Menu

Jeż Węgierski

moje zdziwienia budapeszteńskie

Wpisy otagowane : historia-Wegier

Żałoba z okazji odzyskanej niepodległości

jezw

Na Węgrzech nie ma święta niepodległości mimo, że narracja niepodległościowa jest tu tak dominująca jak w Polsce. Podobnie jak Polska Węgry odzyskały niepodległość po pierwszej wojnie światowej ale, w przeciwieństwie do Polski, nikt tu tego nie świętuje. Co więcej, niewielu pewnie byłoby w stanie powiedzieć, kiedy właśnie ich państwo niepodległość odzyskało; wyjaśniam na wszelki wypadek: chodzi mi o uniezależnienie od Austrii i monarchii Habsburgów. Swoją drogą, w świadomości społecznej koniec komunizmu też nie jest traktowany jako początek wolności, to ciekawy ale inny temat.

Skąd to niedocenianie niepodległości każdy kto choć troszkę zna Węgry świetnie wie: bo niepodległość łączyła się z utratą terytoriów i ludności (Trianon) a poprzedzający ją okres Monarchii Austro-Węgierskiej mimo że nie zapewniający pełnej niezależności umożliwił Węgrom okres fantastycznego rozwoju.

Węgrzy chcąc uzmysłowić Polakom czym był Trianon chętnie odwołują się do analogii rozbiorów, tym razem ich przedmiotem były jednak nie Polska a Węgry. Mimo podobieństw Polakom rzucają się w oczy i różnice: Węgry były (stały się w pewnym momencie) częścią jednego z zaborczych mocarstw, którego upadek umożliwił powstanie Polski. Ponadto, wbijana polskim dzieciom w szkołach świadomość błędów polskiej szlachty i jej odpowiedzialności za osłabienie państwa, które umożliwiło rozbiory, nie ma żadnego odpowiednika na Węgrzech, gdzie dominuje narracja niesprawiedliwości i krzywdy.

Od lat dziwi mnie ten węgierski bezmyślny kult Trianonu, to zachłystywanie się swoją krzywdą i nie raz pokłóciłem się z kochanymi węgierskimi znajomymi na ten temat. Zarzucono mi, że ich nie rozumiem Trianonu i że nic o nim nie wiem. Nie jestem przekonany jak dokładnie oni sami znają ten temat ale postanowiłem o Trianonie dowiedzieć się więcej i przeczytałem książkę Ignáca Romsicsa pt. A trianoni békeszerződés czyli Traktat pokojowy Trianon. Oto notatki z lektury.

Monarchia Austro-Węgierska w okresie przed pierwszą wojną światową doświadczały sił odśrodkowych. Idee trializmu (wspólnego państwa Austriaków, Węgrów i Słowian) żywe były wśród Czechów, Chorwatów i Słoweńców. Wśród części Ukrainców pojawiały się koncepcje przyłączenia się do Rosji. Polacy marzyli o zjednoczeniu i odtworzeniu Polski. Wśród ludności niemieckojęzycznej szerzyły się koncepcje Wielkich Niemiec.

Koncepcje federalistyczne dające większy wpływ na państwo przedstawicielom mniejszości pojawiały się również (na przykład w programie chrześcijańskich socjalistów z 1905 roku), żywsze jednak były tendecje do zachowanie status quo.

Węgry w tym czasie traktowały się jako jednolite państwo Węgrów, żądania autonomii były odrzucane. Postępował proces madziaryzacji, zwłaszcza wśród Niemców, Słowaków i Żydów: ilość osób deklarujących się jako Węgrzy wzrosła w okresie 1880-1910 z 45% do 54% ludności. Pojawiały się marzenia o podporządkowaniu sobie sąsiednich narodów i przekształceniu monarchii Austro-Węgierskiej w Węgiersko-Austriacką.

W tym czasie we Francji i Anglii narastało przekonanie, że Austria nie jest już warunkiem koniecznym dla utrzymania pokoju w Europie.

Nad monarchią zbierały się więc czarne chmury. Nadchodząca wojna miała być wojną o przetrwanie.

Na samym początku wojny jednak brak było świadomości tego. Dyskutowano raczej o ekspansji terytorialnej. Premier Tisza wykazał się wobec takich koncepcji ostrożnością w obawie, że zajęcie zbyt wielu terenów słowiańskich uniemożliwi kontynuację dualizmu.

Wkrótce jednak okazało się, że kwestią ekspansji terytorialnej nie zajmują się jedynie politycy monarchii. Swoje żądania zaczęli zgłaszać jej sąsiedy. Ententa dała obietnice terytorialne Rumunii, Włochom, Serbii, te dwa pierwsze przeciąga na swoją stronę właśnie przy ich pomocy.

W dyskusjach pojawiły się argumenty przeciwko monarchii. Masaryk na przykład twierdził, że ze zniknięciem zagrożenia tureckiego straciła ona rację bytu, jest wasalem Niemiec i nie zwiększa bezpieczeństwa bo ułatwia ekspansję niemiecką. Używał też argumentu narodowego. Uczestnicy Kongresu Narodów Uciśnionych, który odbył się w Rzymie 9-11 kwietnia 1918, wielu z nich obywatele monarchii, domagali się własnych państw.

Wielu mniej prominentnych obywateli monarchii wyrażało swoje poglądy nogami: choć nie wiemy ilu z nich popierało separatyzm to właśnie w armii monarchii dochodziło do największej ilości przypadków poddawania się bez walki. Do jesieni 1917 poddało się tak 600 000 żołnierzy: 300 000 Czechów i Słowaków, 200 000 Słowian południowych, 100 000 Rumunów, wielu z nich przyłączyło się do walki przeciwko państwom centralnym.

Kraje Ententy początkowo jednak nie popierały ani separatyzmów czechosłowackiego czy polskiego ani też rozpadu monarchii. Takie myślenie pojawiło się później, w przypadku Francji dopiero w 1917 roku. Zaczęto wydawać wówczas deklaracje odnośnie niepodległej Polski, Czechosłowacji i państwa południowych Słowian.

W międzyczasie (marzec 1918) Niemcy zawarły z Rosją pokój w Brześciu Litewskim, co otwierało drogę do utwarzenia na wschodzie sieci państw zdominowanych przez Niemcy, co było nie do przyjęcia przez Ententę.

Rozpad monarchii wiązał się z kwestią wytyczeniem nowych granic. Już wtedy politycy byli świadomi złożoności czynnika etnicznego. USA Inquiry (komisja szykująca pokój) w raporcie zauważała, że nie da się wytyczyć granic tak by były one zarazem praktyczne oraz pokrywały się z granicami etnicznymi. Robert William Seton-Watson, wpływowy ekspert brytyjski zajmujący się monarchią, krytyczny wobec Węgier za politykę brutalizacji mniejszości, która jego zdaniem miała miejsce w tym kraju, przygotował w miarę sprawiedliwą koncepcję granic wzdłuż linii etnicznych, pozostawiając szare strefy, co których decyzje należało podnieść po dogłębnej analizie.

16 października 1918 cesarz Karol ogłosił Austrię państwem federacyjnym. Było to jednak już za późno i za mało.

Podejście „za późno i za mało” było też charakterystyczne dla Węgrów. Nowopowstały rząd Károlyiego (październik 1918) uznawał za nieuniknioną utratę Chorwacji ale poza tym opowiadał się za integralnością terytorialną kraju, jego podstawą ma być „związek braterski równych ludów”. Nie zmieniło tego ogłoszenie niepodległości 16 listopada 1918.

Podczas gdy Serbowie zajmowali południowe prowincje a Rumunii wkraczali do Siedmiogrodu, Oszkár Jászi, minister do spraw mniejszości w rządzie Károlyiego, zaproponował kantonalizację Siedmiogrodu, koncepcję, którą Rumuni odrzucili.

”Terytorium Węgier stanowi najdoskonalszą jedność geograficzną i gospodarczą w pełnej mierze skazaną na siebie na tyle, że nie można żadnej części oderwać nie powodując gospodarczej katastrofy zarówno w oderwanej jak i pozostałej części” pisał Károlyi w memorandum do amerykańskiego ministra spraw zagranicznych. Ten argument zostanie jeszcze nie raz użyty.

Károlyi przejawiał, raczej naiwną, wiarę w Ententę, której był zawsze zwolennikiem. Jego rząd był pacyfistyczny, sam Károlyi liczył raczej na sukces w negocjacjach pokojowych.

W międzyczasie Rumuni wkroczyli do Siedmiogrodu, ich cel to „by wszyscy Rumuni żyli w jednym potężnym państwie”. Jedynie Rusini (choć nie wszyscy) przyjmują ofertę autonomii, wcześniej odrzucili ją siedmiogrodcy Sasowie a także Słowacy.

Od 18 stycznia 1919 trwała konferencja pokojowa w Wersalu. W Komisji Terytorialnej prym wiedli Francuzi. Kraje, które przegrały wojnę nie zostały zaproszone do dyskusji. Z czasem Amerykanie, zniesmaczeni zachowaniem delegacji francuskiej i brytyjskiej, wycofali się zachowując dla siebie jedynie rolę obserwatora.

A Węgrzy nie cieszyli się popularnością. Jeden z dyplomatów brytyjskich powiedział „Na to turańskie plemię patrzyłem z głęboką odrazą (…) Węgrzy przez całe wieki uciskali swoich niewęgierskich poddanych. Nadeszła godzina wyzwolenia i kary.”

Są jednak i inne głosy. W Memorandum z Fontainebleau, za którym stoi Lloyd George, pada stwierdzenie, iż w tej części Europy nigdy nie będzie pokoju jeśli istotne grupy Węgrów i Niemców trafią do nowopowstających krajów. Każdy naród powinien mieć swój kraj a czynnik ludzki powinien przeważać nad innymi względami.

Na Węgrzech powstał rząd z udziałem komunistów (Republika Rad). Wiosną ruszyły ofensywy rumuńskie i czechosłowacka, które napotkały słaby opór Węgrów. Później jednak rząd utworzył wojsko, które z sukcesami poprowadziło ofensywę na północy. Nie udało mu się jednak zrealizować planów połączenia z ukraińską armią czerwoną.

Austriacy wówczas zgłosiły pretensje do pasa ziemi przy granicy węgierskiej zamieszkałego w większości przez Niemców (Burgenland).

Wkrótce Republika Rad upada, a z chaosu wyłanił się rząd, w którym większość mieli konserwatyści. Horthy stanął na czele państwa, 16 listopada wkraczył na białym koniu do Budapesztu.

Na przewodniczącego delegacji węgierskiej na konferencję pokojową wybrano Alberta Apponyego. Choć bardzo ceniony w kraju (nazywano go „największym żyjącym Węgrem”) za granicą był uznawany za przedstawiciela orientacji niemieckiej i zwolennika ucisku małych narodów. „Najlepszy sposób na zniszczenie popularności Węgier” tak skomentował to Frank Lyon Polk, przedstawiciel USA.

W ramach przygotowań z inicjatywy Pála Telekiego powstaje słynna mapa przedstawiająca stosunki etniczne na Węgrzech. Jej podstawą był spis powszechny z 1910 roku, później nie było możliwości aktualizacji danych.

Delegacja, która wyruszyła 5 stycznia, miała domagać się integralności terytorialnej ze względu na „prawa historyczne i prawa naturalne” lub też ze względu na prawo do samostanowienia narodów żądać referendum. Jeśli żadna z tych opcji nie zostanie przyjęta, miała negocjować co się da.

Mimo, że elita zdawała sobie sprawę z sytuacji, w oficjalnym dyskursie nie było o niej mowy, to wówczas miał początek rozdźwięk między dyplomacją a propagandą dominujący w okresie międzywojennym.

Żegnana przez tłumy na dworcach delegacja została chłodno przyjęta w Paryżu. Umieszczono ją w nienajlepszym hotelu, poddano ograniczeniom w poruszaniu się.

Apponyi rozsyłał dużo not dyplomatycznych przedstawiających rozmaite (gospodarcze, etniczne, geopolityczne, itp.) argumenty węgierskie. Zwracał uwagę, że na Węgrzech mieszkało wówczas 54% Węgrów, 16% Rumunów, po zmianach granic w Rumunii byłoby natomiast 61.5% Rumunów i 15% Węgrów, w Czechosłowacji, Jugosławii wymieszanie ludności byłoby jeszcze większe. Węgry były zawsze tolerancyjne a ci, którzy się domagają odłączenia od Węgier nie są reprezentatywni wobec mniejszości, które nie chcą secesji, głosiła nota.

W odniesieniu do Siedmiogrodu proponowano trzy opcje: ten region miał być częścią Węgier, niezależnym kraj lub częścią Rumunii. Trzeci przypadek byłby do przyjęcia gdyby poprzedziło go referendum. W Siedmiogrodzie mogłyby utworzone być kantony węgierski, rumuński, szwabski, saski i mieszany. Noty nie miały żadnego wpływu na propozycje konferencji pokojowej.

Apponyi spotkał się z przedstawicielami Rady Najwyższej (Francja, Wielka Brytania, Włochy, USA, Japonia). Jego mowa zawierała syntezę węgierskich argumentów przeciwko traktatowi.

Podkreślał w niej wagę zachowania integralności Węgier odwołując się do argumentu gospodarczego: to na peryferiach Węgier znajdują się zasoby naturalne konieczne dla funkcjonowania gospodarki. Użył też argumentu geograficznego: Węgry mają doskonałą formę bo kotlina Karpacka ze swoimi naturalnymi granicami idealnie pasuje dla jednego państwa.

Stwierdził, że Węgry zostały ukarane najbardziej a przecież nie miały nawet pełnej niepodległości.

Użył też argumentu geopolitycznego: Węgry historycznie odpowiedzialne były za bezpieczeństwo i pokój w tej części Europy zapewniając ochronę przed napaściami z zewnątrz.

Najważniejszy był jednak argument etniczny. Podkreślił, że 3.5 miliona Węgrów oderwanych zostanie od WęgierWęgier. Mówił, że zwycięskie mocarstwa nie stosują konsekwentnie zasad, które głoszą. Domagał się referendum na terenach, które Węgry mają utracić powołując się tu na Wilsona. Zwrócił uwagę, że kraje, które uzyskują terytoria od Węgier też nie są spójne etnicznie.

Nie obyło się bez argumentu szowinistycznego, który zapewne zadziałał kontrproduktywnie. „Chciałbym tylko po prostu stwierdzić ten fakt, że w rezultacie [wprowadzenia traktatu] hegemonia narodowa przejdzie na takie narody, które obecnie stoją w większości kulturalnie niżej [niż Węgrzy]” stwierdził Apponyi opierając się na danych dotyczących poziomu wykształcenia Węgrów i mniejszości żyjących na Węgrzech (danych dotyczących poziomu wykształcenia w krajach gdzie dana mniejszość była większością tytularną nie podał). Zagroził irredentyzmem: stojące wyżej kulturalnie mniejszości mogą zhegemonizować niżej stojącą większość.

Odpowiadając na pytanie Lloyd Georgea ilu Węgrów znajdzie się poza Węgrami blisko nowych granic Apponyi pokazał to na mapie. Lloyd George napisał potem w pamiętnikach, że gdyby wówczas Apponyi domagał się korekty granic by tereny z większością węgierską znalazły się w ramach Węgier pewnie odniósłby sukces ale on zanegował cały nowy system, do czego nie miał szansy nikogo przekonać. W sumie spotkanie przebiegło w chłodnej atmosferze.

Kolejna fala not dyplomatycznych nie przyniosła zmiany. Brytyjczycy okazali się być bardziej przychylni Węgrom niż Francuzi (Lloyd George: by Węgry nie pozostały wrogiem na zawsze trzeba odpowiedzieć na ich propozycje), którzy argumentowali, że statystyki węgierskie nie są godne zaufania bo Węgrzy są podstępni. Końcowy tekst traktatu pozostał niezmieniony.

Samo podpisanie traktatu odbyło się w ramach piętnastominutowej ceremonii 4 czerwca 1920 roku. Przeszła ona niezauważona we Francji. Na Węgrzech tego dnia opuszczono flagi do połowy masztu, w gazetach pojawiły się żałobne ramki, zamknięte zostały sklepy, szkoły i urzędy, przez miasta przeszły demonstracje protestacyjne. W Budapeszcie odbył przemarsz z Hősók tere pod pomnik Petőfiego, przed mszą w bazylice na pięć minut zatrzymał się ruch, bito w dzwony.

Marszałek parlamentu István Rakovszky wygłasił mowę. Zwracając się do ludności z terenów odłączonych powiedział „po wspólnych 1000 latach musimy się rozdzielić ale nie na zawsze. Od tej pory każdą myślą w dzień i w nocy każde uderzenie naszego serca będzie miało na celu byśmy mogli z wami żyć w dawnej chwale ponownie zjednoczeni.”

Prasa wszelkich odcieni politycznych bez wyjątku o traktacie pisała krytycznie („to nie prawdziwy pokój”), pojawiły się porównania do Jezusa na krzyżu.

Pojawiały się nadzieje na szybką rewizję terytorialną. Wojna polsko-sowiecka dała nadzieję na odzyskanie wschodniej Słowacji i Zakarpacia, dlatego udzielono Polsce militarnej pomocy posyłając amunicję.

19 czerwca Piłsudski przyjął ambasadora Csekonicsa, uzgodniono współpracę w walce z bolszewizmem. Polska miała wspierać starania o zmianę ustaleń traktatu odnośnie armii węgierskiej. W przypadku napaści Czechosłowacji na Polskę Węgry miały zaatakować z tyłu Czechosłowację. Polska zobowiązała się spróbować załatwić z Ententą by Węgry posłały trzydziestotysięczny legion do Polski (w przyszłości mógłby on wspierać działania rewizyjne). Francja i Wielka Brytania odrzuciły jednak ten postulat obawiając się skutków przemarszu wojsk węgierskich przez Czechosłowację czy też Rumunię.

Polskie zwycięstwo pogrzebało nadzieję na szybką rewizję. W latach 1920-21 powstała mała Ententa: umowy o wzajemnym wsparciu na wypadek napaści Węgier między podpisały Czechoslowacja i Jugosławia, Rumunia i Jugosławia oraz Rumunia i Czechosłowacja.

Traktat pokojowy został ratyfikowany przez parlament węgierski 15 listopada. Wszedł on w życie po ratyfikacji w innych krajach (Francja, Wielka Brytania, Japonia, Włochy) w 1921 roku. USA nie ratyfikowały traktatu, do którego odnosiły się krytycznie, podpisały za to osobny pokój z Węgrami.

W Burgenlandii w tym czasie operowały węgierskie nieregularne siły zbrojne wspierano po cichu przez rząd, któremu w zamian za obietnicę ich rozbrojenia udaje się doprowadzić do referendum w Sopronie. W referendum tym 65% głosów padło za Węgrami.

Po drugiej, nieudanej próbie zajęcia tronu przez Karola IV 3 listopada parlament zdetronizował Habsburgów.

W efekcie traktatu w okresie międzywojennym tylko Albańczyków mieszkało więcej poza granicami kraju ojczystego (44%) niż Węgrów. Zasada państw narodowych nie wprowadzona tak jak by na to pozwalały warunki demograficzne. Nowe Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców oraz Czechosłowacja przypominały Monarchię tyle, że w mniejszej skali. W regionie tylko Węgry i Austria, które przegrały wojnę były w miarę homogeniczne etnicznie. Nowe kraje nie wykazywały się poszanowaniem mniejszości, kultywowały raczej tradycje imperialne.

Nowopowstały system małych państw nie okazał się zdolny do tego do czego go powołano a mianowicie do powstrzymania ewentualnej ekspansji niemieckiej lub rosyjskiej.

Węgierska gospodarka szybko odbiła, w 1929 roku dochód na głowę był wyższy niż w 1913 roku, w 1913 roku dochód był 69% średniej europejskiej, w 1929 – 74%.

W ramach rewizji terytorialnych w okresie drugiej wojny światowej Węgry odzyskały ponad 1/3 utraconych terenów (nie licząc Chorwacji – ponad połowę) i ponad 5 milionów obywateli: 50% Węgrów, 20% Rumunów, 10% Rusinów, 8-9% Jugosłowian, a także mniejszą liczbę Niemców i Słowaków. Udział Węgrów spadł z 93% do 77%.

Paryski traktat pokojowy z 1947 roku przywrócił granice trianońskie. Węgrzy przyjęli go spokojnie. István Bibó napisał wówczas, że Węgrzy przyjmując granice trianońskie „fizycznie i duchowo” powinni skupić się na dwóch rzeczach: unikając spirali „wzajemnej bezdennej nienawiści” dawać przykład w „umiarkowaniu i wzajemnej lojalności małych narodów” oraz „czuć odpowiedzialność za los Węgrów poza granicami kraju”.

Autor kończy swoją książkę następującymi słowami: „Węgrzy mają pełne prawo uważań traktaty z Trianon i Paryski za niesprawiedliwe. Mają też bezdyskusyjne prawo by się domagać zgodnego z normami europejskimi prawa do samorządności dla siebie i dla mniejszości. Mieć nadzieję na więcej to, wszelkie znaki na to wskazują, iluzja, domagać się więcej to bezmyślność.”

***

Podsumowując (to już ode mnie), wydaje mi się, że z dwóch postulatów Bibó Węgrzy realizują tylko ten drugi. O Węgrach spoza Węgier faktycznie tu się pamięta i to zarówno na poziomie polityki państwowej jak i na poziomie kontaktów międzyludzkich. Dostali oni obywatelstwo, głosują w wyborach, na parlamenci wisi flaga seklerska jako demonstracja poparcia dla ich żądań autonomii. Na tereny zamieszkałe przez Węgrów, zwłaszcza do Siedmiogrodu, się jeździ, oni też tu przyjeżdzają, kontakty są na poziomie szkół, kościołów i rodzin.

Gorzej jest z unikanie spirali nienawiści. Argumenty wysunięte przez Apponyego są do dziś w obiegu, przedwojenna retoryka krzywdy ma się znakomicie, nic nie pojawiło się w miejsce narracji krzywdy. Brak jakichkolwiek prób pojednania z sąsiadami czy też choćby zrozumienia ich perspektywy. Uważam, że pod spokojną obecnie powierzchnią wszystkie demony nienawiści i rewizjonizmu są gotowe by nagle, choć niezaskakująco, wybuchnąć w sprzyjającym momencie.

Przygnębiające jest, że niemal sto lat nie starczyło na to by Węgrzy Trianon przepracowali, mimo że wiele innych narodów w krótszym czasie dało sobie radę ze swoimi traumami.



Jeden z nielicznych estetycznych pomników Trianonu (pisałem o tym tu) o nieco jednak makabrycznej symbolice dla wszystkich przywykłych do narracji o "rozczłonkowanej" ojczyźnie. Stoi w Debreczynie .

Film o gwałtach wojennych

jezw

Coś się dzieje w kinie węgierskim: po latach posuchy taniej, zwykle kiepskiej, komercji i różnej jakości filmów artystycznych coraz więcej pojawia się filmów, które próbują powiedzieć coś ważnego, czy to o teraźniejszości czy to przeszłości (wcześniej o interesujących filmach pisałem tu, tu czy tu). W ten nurt wpisuje się niedawno pokazany film pt. Aurora borealis (Zorza polarna), który porusza temat powojennych gwałtów na Węgierkach.

Ten temat to na Węgrzech tabu i to mimo tego, że przed laty ukazała się wybitna książka na ten temat pt. Asszony a fronton, która pojawiła się po polsku pt. Kobieta na froncie w Literaturze na Świecie (2014, nr 3/4, s. 339-373). Nie dziwi to o tyle, że na Węgrzech w ogóle mało mówi się o tym okresie, niewiele jest wspomnień, upamiętń, dyskusji. Wojenna trauma jest przemilczana.

Film dzieje się równolegle w dwóch okresach. Pierwszy to współczesność: stara kobieta, która robi przerażające lalki, traci przytomość i trafia do szpitala. Przyjeżdza do niej mieszkająca na stałe we Wiedniu córka. Otarcie się o śmierć matki powoduje, że kobiety zaczynają ze sobą rozmawiać. Córka powoli, krok po kroku, dowiaduje się strasznych rzeczy o przeszłości matki i o samej sobie. Rekonstrukcja tego to drugi plan filmu.

Matka uciekając z ukochanym z Węgier do Austrii natyka się na, wówczas radzieckich, strażników granicznych. Zostają ostrzelani, jej ukochany ginie, ona sama zostaje wielokrotnie zgwałcona. W Austrii ucieka swoim prześladowcom, ale że wówczas kraj znajduje się pod okupacją sowiecką nie oznacza to, że jest już bezpieczna i że jej przygody się zakończyły. Najdramatyczniejsze rzeczy dopiero tu się wydarzą – to o nich dowie się córka podczas rekonwalescencji matki. Nie opowiadam, dowiedzcie się ich razem z córką oglądając ten film.

Film jest mocny, zarówno przez temat oraz poprzez swoją niesamowitą historię. Świetna jest też rola matki (wielka aktorka Mari Törőcsik, która obecnie jest w szpitalu – być może to jej ostatnia rola w życiu), która niestety kontrastuje z bardziej przeciętnymi kreacjami pozostałych aktorów.

Szkoda, że psuje go szereg błędów: mieszkająca od urodzenia w Austrii córka mówi po niemiecku z akcentem węgierskim, zakonnica pracująca w szpitalu wygląda tak samo w 1953 roku jak i obecnie, ojciec, który rozmawia z synem po hiszpańsku pisze mu smsa po angielsku, itd. Rozpraszają one, psują iluzję opowieści filmowej

Tak czy siak Aurora Borealis należy docenić. I to tym bardziej, że to dzieło czysto węgierskie: w Polsce, owszem, powstała Róża, ale już film o gwałtach na zakonnicach (Niewinne) musiała Francuzka.

Ciekawostką jest, że w filmie głównej roli o mało co nie zagrała Agata Kulesza. Chciała jej bardzo reżyserka (Márta Mészáros) ale ponieważ film został sfinansowany w większości przez fundusze węgierskie musiała zaangażować aktorkę węgierską (Ildikó Tóth). Pojawili się w nim jednak polscy aktorzy (Ewa Telega i Lesław Żurek), którzy zagrali drugoplanowe role. Stanowią oni, obok operatora Piotra Sobocińskiego Jr., polski akcent w filmie. Może choćby dlatego film zostanie pokazany w Polsce – powinien.

Kincsem

jezw

Obejrzałem jakiś czas temu film o koniu. Nie przyrodniczy, rozrywkowo-patriotyczny. O koniu-bohaterze narodowym, który ma własny pomnik, naturalnej wielkości, z brązu. Koń nazywał się Kincsem (Mój Skarb).

Pomnik przy wejściu na teren wyścigów w Budapeszcie

Żył, a raczej żyła bo mowa jest o klaczy, w latach 1874-1887 i wygrała wszystkie 54 wyścigi w kilku krajach, w których wzięła udział. Nazywano ją Hungarian Wonder lub też Hungarian Miracle, na Węgrzech natomiast po prostu Cudowna klacz (Csodakanca).

I ten to koń został właśnie bohaterem najnowszego filmu Gábora Herendiego. Ten reżyser znany jest tutaj z kasowych filmów jak Valami Amerika czy też Magyar vándor (było o tym tu). Tym razem, korzystając z największego w historii węgierskiego budżetu (3 miliardy forintów) dopisał kolejną pozycję do listy swoich sukcesów: w pierwszy weekend Kincsem obejrzało 72 089 widzów, przez co film zajął piąte miejsce wśród filmów z najlepszym otwarciem w ciągu ostatnich 25 lat.

SPOILER – TREŚĆ FILMU

Akcja filmu zaczyna się od represji po powstaniu 1848 roku. Do domu uczestnika powstania, szlachcica Blaskovicha, przybywa oddział pod dowódctwem jego sąsiada, Otto von Oettingena, obecnie służącemu cesarzowi austriackiemu. Przy próbie aresztowania zabija on Blaskovicha na oczach jego syna Ernő. Na mocy edyktu cesarskiego przejmuje też majątek Blaskovichów, Ernő z opiekunem musi się wynosić do nędznej resztówki.

Jakiś czas później, już jako młody dorosły człowiek, Ernő kupuje klacz Kincsem, którą zaczyna wygrywać wyścigi. Końskie zawody szybko nabierają większego niż tylko sportowego znaczenia i Kincsem staje się symbolem aspiracji węgierskich. Cesarz nakazuje Otto von Oettingenowi by ten wystawił własnego konia, który zwyciężając nad Kincsem stłumi potencjalną rewoltę. W międzyczasie Ernő, z wzajemnością, zakochuje się w córce von Oettingena, i poprzez wygrane wyścigi zdobywa wielki majątek. Udaje mu się odkupić pałac, który kiedy zabrano jego rodzinie. Pokonany na wszystkich polach von Oettingen popełnia samobójstwo a na Ernő i Klarę, mimo utraty podpalonego pałacu, czeka szczęśliwe życie.

Niestety, poza komercyjnym rekordem filmu wielu innych powodów do zachwytu on nie daje. Zacznijmy może od pozytywów. Aktorzy grający dwoje głównych bohaterów, Ervin Nagy (w filmie Ernő Blaskovich) oraz Andrea Petrik (Klara von Oettingen) tworzą jeśli nawet nieco przesadne to jednak pełnokrwiste postacie, które chce się oglądać. Motywy steampunkowskie, które wokół nich obudowano (zwróćcie uwagę na przykład na ich ubiory na plakacie) efekt ten zwiększają.

I to tak tyle. Sama historia, poza nazwiskiem Blaskovicha jako właściciela Kincsem oraz samego konia, nie ma nic wspólnego z faktami. Robienie bohatera narodowego z arystokraty zajmującego się wyścigami konnymi a samym zawodom nadawanie charakteru substytutu walki narodowej żenuje raczej niż wciąga. Przewidywalne love story z happy endem nuży. Wielkobudżetowe sceny jak choćby pożar pałacu, czy też emocje wyścigowe wywołują najwyżej zdawkowe wyrazy uznania za technikę wykonania.

Nie jest łatwo zrobić film o koniu. Nawet tak sławnym. Nawet jak się ma taki budżet.

Węgierska Ida

jezw

W kinie węgierskim nie ma w zasadzie filmów rozliczeniowych, nie znajdzie się tu odpowiednika Pokłosia, Idy czy choćby Wyroku na Franciszka Kłosa. Brak też filmów dotykających problemów społecznych jak weźmy Dług czy Cześć Tereska. W tym kontekście unikalny i dlatego (choć nie tylko) wart  zobaczenia jest film Ferenca Töröka pt. 1945.

Akcja filmu to parę godzin letniego dnia właśnie 1945 roku. Wojna dopiero co skończyła się we wsi położonej koło linii kolejowej. Atmosfera jest senna od upału. Wójt, a może burmistrz gdyż to może być małe miasteczko, szykuje ślub syna.

Na stację przyjeżdża pociąg, wysiada z niego dwóch Żydów. Wyładowują dużą skrzynię, wynajmują furmana i ruszają w stronę zabudowań prowadzącą polami drogą.

Ich przybycie elektryzuje mieszkańców:

-Wracają
-Ilu?
-Na razie dwóch

Ten dialog streszcza źródło napięcia. Bo stąd niedawno wywieziono Żydów, burmistrz przejął sklep najbogatszej rodziny, inni zajęli domy czy ruchomości żydowskie. Był kto aktywnie pomógł w wywózce pisząc donosy. Nikt nie ma czystego sumienia. Przybycie Żydów, którzy nic nie mówią i niczego od mieszkańców miasteczka nie chcą, samo w sobie budzi dotąd tłumione wyrzuty sumienia. Te wyrzuty sumienia niszczą ich - często dosłownie.

Końcowa scena na cmentarzu – Żydzi przywieźli pamiątki po swoich bliskich, którzy zginęli bez śladu i teraz te pamiątki grzebią zamiast ciał – kiedy burmistrz „uroczyście obiecuje pamięć o ofiarach” to program dla mieszkańców jak mają sobie radzić z tą niesłychaną zbrodnią, która miała miejsce tuż obok nich i z której nie wyszli czysto: pamięć (zdawkowa) tak, rozliczenia nie.

Film wciąga nie tylko swą fabułą ale i sposobem w jaki ją opowiada. Sam Holocaust przedstawiony jest pośrednio. Na filmie nie ma przemocy, wywózki, mordów ale i tak jest on przerażający, doświadczamy go poprzez wyrzuty sumienia mieszkańców, widzimy go w targającym ich szaleńczym strachu.

Nie bez znaczenia jest warstwa wizualna. Film jest biało-czarny, jakby przejmując tonację ubrań przybywających Żydów, obrazy z wioski są wysmakowane, każdy kadr to osobna kompozycja (dzieło László Rajka). Z lekka hiperaktywny główny bohater burmistrz (Péter Rudolf) nie pozwala oderwać od siebie oczu.

Idylliczny letni dzień zakłócony pojawieniem się żydów skrywa zresztą więcej problemów, z którymi żyją mieszkańcy. Po okolicy szwędają się żołnierze radzieccy, z osobą powracającego z niewoli żołnierza pojawia się zapowiedź nowego systemu. Choć są one w filmie tylko zarysowane widać, że w ich życiu nic już nie będzie jak było.

Węgry, których metaforą to filmowe miasteczko jest, po wojnie Holocaust traktowały właśnie w myśl programu "pamięć (zdawkowa) tak, rozliczenia nie". Jak dotąd żadne próby przeorania świadomości społecznej w tej sprawie nie wywołały katarktycznej reakcji, nie wydaje się by i ten film wiele tu zmienił: dyskusji porównywalnych do wspomnianej Idy nie było. Mimo to dobrze, że powstał.

"każdy Węgier to albo faszysta albo komunista"

jezw

Ponieważ ze wszystkich krajów zachodnich jedynie Wielka Brytania wymagała wiz dla obywateli Kostaryki następnego dnia rano poszedłem do ambasady brytyjskiej. Przyjął mnie nieprzyjemny, suchy biurokrata, Mr. Plummer. Kiedy położyłem przed nim telegram od Carvera zapytał: czego szuka obywatel Kostaryki w Londynie, na spotkaniu pisarzy węgierskich? Wyjaśniłem mu, że jestem uchodźcą węgierskim. Aha, czyli był pan faszystą, spytał. Powiedziałem mu, że od 14 lutego 1943 roku do 16 grudnia 1945 roku służyłem w armii amerykańskiej. Widziałem, że mi nie wierzy. W takim razie jest pan komunistą? Siedziałem przez trzy lata w obozie koncentracyjnym w Recsku. W to też nie uwierzył, lub też nie wiedział co to Recsk. Proszę przyjść jutro po wizę. Następnego dnia wizy nie dostałem. Dlaczego? Nie musi wyjaśniać.

Ten fragment wspomnień pisarza i działacza politycznego Györgya Faludyego, wówczas obywatela Kostaryki. Przytoczyłem go bo brytyjski biurokrata niezdolny do wyobrażenia sobie, że Węgier może nie być ani faszystą ani komunistą to postać symboliczna. I to nie tylko w odniesieniu do cudzoziemców, często mam wrażenia, że i sami Węgrzy tej swojej tradycji nie poddającej się żadnej ze skrajności sami nie są świadomi.

Najnowsza historia węgierska jest dla Węgrów nieco wstydliwa. Lista jest znana: przegrana pierwsza wojna światowa zakończona Trianonem, oficjalna polityka antysemityzmu, rewizjonizm prowadzący do związania się z Hitlerem w czasie drugiej wojny, klęska w bitwie nad Donem, rządy strzałokrzyżowców i rola w Holocauście, powojenne retorsje Armii Czerwonej, brutalnie zaprowadzony komunizm czy zmiażdzone powstanie 1956 roku. Nawet jaśniejsze punkty tego okresu jak relatywny gospodarczy dobrobyt lat 70-tych i 80-tych czy też piłkarska złoty jedenastka skażone są ich komunistyczną proweniencją.

W tej sytuacji Węgrzy najczęściej milczą o historii ewentualnie odwołując się do pewnych okresów czy osób półgębkiem, między wierszami jak wtedy gdy przy rekonstrukcji placu Kossutha zdecydowano, że przywrócona zostanie jego forma sprzed 1944 roku pośrednio nawiązując do ery Horthyiego wówczas zakończonej czy też masowo stawiając pomniki nacjonalistycznemu pisarzowi Albertowi Wassowi.

Ta wstrzemięźliwość jest psychologicznie zrozumiała. Mniej zrozumiałe jest ignorowanie tego co najlepsze w węgierskiej historii okresu ostatniego uosabianego przez postaci, które opowiedziały za wartościami demokratycznymi i humanistycznymi odrzucając zarazem ekstremizm faszyzmu i komunizmu; w sumie takie zachowanie wzmacnia stereotyp Węgrów jako albo faszystów albo komunistów

Parę przykładów: pisałem kiedyś o Gáborze Sztehlo, pastorze ewangelickim, który w okresie Holcaustu ratował dzieci żydowskie a po wojnie zajmował się dziećmi strzałokrzyżowców.

Inną taką postacią jest wspomniany György Faludy. Ten poeta zyskał sławę jeszcze przed wojną dzięki swoim tłumaczeniom ballad Francois Villon, a trzeba wiedzieć, że wówczas literaci niejednokrotnie cieszyli się popularnością równą temu czego obecnie zaznają celebryci. Ze względu na swoje antyhorthystowskie poglądy niedługo przed wojną zdecydował się na emigrację. Żył we Francji, północnej Afryce i Stanach Zjednoczonych, gdzie wstąpił do armii. W międzyczasie działał w węgierskiej prodemokratycznej emigracji.

Po wojnie powrócił na Węgry, pracował tam jako dziennikarz, zaangażowany był też w działalność partii socjaldemokratycznej. Zaaresztowany trafił do obozu koncetracyjnego w Recsku, spędził tam parę lat. W czasie powstania 1956 roku uciekł do Austrii i aż do 1987 roku żył na emigracji, gdzie aktywny był wśród kręgów antykomunistycznych a zarazem sprzeciwiających się tradycji horthystowskiej. Wydał tam głośną książkę Pokolbeli víg napjaim (Piekielnie wesołe dni – po polsku ukazały się tylko fragmenty tłumaczenia tej książki w Karcie), w której opisał swoje lata na emigracji, powrót na Węgry, aresztowanie, śledztwo i pobyt w obozie.

Piekielnie wesołe dni - nieco węgierski odpowiednik Innego świata, książka zdecydowanie warta wydania po polsku. Kolejne tomy wspomnień nie są już tak ciekawe.

Zmarł niedawno pozostając w pamięci raczej ze względu na swój skandalizujący tryb życia niż twórczość czy działalność polityczną: nie krył się ze swoim biseksualizmem, a jego ostatnia, czwarta, żona była młodsza od niego 65 lat.

Jeszcze inną taką, moim zdaniem niedocenianą, postacią jest siedmiogrodzki biskup Márton Áron. Żył w południowej części regionu, która po arbitrażu wiedeńskim pozostała przy Rumunii. Potrafił zabrać głos przeciwko prześladowaniom żydów przez Węgry, aktywnie zresztą pomagał żydowskim uciekinierom, a także upominać się o prawa Węgrów w Rumunii. Szykanowano go w obu krajach. Był bardzo popularny, i kiedy go aresztowano zrobiono to podstępem bo władze rumuńskie bały się, że w przypadku publicznego zatrzymania może dojść do zamieszek. Spędził sześć w ciężkim więzieniu, niezłamany odrzucając wszystkie propozycje współpracy składane mu przez rząd. Później przebywał w areszcie domowym, w końcu, uznawszy beznadziejność dalszych prześladowań, władze i z niego go zwolniły. Więcej można o nim poczytać tu [HU.]

Specjalnie przytoczyłem postaci o różnych życiorysach: Áron był seklerskim katolikiem, Faludy pochodził ze zasymilowanej rodziny żydowskiej a Sztehlo to ewangelicki pastor. Dla każdego coś by się znalazło

Takich postaci jest rzecz jasna dużo więcej. Mają one nawet swoje ulice, pomniki czy tablice pamiątkowe, ale pozostają na marginesie świadomości społecznej zamiast być kultywowanymi jako uosobienie wartości, do których Węgrzy chcieliby nawiązywać. Przeszłości zmienić nie można ale można wybrać to co się w niej odrzuca i to co stanowi tradycję, z której się czerpie. Szkoda, że Węgrzy są tak mało dumni z tego czym akurat mogliby się szczycić.

© Jeż Węgierski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci