szansy nikogo przekonać. W sumie spotkanie przebiegło w chłodnej atmosferze.

Kolejna fala not dyplomatycznych nie przyniosła zmiany. Brytyjczycy okazali się być bardziej przychylni Węgrom niż Francuzi (Lloyd George: by Węgry nie pozostały wrogiem na zawsze trzeba odpowiedzieć na ich propozycje), którzy argumentowali, że statystyki węgierskie nie są godne zaufania bo Węgrzy są podstępni. Końcowy tekst traktatu pozostał niezmieniony.

Samo podpisanie traktatu odbyło się w ramach piętnastominutowej ceremonii 4 czerwca 1920 roku. Przeszła ona niezauważona we Francji. Na Węgrzech tego dnia opuszczono flagi do połowy masztu, w gazetach pojawiły się żałobne ramki, zamknięte zostały sklepy, szkoły i urzędy, przez miasta przeszły demonstracje protestacyjne. W Budapeszcie odbył przemarsz z Hősók tere pod pomnik Petőfiego, przed mszą w bazylice na pięć minut zatrzymał się ruch, bito w dzwony.

Marszałek parlamentu István Rakovszky wygłasił mowę. Zwracając się do ludności z terenów odłączonych powiedział „po wspólnych 1000 latach musimy się rozdzielić ale nie na zawsze. Od tej pory każdą myślą w dzień i w nocy każde uderzenie naszego serca będzie miało na celu byśmy mogli z wami żyć w dawnej chwale ponownie zjednoczeni.”

Prasa wszelkich odcieni politycznych bez wyjątku o traktacie pisała krytycznie („to nie prawdziwy pokój”), pojawiły się porównania do Jezusa na krzyżu.

Pojawiały się nadzieje na szybką rewizję terytorialną. Wojna polsko-sowiecka dała nadzieję na odzyskanie wschodniej Słowacji i Zakarpacia, dlatego udzielono Polsce militarnej pomocy posyłając amunicję.

19 czerwca Piłsudski przyjął ambasadora Csekonicsa, uzgodniono współpracę w walce z bolszewizmem. Polska miała wspierać starania o zmianę ustaleń traktatu odnośnie armii węgierskiej. W przypadku napaści Czechosłowacji na Polskę Węgry miały zaatakować z tyłu Czechosłowację. Polska zobowiązała się spróbować załatwić z Ententą by Węgry posłały trzydziestotysięczny legion do Polski (w przyszłości mógłby on wspierać działania rewizyjne). Francja i Wielka Brytania odrzuciły jednak ten postulat obawiając się skutków przemarszu wojsk węgierskich przez Czechosłowację czy też Rumunię.

Polskie zwycięstwo pogrzebało nadzieję na szybką rewizję. W latach 1920-21 powstała mała Ententa: umowy o wzajemnym wsparciu na wypadek napaści Węgier między podpisały Czechoslowacja i Jugosławia, Rumunia i Jugosławia oraz Rumunia i Czechosłowacja.

Traktat pokojowy został ratyfikowany przez parlament węgierski 15 listopada. Wszedł on w życie po ratyfikacji w innych krajach (Francja, Wielka Brytania, Japonia, Włochy) w 1921 roku. USA nie ratyfikowały traktatu, do którego odnosiły się krytycznie, podpisały za to osobny pokój z Węgrami.

W Burgenlandii w tym czasie operowały węgierskie nieregularne siły zbrojne wspierano po cichu przez rząd, któremu w zamian za obietnicę ich rozbrojenia udaje się doprowadzić do referendum w Sopronie. W referendum tym 65% głosów padło za Węgrami.

Po drugiej, nieudanej próbie zajęcia tronu przez Karola IV 3 listopada parlament zdetronizował Habsburgów.

W efekcie traktatu w okresie międzywojennym tylko Albańczyków mieszkało więcej poza granicami kraju ojczystego (44%) niż Węgrów. Zasada państw narodowych nie wprowadzona tak jak by na to pozwalały warunki demograficzne. Nowe Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców oraz Czechosłowacja przypominały Monarchię tyle, że w mniejszej skali. W regionie tylko Węgry i Austria, które przegrały wojnę były w miarę homogeniczne etnicznie. Nowe kraje nie wykazywały się poszanowaniem mniejszości, kultywowały raczej tradycje imperialne.

Nowopowstały system małych państw nie okazał się zdolny do tego do czego go powołano a mianowicie do powstrzymania ewentualnej ekspansji niemieckiej lub rosyjskiej.

Węgierska gospodarka szybko odbiła, w 1929 roku dochód na głowę był wyższy niż w 1913 roku, w 1913 roku dochód był 69% średniej europejskiej, w 1929 – 74%.

W ramach rewizji terytorialnych w okresie drugiej wojny światowej Węgry odzyskały ponad 1/3 utraconych terenów (nie licząc Chorwacji – ponad połowę) i ponad 5 milionów obywateli: 50% Węgrów, 20% Rumunów, 10% Rusinów, 8-9% Jugosłowian, a także mniejszą liczbę Niemców i Słowaków. Udział Węgrów spadł z 93% do 77%.

Paryski traktat pokojowy z 1947 roku przywrócił granice trianońskie. Węgrzy przyjęli go spokojnie. István Bibó napisał wówczas, że Węgrzy przyjmując granice trianońskie „fizycznie i duchowo” powinni skupić się na dwóch rzeczach: unikając spirali „wzajemnej bezdennej nienawiści” dawać przykład w „umiarkowaniu i wzajemnej lojalności małych narodów” oraz „czuć odpowiedzialność za los Węgrów poza granicami kraju”.

Autor kończy swoją książkę następującymi słowami: „Węgrzy mają pełne prawo uważań traktaty z Trianon i Paryski za niesprawiedliwe. Mają też bezdyskusyjne prawo by się domagać zgodnego z normami europejskimi prawa do samorządności dla siebie i dla mniejszości. Mieć nadzieję na więcej to, wszelkie znaki na to wskazują, iluzja, domagać się więcej to bezmyślność.”

***

Podsumowując (to już ode mnie), wydaje mi się, że z dwóch postulatów Bibó Węgrzy realizują tylko ten drugi. O Węgrach spoza Węgier faktycznie tu się pamięta i to zarówno na poziomie polityki państwowej jak i na poziomie kontaktów międzyludzkich. Dostali oni obywatelstwo, głosują w wyborach, na parlamenci wisi flaga seklerska jako demonstracja poparcia dla ich żądań autonomii. Na tereny zamieszkałe przez Węgrów, zwłaszcza do Siedmiogrodu, się jeździ, oni też tu przyjeżdzają, kontakty są na poziomie szkół, kościołów i rodzin.

Gorzej jest z unikanie spirali nienawiści. Argumenty wysunięte przez Apponyego są do dziś w obiegu, przedwojenna retoryka krzywdy ma się znakomicie, nic nie pojawiło się w miejsce narracji krzywdy. Brak jakichkolwiek prób pojednania z sąsiadami czy też choćby zrozumienia ich perspektywy. Uważam, że pod spokojną obecnie powierzchnią wszystkie demony nienawiści i rewizjonizmu są gotowe by nagle, choć niezaskakująco, wybuchnąć w sprzyjającym momencie.

Przygnębiające jest, że niemal sto lat nie starczyło na to by Węgrzy Trianon przepracowali, mimo że wiele innych narodów w krótszym czasie dało sobie radę ze swoimi traumami.



Jeden z nielicznych estetycznych pomników Trianonu (pisałem o tym tu) o nieco jednak makabrycznej symbolice dla wszystkich przywykłych do narracji o "rozczłonkowanej" ojczyźnie. Stoi w Debreczynie .

Film o gwałtach wojennych

jezw

Coś się dzieje w kinie węgierskim: po latach posuchy taniej, zwykle kiepskiej, komercji i różnej jakości filmów artystycznych coraz więcej pojawia się filmów, które próbują powiedzieć coś ważnego, czy to o teraźniejszości czy to przeszłości (wcześniej o interesujących filmach pisałem tu, tu czy tu). W ten nurt wpisuje się niedawno pokazany film pt. Aurora borealis (Zorza polarna), który porusza temat powojennych gwałtów na Węgierkach.

Ten temat to na Węgrzech tabu i to mimo tego, że przed laty ukazała się wybitna książka na ten temat pt. Asszony a fronton, która pojawiła się po polsku pt. Kobieta na froncie w Literaturze na Świecie (2014, nr 3/4, s. 339-373). Nie dziwi to o tyle, że na Węgrzech w ogóle mało mówi się o tym okresie, niewiele jest wspomnień, upamiętń, dyskusji. Wojenna trauma jest przemilczana.

Film dzieje się równolegle w dwóch okresach. Pierwszy to współczesność: stara kobieta, która robi przerażające lalki, traci przytomość i trafia do szpitala. Przyjeżdza do niej mieszkająca na stałe we Wiedniu córka. Otarcie się o śmierć matki powoduje, że kobiety zaczynają ze sobą rozmawiać. Córka powoli, krok po kroku, dowiaduje się strasznych rzeczy o przeszłości matki i o samej sobie. Rekonstrukcja tego to drugi plan filmu.

Matka uciekając z ukochanym z Węgier do Austrii natyka się na, wówczas radzieckich, strażników granicznych. Zostają ostrzelani, jej ukochany ginie, ona sama zostaje wielokrotnie zgwałcona. W Austrii ucieka swoim prześladowcom, ale że wówczas kraj znajduje się pod okupacją sowiecką nie oznacza to, że jest już bezpieczna i że jej przygody się zakończyły. Najdramatyczniejsze rzeczy dopiero tu się wydarzą – to o nich dowie się córka podczas rekonwalescencji matki. Nie opowiadam, dowiedzcie się ich razem z córką oglądając ten film.

Film jest mocny, zarówno przez temat oraz poprzez swoją niesamowitą historię. Świetna jest też rola matki (wielka aktorka Mari Törőcsik, która obecnie jest w szpitalu – być może to jej ostatnia rola w życiu), która niestety kontrastuje z bardziej przeciętnymi kreacjami pozostałych aktorów.

Szkoda, że psuje go szereg błędów: mieszkająca od urodzenia w Austrii córka mówi po niemiecku z akcentem węgierskim, zakonnica pracująca w szpitalu wygląda tak samo w 1953 roku jak i obecnie, ojciec, który rozmawia z synem po hiszpańsku pisze mu smsa po angielsku, itd. Rozpraszają one, psują iluzję opowieści filmowej

Tak czy siak Aurora Borealis należy docenić. I to tym bardziej, że to dzieło czysto węgierskie: w Polsce, owszem, powstała Róża, ale już film o gwałtach na zakonnicach (Niewinne) musiała Francuzka.

Ciekawostką jest, że w filmie głównej roli o mało co nie zagrała Agata Kulesza. Chciała jej bardzo reżyserka (Márta Mészáros) ale ponieważ film został sfinansowany w większości przez fundusze węgierskie musiała zaangażować aktorkę węgierską (Ildikó Tóth). Pojawili się w nim jednak polscy aktorzy (Ewa Telega i Lesław Żurek), którzy zagrali drugoplanowe role. Stanowią oni, obok operatora Piotra Sobocińskiego Jr., polski akcent w filmie. Może choćby dlatego film zostanie pokazany w Polsce – powinien.

Kincsem

jezw

Obejrzałem jakiś czas temu film o koniu. Nie przyrodniczy, rozrywkowo-patriotyczny. O koniu-bohaterze narodowym, który ma własny pomnik, naturalnej wielkości, z brązu. Koń nazywał się Kincsem (Mój Skarb).

Pomnik przy wejściu na teren wyścigów w Budapeszcie

Żył, a raczej żyła bo mowa jest o klaczy, w latach 1874-1887 i wygrała wszystkie 54 wyścigi w kilku krajach, w których wzięła udział. Nazywano ją Hungarian Wonder lub też Hungarian Miracle, na Węgrzech natomiast po prostu Cudowna klacz (Csodakanca).

I ten to koń został właśnie bohaterem najnowszego filmu Gábora Herendiego. Ten reżyser znany jest tutaj z kasowych filmów jak Valami Amerika czy też Magyar vándor (było o tym tu). Tym razem, korzystając z największego w historii węgierskiego budżetu (3 miliardy forintów) dopisał kolejną pozycję do listy swoich sukcesów: w pierwszy weekend Kincsem obejrzało 72 089 widzów, przez co film zajął piąte miejsce wśród filmów z najlepszym otwarciem w ciągu ostatnich 25 lat.

SPOILER – TREŚĆ FILMU

Akcja filmu zaczyna się od represji po powstaniu 1848 roku. Do domu uczestnika powstania, szlachcica Blaskovicha, przybywa oddział pod dowódctwem jego sąsiada, Otto von Oettingena, obecnie służącemu cesarzowi austriackiemu. Przy próbie aresztowania zabija on Blaskovicha na oczach jego syna Ernő. Na mocy edyktu cesarskiego przejmuje też majątek Blaskovichów, Ernő z opiekunem musi się wynosić do nędznej resztówki.

Jakiś czas później, już jako młody dorosły człowiek, Ernő kupuje klacz Kincsem, którą zaczyna wygrywać wyścigi. Końskie zawody szybko nabierają większego niż tylko sportowego znaczenia i Kincsem staje się symbolem aspiracji węgierskich. Cesarz nakazuje Otto von Oettingenowi by ten wystawił własnego konia, który zwyciężając nad Kincsem stłumi potencjalną rewoltę. W międzyczasie Ernő, z wzajemnością, zakochuje się w córce von Oettingena, i poprzez wygrane wyścigi zdobywa wielki majątek. Udaje mu się odkupić pałac, który kiedy zabrano jego rodzinie. Pokonany na wszystkich polach von Oettingen popełnia samobójstwo a na Ernő i Klarę, mimo utraty podpalonego pałacu, czeka szczęśliwe życie.

Niestety, poza komercyjnym rekordem filmu wielu innych powodów do zachwytu on nie daje. Zacznijmy może od pozytywów. Aktorzy grający dwoje głównych bohaterów, Ervin Nagy (w filmie Ernő Blaskovich) oraz Andrea Petrik (Klara von Oettingen) tworzą jeśli nawet nieco przesadne to jednak pełnokrwiste postacie, które chce się oglądać. Motywy steampunkowskie, które wokół nich obudowano (zwróćcie uwagę na przykład na ich ubiory na plakacie) efekt ten zwiększają.

I to tak tyle. Sama historia, poza nazwiskiem Blaskovicha jako właściciela Kincsem oraz samego konia, nie ma nic wspólnego z faktami. Robienie bohatera narodowego z arystokraty zajmującego się wyścigami konnymi a samym zawodom nadawanie charakteru substytutu walki narodowej żenuje raczej niż wciąga. Przewidywalne love story z happy endem nuży. Wielkobudżetowe sceny jak choćby pożar pałacu, czy też emocje wyścigowe wywołują najwyżej zdawkowe wyrazy uznania za technikę wykonania.

Nie jest łatwo zrobić film o koniu. Nawet tak sławnym. Nawet jak się ma taki budżet.

© Jeż Węgierski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci