Menu

Jeż Węgierski

moje zdziwienia budapeszteńskie

Wpisy otagowane : Wegrzy

dezerter

jezw

Byliśmy niedawno w Szekszárdzie a tam odwiedziliśmy, między innymi, muzeum Miklósa Mészölya. Na ścianie znajduje się powiększony tekst z obwoluty książki tego pisarza z 1979 roku pt. Szárnyas lovak. Po polsku brzmi on tak:

Urodziłem się w Szekszárdzie w 1921 roku. W Budapeszcie zostałem doktorem prawa; bywało, że później napisanie zwykłego podania potrafiło mnie wprawić w zakłopotanie. Jako młody aplikant ocaliłem mordercę przed wyrokiem śmierci, mnie natomiast – każdemu to, co mu się należy – zabrano na front. Uciekłem, schwytano mnie, na drodze łaski znów wysłano mnie na front, w Serbii trafiłem do niewoli, stamtąd uciekłem do domu. Dużo zajmowałem się sportem, mało brałem udział w zawodach. Pasjami polowałem, ale później wojna odebrała mi od tego ochotę. Byłem kontrolerem we młynie, robotnikiem, żniwiarzem, właścicielem prowincjonalnej gazety, dramaturgiem w teatrze lalkowym. Będąc bezdzietnym, do 1956 roku publikowałem wyłącznie bajki dla dzieci. Od lat jestem już jakby tylko pisarzem, i to (biorąc wszystko pod uwagę) to jakby więcej, jakby mniej, niż to, co było przedtem; niezdecydowane lata, młodość. Najwyraźniej starzeję się. Tak wyszło, że nigdy nie należałem do żadnej grupy, żadnego kierunku. Zawsze pociągało mnie pozostawanie na zewnątrz wspólnego kręgu; z tą naiwnością, że tak będę bardziej konsekwentnie zaangażowany wobec człowieka jakkolwiek by się nie prezentował na zewnątrz. Nie jest to naiwność, która się opłaca; ale gdybym i mógł to nie zrobiłbym niczego inaczej.

W tekście zaintrygował mnie fragment o dezercji z frontu. Nie ma tam tego, ale mowa jest o latach 1943-44 czyli to już raczej końcówka wojny a nie bardziej optymistyczne początki lat 40-tych. Tak czy siak, takie obnoszenie się z dezercją mnie zdziwiło.

W Polsce, nie żeby tam nigdy nikt nie zdezerterował, ale nie bardzo wyobrażalne jest takie się z tym obnoszenie. Dosyć pomyśleć o Gombrowiczu, któremu nigdy nie zapomniano, że w sierpniu 1939 roku nie wrócił do Polski walczyć ale pozostał w Argentynie. A na Węgrzech, tak mi się zdaje, nie jest to wstydliwym tematem. Jeden z najgłośniejszych filmów wojennych (A tizedes meg a többiék czyli Kapral i reszta) opowiada o szwejkowskiej bandzie dezerterów próbujących dociągnąć jakoś do końca wojny. Inna jest narracja historyczna, inna jest narracja o bohaterach (pisałem o tym już kiedyś). Kolejna różnica między tymi naszymi dwoma krajami.

Tak, żeby było jasne: nie chciałbym by ktoś zrozumiał, że chciałbym spostponować Miklósa Mészölya. Chodzi mi tylko o podejście do dezercji w węgierskiej narracji historycznej i różnicy pomiędzy nią a narracją polską.

 

dezerter węgierski w budapeszteńskim mieszkaniu, źródło: Wikipedia

tort narodowy

jezw

Na Węgrzech „narodowy” niemal bez wyjątku równa się „nacjonalistyczny” czyli Trianon, precz z Rumunami, wielkie Węgry, Horthy, ewentualnie przedmurze chrześcijaństwa (tak, tak, nie tylko Polska obnosi się z tym tytułem) itd. Narodowe święta to pompa: hymn, wciąganie flagi, przemówienia, sztywno chodzący żołnierze. Miłym wyjątkiem w tym kontekście jest dlatego stosunkowo nowa tradycja Narodowego Tortu (Országtorta) tworzonego co roku z okazji święta 20 sierpnia, kiedy upamiętnia się tu utworzenia państwa węgierskiego i jego założyciela świętego Istvána.

Na utworzenie tortu co roku Kancelaria Premiera oraz Węgierski Krajowy Cech Cukierników ogłasza konkurs dla cukierników. Zwycięskie torty prezentowane są potem w ramach kulinarnej imprezy Magyar Ízek Utcája (Ulica Węgierskich Smaków) organizowanej w ramach obchodów święta. Zjeść je można też w stu cukierniach w całym kraju.

Tort karmelowy z palinką morelową z Pannonhalma - 2015

W zeszłym roku konkurs miał cztery etapy. W ramach pierwszego jury degustowało anonimowo zgłoszone torty. Do drugiego etapu przeszło dziesięć tortów, do trzeciego trzy. W ramach czwartego jury omówiło poszczególne kandydatury z ich twórcami dokonując ostatecznego wyboru. Więcej informacji dotyczących tortu narodowego, włączając w to listę zwycięzców. można znaleźć w wikipedii [HU].

Zielone złoto z Őrség - zwycięzca z 2016 roku

Księżniczka jagodowa - zwyciężczyni z 2016 roku w kategorii tortów bezcurkowych, jest i taka kategoria

W zamyśle narodowy tort można dostać w węgierskich cukierniach przez cały następny rok. W rzeczywistości nie jest tak łatwo trafić na niego. Niedawno jednak odkryłem budapeszteńską cukiernię, która w swojej ofercie ma nie tylko aktualny tort narodowy ale także parę tortów z poprzednich lat. Chodzi o Jégbüfé, kultową, odlskulową cukiernię latami działającą na placu Ferenciék, skąd niedawno zmuszona do przeprowadzki od razu przeniosła się w trzy miejsca: przy József körút 50 (tam byłem właśnie), Petöfi Sándor utca 3 i Fény utca 15. Jakby ktoś miał ochotę zapoznać się z tą smakowitą węgierską tradycją to wiadomo gdzie się udać.

Jégbüfé czyli Bufet lodowy na József körút ...

... oraz torty narodowe, które oferuje

Narodowy tort wytwarzany jest od 2007 roku. Początki jego datują się na okres przed objęciem władzy przez Orbána. Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy by z tego powodu tradycję przerwać – byłaby to wielka szkoda.

Rewolucja z Somló - tort narodowy w 2014 roku. Kto zwycięży w tym roku?

Langosz w jurcie

jezw

Było lato, a Rudabánya dojmujące i dołujące, upadłe i upodlone. Wjeżdzając od strony Szendrő, spodziewałem się zaniedbanego, zapomniajego miasta, ale jednak nie krajobrazu postapokalipsy. Przy wjeździe stały poszarzałe z rozpaczy niskie bloki, wokół nich ciągnęło się pochyłe klepisko i wszystko było w odcieniach szarości, brązu i czerni, nawet suszące się na sznurach pranie, jak ubrania w reklamach proszków do prania, gdy z jednej stron ekranu pokazuje się zszarzałą koszulę, a z drugiej śnieżnobiałą. W Rudabánya żaden proszek nie dałby rady. Pod jednym z bloków obwieszonych praniem i pordzewiałymi antenami stała śmiertelnie wychudzona, szara koza, która napierała na ścianę, nieomał się w nią wciskając, bo w to rozpaczliwie upalne popołudnie tam padał akurat maleńki skrawek cienia. W czymś, co trzeba by było chyba nazwać centrum miasta, odnowione i pomalowane były muzeum historii górnictwa i szkoła podstawowa, reszta wyglądała jak zęby zawziętego palacza. Patrzyłem i myślałem, że żadna wieś, żadna tanya, żadna upadła spółdzielnia rolnicza, żadne najstraszliwsze pusztańskie zadupie nie jest tak upiorne jak upadłe miasteczko poprzemysłowe.

Młodzi chłopcy siedzieli w oknach mieszkań na paterze i majtali nogami przerzuconymi przez parapet. Niektóre z okien pozbawione były nawet szyb, a mieszkańcy wyglądali jak uchodźcy. Gdyby przybyli tu ci prawdziwi, pomyślałem, natychmiast wróciliby do swoich objętych wojnami krajów. Pojechaliśmy kawałek wzdłuż potoku Ormos, a potem zawróciłem i z ulgą opuściliśmy Rudabánya, miasteczko zapomniane przez resztę świata, jakby było kolonią skazańców. Nie dałoby się tu trafić przypadkiem, bez mapy, ale czy choćby z mapą udało się komuś stąd uciec?

To fragment najnowszej książki Krzysztofa Vargi o Węgrzech (po Gulaszu z turula i Czardaszem z mangalicą) zatytułowanej Langosz w jurcie. Zacytowałem go bo zrobił na mnie największe wrażenie. W swoich podróżach po Węgrzech Varga dociera niekiedy do miejsc gdzie nikt inny nie zagląda jak ta właśnie Rudabánya. Nie odwiedzają ich turyści, nie jeżdzą tam dziennikarze tak bardzo niczego tam nie ma i nic się nie dzieje. A Varga te miejsca w dodatku opisuje tworząc ich unikalne, literackie portrety, zapisuje tak ich istnienie, którym nikt inny się nie zainteresuje.

Od ukazania się poprzednich książek z tej serii wiadomo Węgry Vargi różnią się od powszechnego wyobrażenia czy też stereotypów dotyczących tego kraju. Są one zwyczajne, może rozczarowujące ale autentyczne – prawdziwsze niż te z opisów katalogów turystystycznych czy wizji polskich lub węgierskich nacjonalistów.

Lektura książki była dla mnie, i zapewne innych freaków węgierskości, fascynująca. Jednak pewnie nie wszystkich jest w stanie urzec tak samo ze względu na masę nawiązań kulturalnych i historycznych, słów i nazw węgierskich: dla czytelników nieprzyzwyczajonych do tego języka zlewają się pewnie one w jedno wielkie áűúőéöüőíáóüűéíéá. Mam kolegę, który padł w trakcie książki właśnie z powodu braku tej znajomości świata węgierskiego.

Po ukończeniu książki pozostałem z pytaniem: a co na to wszystko Ewa, której Langosz jest dedykowany i która "była tam ze mną" jak pisze autor. Bardzo chciałbym przeczytać kiedyś jakiś wywiad z nią na temat jej wrażeń z tych podróży, włączając w to oczywiście wszystkie przygody kulinarne autora, o których pisze w liczbie pojedyńczej – a może po prostu ją samą o to wypytać.

A wyrażenie "wieprzowo-piwna ciąża" w odniesieniu do brzuchów robotników budujących drogę, na których natknął się Varga zostanie ze mną i zawsze będzie kojarzyć się z tą książką.

Wilczy dół

jezw

Kiedy jakiś czas temu napisałem o swoich wrażeniach po przeczytaniu książki Alberta Wass pt. Adjátok vissza a hegyeimet. Gdy wrzuciłem linka do wpisu na facebooka ciekawy komentarz napisała mi tam Irena Makarewicz, która jest tłumaczką książek Wassa na polski. Wystąpiła w obronie tego pisarza i poleciła mi jego pierwszą książkę pt. Wilczy dół (Farkasverem), za którą Wass otrzymał znaczącą nagrodę literacką Baumgartera (Nota bene, książkę pani Makarewicz przetłumaczyła na polski ale dotąd jej nie wydano). Wassa nie czytają jego krytycy, argumentowała, opinie o nim wygłaszane często opierają się na informacjach z drugiej ręki.

Typowa dla książek Wassa, lekko amatorska okładka książki

Choć myślałem przedtem, że moją przygoda z Wassem zakończy się na jednej lekturze uznałem, że powinienem jednak dać mu drugą szansę i przeczytać Wilczy dół. Niedawno skończyłem lekturę tej książki – i jestem mile zaskoczony.

Farkasverem to, jak wspomniałem, pierwsza książka Wassa a jest jednak dużo lepsza niż jego, znacznie późniejsza, czyli, wydawałoby się, dojrzalsza Adjátok vissza a hegyeimet. Jeśli by te dwie książki miały być reprezentatywne dla rozwoju Wass to wygląda jakby autor z czasem utracił pierwotną wrażliwość, swój słuch literacki, popadł w uproszczenia i zbliżył się do topornawej propagandowości. Rzecz jasna znam tylko dwie książki Wassa i pewnie powinienem uważać z takimi uogólnieniami ale kontrast między tymi pozycjami jest uderzający.

Najpierw trochę informacji o treści książki bo zanim pojawi się po polsku tłumaczenia pani Makarewicz pewnie wielu ludzi z nią się nie zapozna. Akcja tej obyczajowej powieści umieszczona jest wśród węgierskiego ziemiaństwa w Siedmiogrodzie, po węgiersku mówi się o tej warstwie społecznej „dzsentri”. Geograficznie jest to Równina Transylwańska (Mezőség), pod każdym względem głęboka prowincja.

Wass opisuje swoich bohaterów nie oszczędzając ich, postaci zarysowane są ostrym piórem, niekiedy wręcz złośliwie. Główny bohater Jenő to zmarnowany potencjalny talent literacki, obecnie nie zajmujący się niczym poza polowaniami i nadmiernym piciem. Żyje w zasadzie w nędzy bo matka odmawia mu pieniędzy, na papierosy żebrze u służącej. Ta matka to zdziwaczała, zdziecinniała staruszka, którą obchodzą jedynie psy i wilki. Ona też pije za dużo.

W powieści pojawiają się też cwany, prostacki ziemianim z tytułem barona, który chwali się na lewo i na prawo oszukaniem sąsiadki, były wojewoda nie przyjmujący do wiadomości rządów rumuńskich, stetryczałe stare panny i młode kobiety marzące o wyrwaniu się do Klużu czy może nawet Budapesztu.

Akcja książki rozwija się wokół, w większości nieudanych, prób tworzenia małżeństw. Za porażkami stoją nieumiejętność budowania więzi emocjonalnych, w Farkasverem dominują, poza jednym może wyjątkiem, pozbawione uczuć, dysfuncjonalne rodziny. Najbardziej przygnębiający moment to święta Bożego Narodzenia nie tyle pozbawione radości i ciepła ale niekiedy po prostu ignorowane przez bohaterów.

Ważniejsze jednak nawet od braków emocjonalnych są aspekty materialne. Dobrze zapowiadające się związki rozpadają się po tym jak rodziny nie dochodzą do porozumienia odnośnie finansowego zabezpieczenia pary.

Nie jest tak bez powodu: wśród ziemiaństwa odczuwa się zubożenie, obsunięcie społeczne, do którego przyczyniła się niewątpliwie wprowadzona przez Rumunów po zdobyciu Siedmiogrodu, kosztem ziemiaństwa właśnie, reforma rolna.

Łączące się z upadkiem materialnym skarłowacenie ziemiaństwa, jego brak energii twórczej wydaje się być głównym zarzutem Wassa wobec tej warstwy społecznej. Co ciekawe, zwłaszcza w kontekście nacjonalistycznych dzieł Wassa, Rumuni, zwykle schwarzcharaktery narracji węgierskiej, są przez niego umieszczeni zaledwie w tle powieści. Nawet w scenie gdy sąd skazuje byłego wojewodę na grzywnę za uderzenie sąsiada chłopa czujemy, że problem nie leży w tym, że rumuński sędzia skazuje Węgra ale raczej w tym, że przedstawiciel ziemiaństwa nie może zrozumieć, że dalej bezkarnie bić chłopów już się nie da. Może więc za utratą Siedmiogrodu stoi nie tyle agresywność Rumunii a raczej wewnętrzna słabość węgierskich dzsentri? Tak zdaje się mówić Wass.

Matka Jenő czuje pokrewieństwo z psami i wilkami. Psom pozwala włóczyć się po całym domu, i go zanieczyszczać odchodami. Karmi je swoimi posiłkami. Do zwierząt przemawia, rozmawia z nimi sama odgrywając dwie strony wyimaginowanego dialogu. Wyobraża sobie, że łączy ją z nimi jakaś specjalna więź. Tę fałszywą idyllę spotyka gwałtowny koniec gdy wchodzi do zagrody z wilkami a te, podrażnione jej natrętnością, atakują ją i w końcu zagryzają.

Czy to alegoria, na którą wskazuje tytuł książki? Fałszywy romantyzm pokrewieństwa z wilkami i zakorzenionej w naturze witalności Węgrów? Trudno mi powiedzieć ale nic innego mi do głowy nie przychodzi.

jaskinia Cuchnąca

jezw

Siedmiogrodzka jaskinia Büdös (Cuchnąca) znana jest nie tylko z powodów geologicznych czy też dlatego, że mieści się tam mofeta (o innej mofecie było tu) ale także dlatego, że służyła okolicznej ludności jako miejsce samobójstw.

Jama nie jest pochodzenia naturlanego, wydrążono ją jako element działającej tam kiedyś kopalni siarki. Po tym jak zakończono wydobycie tego minerału jaskinia służyła celom leczniczym, i dzisiaj znajdują się w niej ławy dla pragnących poddać się korzystnemu działaniu wydobywających się z niej gazów.

Wejście do jaskini, źródło: wikipedia

W takiej mofecie gazy mają działanie lecznicze gdy oddziaływują przez skórę, wdychane powodują śmierć. Tak właśnie popełniano tam kiedyś samobójstwo: parę haustów powietrza przy ziemi kończyło życie.

Ciekawe, że niejednokrotnie umrzeć tam szli tam starzy ludzie pragnący swoją śmiercią ulżyć rodzinie żyjącej w nędzy. Miało to cały rytuał: pożegnalna kolacja z kurą i palinką, odświętna odzież, samotne wyprawa do jaskini, ubranie pozostawione przy wejściu do jaskni, wyciąganie ciała bosakiem. Samobójców grzebano niedaleko wejścia do jaskini.

Tak zresztą bywało w wielu społecznościach żyjących w skrajnym niedostatku: starzy ludzi nakłaniano by poszli umrzeć na górę, zostawiano ich w szałasie poza wsią, mordowano rytualnym kijem czy też duszono sznurem (przykłady podaję za opracowaniem na temat jaskini, z którego zaczerpnąłem większość podanych tu informacji [HU]).

Na temat rytuału samobójstwa z nędzy oszczędną a zarazem wstrząsającą nowelę napisał węgierski pisarz Ferenc Sánta pt. Było nas wielu (Sokan voltunk). Ten straszny obyczaj przedstawiony jest tu nie tylko jako okrutny akt przymusu społeczności ale zarazem jako dramatyczna ofiara złożona w celu umożliwienia przeżycia przez najbliższych.

Poniżej zamieszczam tłumaczenie noweli. Na jego publikację dostałem zgodę spadkobierców autora i choć blog pisany jest pod licencją Creative Commons ewentualna republikacja tekstu wymaga ich osobnej zgody. 

A sama jaskinia, jakby ktoś chciał się tam wybrać, mieści koło Băile Bálványos (węg. Bálványosfürdő). 

Ferenc Sánta. Było nas wielu


Już trzeci dzień głodowaliśmy, od dwóch tygodni jedliśmy tylko raz dziennie. Matka wydzielała nam już tylko po garstce kaszy kukurydzianej. Garstka kaszy, dwa kęsy, i niczego więcej do następnego dnia. My, dzieci, we czworo leżeliśmy na łóżku pod kocem. Tam się nawzajem grzaliśmy i nie łaziliśmy nikomu pod nogi. Ojciec nie chodził już na dniówki w polu. Dość się napróbował. Dużo było biedaków, mało gospodarzy, dla niego nie starczyło pracy. Siedział przez cały dzień na małym korcu koło pieca. Z rzadka podchodził do nas i zaczynał opowiadać bajkę. Ale tak jak nagle podchodził tak i nieoczekiwanie przerywał. Zwykle mówił wtedy „Jutro dokończę”. I z tym znów zatapiał się w swoich myślach. Nigdy nie kończył. Nie żałowaliśmy. Tyle milczał w trakcie opowiadania, że i lepiej było kiedy siedział na swoim miejscu.


Głód to wielka rzecz. Kto nie go doświadczył ten nie wie. Kiedy dostaliśmy naszą garstkę kaszy i jeszcze na gorąco ją pożeraliśmy, wyskakiwaliśmy z łóżka, łapaliśmy wielką deskę, na której matka dzieliła kaszę i jak kto mógł, palcami, nożem, zdrapywaliśmy z niej co tylko się dało, i jedliśmy. Mimo, że więcej było tam drzazg niż jedzenia. W taki głód każda gęba się liczy. Im więcej tym większy problem. A nas było przecież dosyć.


Pewnego wieczoru dziadek, który miał ponad siedemdziesiąt a może nawet ponad siedemdziesiąt pięć lat, nie zjadł swojej porcji ale przyniósł ją nam do łóżka. Dużą, pomarszczoną dłonią rozdzielił jedzenie pomiędzy nas a my rzuciliśmy się na nie jak kurczaki. Nie zastanawialiśmy się czemu daje nam swoją porcję, niczego nie mówiliśmy. Patrzyliśmy tylko zdumionymi oczymi - i jedliśmy. Jeden ojciec zabrał głos. Spojrzał zapadniętymi, szarymi oczyma na dziadka. Potem odwrócił się do ognia w piecu i powiedział: Z pewnością dobrze robicie, ojciec. Też pomyślałem, że ma rację, nawet jeśli mało było tego to i tak dobrze było dostać ten dodatkowy kęs, nic innego mi do głowy nie przyszło. Dziadek dalej wyskrobywał resztki kaszy z miski i jakby sam do siebie cicho powiedział.


-Tak uważasz Ferkó?


-Tak!, odpowiedział ojciec.


Matce wypadła z rąk balia, a my wszystcy spojrzeliśmy w jej stronę.Z przerażeniem na twarzy patrzała na rozmawiających, to na ojca, to na dziadka, jakby jej samej tu nie było. Potem jej wzrok spotkał się ze wzrokiem ojca i powoli odwróciła się jak wtedy gdy uświadamiała sobie, że wtrąca się w sprawy nie dla kobiet. Dziadek wytartł dłonie w spodnie. Potem zaczął poprawiać nam poduszkę pod głowami. Robił to tak wolno i starannie jakby był niańką lub przynajmniej matką. Jego ręce były jeszcze pod naszymi głowami kiedy odwrócił się i ruszył ku ojcu. Kiedy doszedł do pieca, pochylił się i zaczął łamać gałęzie. Jedną po drugiej, starannie je układał a kiedy skończył odezwał się do ojca.


-W przyszłym roku spróbuj ćwiartki pola Andrása Kácsy. Inaczej i tak nie da. Dobra ziemia ten Fehér Martok, wtedy możesz uprawiać pole Feriego.


Ojciec nie patrzał nie niego, włożył coś między zęby i żuł.


-I przemyśl to co ci powiedział Jani Tótos. Woźcie wodę mineralną do miasta. Za trzy lata możecie mieć konie.


Ojciec tylko milczał. Stara gadka dziadka. Woda mineralna i Fehér Martok. Kiedy indziej ojciec nie pozwoliłby mu skończyć, ale teraz milczał a my ze zdziwienia zupełnie nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Dziadek też pewnie pomyślał, że daremnie próbuje bo wstał i położył rękę na ramieniu ojca.


-W takim razie, nie zwlekajmy, Ferkó, synu, słyszysz mnie?


Ojciec wstał, wzdrygnął się nieco i spojrzał na niego jakby mówił do matki.


-Gotujcie się. Resztą ja się zajmę.


Widziałem, jak matka stoi w drzwiach i płacze, jakby była na pogrzebie, i jak ojciec wstaje, sięgą do wieszaka, zdejmuje kurtkę i futrzaną czapkę. Jednocześnie jakby zdejmował ją i nie zdejmował, zachowywał się jak ktoś kto wie, że czeka go bicie jak czegoś nie zrobi. Zarzucił sobie na ramiona kurtkę, choć nie miał tego w zwyczaju, i nie oglądając wyszedł przez drzwi.


Byłem już wtedy sporym chłopakiem i patrzałem co to wszystko się dzieje. Patrzałem aż naraz poczułem koło siebie dziadka.


-Słuchaj tylko, to gniazdo, które pokazałem ci na zboczu Bálványosu przyniesiesz potem?


Patrzał na mnie i wyglądał jakby płakał.


-A tę gałąź bzu co jest dobra na procę zetniesz?


Patrzałem i nie wiedziałem co myśleć.


-A na wiosnę wykurzysz tego pięknego, silnego lisa co ci go pokazałem? Zrobisz to, Ferike?


Patrzałem i nie mogłem zdecydować czy ma łzy w oczach. Spojrzałem na matkę ale nie spotkałem jej wzroku. Zwróciłem się do dziadka.


-Co ci jest, dziadku?


Nie patrzał na mnie. Trzymał fujarkę, którą wyciągnął spod poduszki, dotykał jej dziurek, głaskał, jakby to nie on ją kiedyś zrobił. Podniósł do ust ale zanim w nią dmuchnął, odłożył. Podszedł do matki.


-Daj mi niedzielne ubranie, Anno.


Dotąd wszystko było dość dziwne ale teraz wogóle nie wiedziałem co myśleć o zachowaniu ojca, matki, dziadka. Bo matka otwarła skrzynię i po kolei wyjmowała odświętne ubranie dziadka. Portki, koszulę, pończochy. I tak uprzejmie mu je podawała nie jak ktoś komu kazali ale jak wtedy kiedy nas, dzieci, ubiera do kościoła. Dziadek wszystko to ubrał. Przetarł twarz wodą i usiadł do stołu. Wyglądało to jakby przyszedł w gości. Nie patrzał ani do góry ani do dołu tylko tak siedział sam w sobie, ręce położył na kolana, raz i drugi pociągnął nosem i tylko wtedy się ruszał kiedy obcierał nos wierzchem dłoni. Nie patrzał ani na matkę ani na mnie.


Matka nalała wody do dużego garnka i wstawiła go na ogień. Po co jednak, nie wiedziałem. Bo  przecież kaszę wcześniej zrobiła, żeśmy już ją zjedli. Bo ojciec oko by jej chyba wybił gdyby znów nastawiła kaszy. Tak jej nieraz groził kiedy z litości próbowała ukradkiem dać nam coś więcej do jedzenia.


Kiedy wrócił ojciec, matka i dziadek dalej zachowywali się jak dotąd. Jedno udawało gościa a drugie gotowało mu wodę. O ojcu od razu widać było, że musiał strasznie kombinować. Pod pachą miał kurę, ładną, nakrapianą, w ręku palinkę. Te rzeczy mógł tylko dostać na kredyt, sam nie wiem kto mógł być taki głupi by mu je dać. Kurę wręczył matce, palinkę postawił przed dziadkiem. Zdjął kurtkę i usiadł do stołu jak ktoś kto od świtu pracował. A przecież przez cały dzień tylko grzał się przy piecu.


Milczeli kiedy kura się gotowała. Ojciec obcinał paznokcie scyzorykiem, dziadek pił.


Z garnka wydobywał się taki zapach, że aż ślina zbierała mi się ustach, szturchaliśmy się pod kołdrą, poprawialiśmy nogi by było miejsce dla garnka. Nie dostaliśmy jednak ani kęsa. Dziadek zjadł wszystko do ostatniego kawałka. Popatrzał na nas i w pewnym momencie chciał nam coś dać. Ale ojciec chwycił go za rękę wyraźnie zły na niego.


-Ich zostawcie, jedzcie, to wszystko dla was.


Gdyby wszystko co robili nie było tak głupie i niezrozumiałe jak nigdy dotąd, na pewno bym się rozpłakał. Ale tak ze zdziwienia nie byłem w stanie. Gapiłem się tylko dziadek je, jak rozrywa palcami mięso spuszczając wzrok tylko gdy poczułam na sobie wzrok ojca. W tym wzroku było lanie, wielkie lanie. W ciszy jaka obsiadła dom słychać było tylko sapanie i mlaskanie dziadka. Zjadł wszystko, do ostatniego kawałeczka.


Matka zaczęła sprzątać ze stołu ale dziadek nie czekał aż skończy, wstał, wziął buty, kurtkę i siekierę. Ojciec stał za nim z wyciągniętą twarzą jak się stoi przed księdzem. Nagle dziadek podszedł do drzwi jakby się bał, że ktoś mu je zamknie. Otworzył, na wpół był już na zewnątrz kiedy nagle uspokoił się i zawrócił. Wstydliwie, jak to robią podczas lamentowania na pogrzebach, zaczął gładzić wąsy. Widziałem teraz, że trochę płakał. Spojrzał na matkę a potem na mnie. Matka podeszła do mnie. Ubrała mnie, ojciec nie sprzeciwił się mimo, że nigdy przedtem na to nie pozwalał.


Wyszliśmy w ciemność. Noc była pełna gwiazd. Zimno było bezlitosne, powietrze jakby zamarzło. Ojciec stał z gołą głową, ja w kapciach brata i nie myślałem o tym jak marznę. Wszystko to było tak strasznie dziwne, płacz ściskał mnie za gardło jak w chwilach kiedy jest jakiś wielki problem, dom się pali albo mnie ktoś pobił. Nie spuszczałem oka z postaci dziadka. Stał na schodkach prowadzących na ganek. Jedną rękę miał w kieszeni, drugą trzymał mocno siekierę jak kiedy człowiek boi się niedźwiedzia. Właśnie tak. Tak to właśnie było. Ojciec stał nieruchomo. Patrzył w inną stronę a przecież wiele nie było widać. Po dłuższym czasie dziadek przerwał ciszę.


-Jutro rano przyjdźcie, wszystko tam zostawię.


Ojciec tylko głowę odwrócił w stronę nieba jakby liczył gwiazdy. Dziadek powiesił sobie siekierą na ramieniu i pożegnał się.


-Z Bogiem, synu.


Ojciec poruszył się, spojrzał na ziemię i rzucił jakby do niej mówił.


-Z Bogiem.


A kiedy dziadek ruszył bardzo cicho dodał.


-Uważajcie na siebie.


Patrzałem za dziadkiem kiedy ruszył drogą w stronę zauąka, chciałem krzyknąć, że nie pożegnał się, krzyknąć „Z Bogiem”. Już chciałem popędzić do niego kiedy zatrzymał się. Przestępował trochę z nogi na nogę aż wreszcie zawrócił. Ledwo było go słychać jak poprosił.


-Ferike … Pozwólcie, niech mnie odprowadzi ...choć troszkę!


Ojciec obejrzał mnie od od futrzanej czapki na mojej głowieaż po buty jakby dopiero teraz mnie zauważył.


-Pędź do dziadka!


Dziadek stał nieruchomo i kiedy dobiegłem do niego, chwycił mnie za rękę. Ruszyliśmy zupełnie jak wtedy gdy szliśmy na maliny i po drodze opowiadał mi bajki, pokazywał to i tamto, jak zbierać jajka, szukać miodu, gdzie można znaleźć kozibród czy inne zioła. Ale teraz niczego nie mówił. Szedł bardzo powoli i mocno ściskał mi rękę jak wtedy kiedy w bajce był ważny moment. Potykałem się idąc przy nim bo patrzałem na niego i nie mogłem zdecydować, oszalał czy też coś mu się stało, i chciałem powiedzieć mu by tego nie robił bo zaraz będę płakać. Zatrzymał się przy płocie. Kucnął. Patrzał przez chwilę a potem trzy razy splunął na krzyż jak to robią przy nowonarodzonym albo chorym dziecku by odgonić nieszczęście. Pocałował mnie, czego przedtem nigdy nie robił, i jakimś brzydkim, ochrypłym głosem powiedział.


-Wracaj i powiedz matce, żeby cię pilnowała bo mnie już nie zobaczysz.


Wyprostował się szybko jakby go ktoś zawołał. Więcej nie spojrzał już na mnie i zanim się obejrzałem ledwie go było widać w śniegu, który w międzyczasie zaczął padać, szedł i znikł między drzewami gdzie już się zaczynał las. 


Ojciec stał tam gdzie go zostawiłem. Tak samo patrzał w niebo, posłał mnie do domu samego.


Mali już spali, matki nie było w izbie. Usiadłem na miejscu dziadka i kiedy ojciec wszedł spytałem, bo już dalej nie mogłem tego trzymać w sobie: dziadek kiedy wróci?


-Wtedy kiedy nie będziesz się pytał! - odpowiedział i był bardzo zły. Oczy mu się zwęziły, chodził tam i z powrotem jak skuty łańcuchem niedźwiedź trzymany przez człowieka z kijem. Brał to ręki to i tamto ale zaraz odkładał, aż wreszcie usiadł na korcu. Zaczął patrzeć się na ogień. Kiedy matka przyniosła gałąź zaczął dokładać drewno do ognia. Tylko kładł i kładł. Zrobił w piecu taki ogień jakiego jeszcze nie widziałem. Płomienie wychodziły górą, strzelały w drzwiczkach jak pioruny, iskry kręciły się, sypały jak ogień piekielny. Cały piec skrzypiał i stękał. A on tylko siedział i dokładał do ognia z takim strasznym wyrazem twarzy, że aż pomyślałem, że jak tylko mrugnę to mnie na pewno zatłucze na śmierć.


W drzwiach rozległo się tupanie, matka wyszła przyjąć gościa i wróciła z Ignácem Csűrösem. Dziadkiem Kelemena, kolegą dziadka.


-Dobry wieczór!


-Witajcie – powiedział ojciec ale nie poruszył się tylko zamknął drzwiczki od pieca. Matka przetarła krzesło i dziadek Ignác usiadł opierając się na lasce. Nikt się do niego nie odzywał, a widziałem, że strasznie chce rozmawiać. Kręcił się, chrząkał, mrugał starymi oczami a że długo nikt na niego nie zwracał uwagi, w końcu sam się odezwał.


-Gdzie jest twój ojciec?


Ojciec nie patrzał na niego.


-Widzicie, że go tu nie ma.


Dziadek Ignác wyciągnął tytoń ale potem jakby zapomniał czego chciał i nie zapalił. Rozejrzał się. Popatrzał na nas, na twarz matki, w końcu na krzesełko gdzie zobaczył ściągnięte powłoczki dziadka. Jakiś czas się im przypatrywał, potem zaczął gmerać w trepach swoją haczykowatą laską i nie patrząc na nas zapytał.


-Czy to prawda, że poszedł?


Ojciec podniósł głowę.


-Niby dokąd? - zapytał i spojrzał dziadkowi Ignácowi prosto w oczy.


-Do Cuchnącej – odpowiedział.


Serce mi walnęło jakby mnie ktoś uderzył. W gardle zrobiło mi się tak sucho jakby mi zawiało do gardła. Kołdra zrobiła się gorąca jak rozpalone żelazo.
Och, Cuchnąca jaskinia. Ci co tylko łyk powietrza tam zaczerpnęli dusili się natychmiast. Stamtąd się żywym nie wychodzi. Jak wleci tam ptak to już nie wyleci, zdycha. Dziadek też umrze. Kiedy odchodził ojciec powiedział mu by uważał na siebie. A on nie wróci. Tam właśnie poszedł, i ojciec tego chciał, i matka się temu nie sprzeciwiła – o ile sami go tam nie posłali. Oj, mój Boże, dziadek! A oni nie lecą za nim, nie próbują nawet go zawrócić, a ja też nie mogę. Miesiąc temu ktoś  opowiadał o jaskini, że tak to jest, że tak trzeba. A ja nie wiedziałem, że to też to robią, że tak go szykują. I to akurat mój dziadek. O Boże, gdzież on może być teraz? Na pewno minął już Uzonkę. Pewnie ławy świerkowe też. A tam bywają wilki, żeby tylko nic mu się nie stało, żeby go tylko żaden nie zaatakował. Płacz mnie porwał, tchórzliwie, zarkałem tylko by ojciec nie zauważył.


Ojciec spojrzał na dziadka Ignáca.


-Skąd to wiecie?


-Áron, syn, powiedział mi. Mówią, że byłeś w karczmie po palinkę. Kurę też widzieli u ciebie.


-Prawda – odpowiedział ojciec, i znów był taki jak przedtem. Nawet otworzył drzwiczki pieca by sprawdzić ogień.


-Dawno poszedł?


Ojciec więcej już nic nie powiedział. Przestał zwracać uwagę na Ignáca Csűrösa. Matka odezwała się, głos ledwo przechodził jej przez gardło.


-Będzie to już z kwadrans.


Dziadek Ignác kiwnął głową, wstał i ruszył do wyjścia. W otwartych drzwiach odwrócił się, spojrzał na nas i spytał matki.


-Pocałował ich?


-Żadnego – odpowiedziała matka i zaczęła ocierać oczy fartuchem.


Kiedy matka wróciła, usiadła i zaczęła szyć. W ojca znowu coś wstąpiło bo napalił jeszcze bardziej niż poprzednio. Nie byłem w stanie się odezwać, niczego też nie mówiłem. Zasnąłem od wielkiego płaczu.


Ojciec wstał rano. Wyglądał jakby oka nie zmrużył przez całą noc.


-Zbieraj się, idziemy do lasu naciąć drzewa.


Miał rację bo w domu nie było już w ogóle drewna, wszystko spalił w nocy. Do południa cięliśmy drzewo, a mnie po głowie wciąż chodził dziadek. Nie wiem o czym myślał ojciec ale ani razu mnie nie uderzył choć przecież nawet zaciąłem się w palec.


Kiedy powiedział „idziemy” ruszyłem w kierunku ścieżki. Zawrócił mnie „Nie tędy!” I ruszyliśmy skalistym zboczem w stronę Cuchnącej. Serce mi wyło jak dzwon bijący na trwogę. Szedłem śladami ojca. Nie trzymał mnie za rękę jak to zwykle robił dziadek.


U wejścia do jaskini zobaczyliśmy wszystko. Pięknie złożone koszula, portki i kurtka, wszystkie rzeczy dziadka. Na samej górze leżała futrzana czapka przyciśnięta dużym kamieniem. Siekierę zabrał ze sobą. Taka mała była ta kupka jakby nie były to rzeczy dziadka. Wyglądały jakby były za małe dla niego.
Ojciec pochylił się i zaczął po kolei podawać mi wszystko. Gdy sięgnął po czapkę coś z niej wypadło i potoczyło się daleko po śniegu, zobaczyliśmy co to: było to udko kury. Nie byłem w stanie ruszyć się po nie. Ojciec podniósł je. Ważył je na ręku a potem delikatnie, łagodnie jakby to był pisklak wsunał mi do torby. Podszedł do mnie. Dotąd nigdy tego nie robił, a teraz wierzchem dłoni pogładził mnie po twarzy.


-W domu zjesz – powiedział – teraz jest zamarznięte.


Nie wspomniał, że w domu jest nas więcej rodzeństwa, bo wiedział, że byłem ulubieńcem dziadka.


Niżej, bliżej dna jaskini, czerniła się inna kupka rzeczy. Rozpoznałem je. To były rzeczy Ignáca Csűrösa. Dotąd nikt nie przyszedł po nie, a może i potem nikt się nie pojawi, bo widać było, że to dziura na dziurze, nikt nie dałby za nie złamanego grosza.

© Jeż Węgierski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci